
Brytyjczycy mają jednak świetne poczucie humoru. Potrafią tak obśmiać swoje najbardziej znane i najważniejsze postacie historyczne w taki sposób, że nawet po prawie trzydziestu latach i niezliczonych powtórkach będzie to śmieszyło. "Czarną Żmiję", podobnie jak wiele innych brytyjskich seriali, dawkowano po sześć odcinków na epokę. Krótko, ale wyjątkowo smakowicie.
Pierwszy sezon - średniowiecze. Pierwszą Czarną Żmiją jest Edmund, pierdoła we fryzurze "na garnek". Drugi syn, z charakterystyczną dla nich chęcią na przejęcie tronu. Mamy tu wszystko, od aranżowanych małżeństw i oskarżeń o czary, po krucjaty i walkę z 10 tysiącami Turków za pomocą nożyka do owoców.
Drugi sezon - Złoty Wiek. Na tronie Elżbieta I, która koronę ma cięższą niż móżdżek, a u jej boku kręci się drugi Blackadder. Z tą różnicą, że tym razem nie jest to kolejne wcielenie Rowana Atkinsona jako pana Fasoli, niezdary, który więcej macha rękoma i mlaszcze, niż gra. O nie, ten Blackadder jest cynicznym dupkiem z zawsze eleganckim zarostem i kolczykiem z perłą.
Można by doczepić się braku inwencji jeśli chodzi o stroje, czy wnętrza (chociaż to była bardziej kwestia finansów, ale wiadomo, że znalazłby się ktoś, kto by się przyczepił). O to, że kiedy lord Łonogrzmot (tak, tak) wyrzuca Percy'ego przez drzwi, cała sala tronowa się trzęsie, a drzwi rozpadają się, bo są zrobione z gipsu. Sala tronowa, w której mieści się ledwo pięć osób, nawet jeśli dwie siedzą. Że ograniczają się ledwo do dwóch pomieszczeń, czy jednej królewskiej sukni. To jest mało ważne, bo scenariuszem i barwnymi postaciami serial nadrabia i to bardzo.
Następnie, doktor House w pudrowanej peruce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz