środa, 25 grudnia 2013

Sons of Anarchy season finale: dobra robota, mamo



Cyber spojlery.

Jak zakończyć słaby sezon? Z przytupem, zwanym morderstwem. Lepiej nawet z kilkoma przytupami, żeby widz oszalał i krzycząc ze łzami w oczach wprost do monitora pomyślał sobie: wow, to był dobry sezon. Może krótko po odcinku A Mother's Work sama bym tak napisała, ale teraz, po otrząśnięciu się z brutalnej sceny mordowania Tary widelcem do steków, wreszcie mogłam obiektywnie spojrzeć na cały szósty sezon.

Co tak naprawdę się w nim działo? Można było odnieść wrażenie, że większość wątków była ciągnięta na siłę, każdy bohater powoli zaczynał denerwować, albo co grosza- po prostu nudzić. Niespójności coraz bardziej raziły. Oto Unser, z ostatnim stadium raka, przeżył połowę populacji Charming, a cudownym lekiem na jego dolegliwości jest niezawodna marihuana. Niech jej jara więcej, może całkowicie wyzdrowieje? Nero- wielki sprawiedliwy latynos, bardzo się oburza kiedy dowiaduje się o kłamstwie Jaxa, ale kiedy Alvarez ze swoją ekipą morduje wszystkich skośnookich, wzrusza ramionami. Clay, który stał się zastraszonym małym chłopcem, a jego kwestie ograniczają się do przepraszania Gemmy i całego klubu. I ta jego "godna" śmierć. Zakończenie związku z IRĄ i innymi gangsterami dla mnie było najnudniejszymi wątkami w całym serialu. Może i to wszystko było mega sprytne ze strony Jaxa- ja tego nie widziałam. Dla mnie to było bardzo głupie ze strony wszystkich innych, słuchających prezydenta Sonsów niczym nieomylnego medium i przystającym na wszystkie jego propozycje. 



Trzeba jednak przyznać, że główne postacie zostały poprowadzone, jak zwykle, bezbłędnie. Tara, która na granicy obłędu robi wszystko, żeby wyrwać się z Charming. Nienawidząca Gemmy do szpiku kości, jednak upodobniająca się do niej coraz bardziej. Fani serialu są podzieleni co do ostatnich odcinków: czy Tara zaplanowała z zimną krwią całą ucieczkę, specjalnie spotkała się ze swoim adwokatem w parku wiedząc, że będą tam na nią czekać motocykliści? Wzięła Jaxa na litość, wszystko skończyło się dobrze, czyli według jej planu- o czym miał świadczyć jej przebiegły uśmiech chwilę po wejściu do domu. Ten sam uśmiech inni odczytują jako nadzieję na lepsze życie i szczęście, że wszystko skończyło się dobrze. Niestety, nigdy nie dowiemy się jak było naprawdę. 
Z chwilą, kiedy ona i Jax wreszcie się pogodzili, można było sądzić, że prezydent Sonsów również przemyślał swoje zachowanie, zobaczył oczami Tary kim się stał i jak tym wszystkim skrzywdził ludzi mu bliskich. Zakończył przecież wszystkie złe kontakty, klub działał legalnie, ocalił żonę i dzieci a sam oddał się w ręce policji. W ostatnich scenach odcinka widać było, że wreszcie czuje się spokojny. 

I właśnie w tym momencie, kiedy widz ma wrażenie że wszystko skończy się pięknie, Kurt Sutter zadaje nam ostateczny cios. Scena jest niezwykle brutalna, ciężko się ją ogląda. Zakończenie pozostaje otwarte. Juice, który nie ma nic do stracenia pomaga uciec Gemmie. Czy to znaczy, że Jax nigdy się nie dowie, że to ona zabiła jego żonę? 

Tak, zakończenie sezonu było mocne. Z niecierpliwością czekam na wrzesień. Ale nie, sezon nie był dobry. Tyle godzin zmarnowanych, tylko żeby w trzynastym odcinku serce mocniej mi zabiło?

wtorek, 5 listopada 2013

The Walking Dead 4x04: Indifference

  

Chyba muszę przestać analizować TWD aż tak dogłębnie. Oczywiście, że najprostsze rozwiązanie było tym właściwym. Carol nikogo nie kryła, nic nie kombinowała, sama dokonała tych strasznych czynów, które wpłyną bezpowrotnie na kształt grupy. I na całkowity powrót ricktatury.

Rozumiem dobrze decyzję Ricka. Musiał powziąć jakieś kroki, wyjść w końcu spomiędzy grządek. Rozumiem też, że nigdy już nie posunie się do morderstwa, ani jako formy kary, ani rozwiązywania problemów. Wyrzucenie Carol poza grupę było najlepszym rozwiązaniem - oszczędził jej życie, równocześnie pozbywając się jednostki, która działa samowolnie i wbrew jemu, czy Radzie. Nawet jeśli w założeniu chciała dobrze.

Świetnie, że jednak raz na jakiś czas można zobaczyć nowe twarze - nawet jeśli chwilę później zostają one zeżarte podczas zbierania brzoskwiń. Dodaje to pewnych możliwości, wiarę, że jeszcze gdzieś są większe grupy, które przetrwały tyle ile nasi bohaterowie pod wodzą Szeryfa. Może nawet osiedla podobne do Woodbury? Mamy w końcu poznać w tym sezonie kilku nowych bohaterów, którzy zagoszczą na ekranie na dłużej. Być może dzięki wątkowi Carol? Być może będzie to nowy teatr działań, a kamera wyjdzie poza więzienie na dłużej niż wyprawa po leki, czy benzynę?

I skoro pożegnaliśmy jednego irytującego bohatera, to czas chyba wybrać nowego na to miejsce. Całe szczęście, że w tym samym odcinku Stookey mógł się popisać! Dziwiłam się, że Daryl powstrzymał się przed zepchnięciem go z daszku prosto w łapy szwędaczy. Narobienie rabanu w supermarkecie może i faktycznie przydarzyło mu się przypadkiem. Jednak przedłożenie butelki koniaku nad lekarstwa było całkowicie świadome. Do tego pojawiał się na tyle sporadycznie, że mało prawdopodobnym jest, by ktoś z widzów przywiązał się do niego, a co dopiero poczuł sympatię.

Ciekawe, co jeszcze wydarzy się w drodze powrotnej (głównie, czy Daryl spełni swoją obietnicę). I, co najważniejsze, kto powróci cały i zdrowy do więzienia? Istnieje szansa, że starania Ricka o usunięcie Carol bez groźby dla jej życia, nie przyniosą skutku, kiedy ona wróci do swoich nowych dzieci. Ale cisza, miałam przestać kombinować.

wtorek, 29 października 2013

The Walking Dead 4x03: Isolation


Czas najwyższy wyruszyć w podróż. Zapakować dwójkę ulubieńców publiczności w auto i wysłać ich po antybiotyki, by ocalić mieszkańców więzienia przed rozprzestrzenieniem się epidemii i śmiercią. Jeśli wpakuje się tą wycieczkę prosto w hordę zombie... no cóż, w każdym sezonie musi w końcu pojawić się horda.

Chyba nikt nie musi zastanawiać się, o jaką dwójkę mi chodziło. Nawet jeśli nie należą do czyichś ulubieńców, to nietrudno zauważyć, jak wielką sympatię zdobyli Michonne i Daryl. Dixon przeszedł przez cały serial niesamowitą ewolucję. Zmienił się z podejrzanego motocyklisty o nieuczciwych zamiarach i rasistowskich poglądach w prawdziwego i lojalnego członka swojej grupy - który działa kiedy trzeba, gotów nawet poświęcić własne życie, jeśli miałoby to pomóc reszcie. A Michonne, która z kataną w ręku i szwędaczami na łańcuchach, była po prostu niesamowicie kozacka, zyskała w ostatnim odcinku kilka ludzkich rysów i pokazała się nam z tej wrażliwej strony.

A jako, że sytuacja w którą się wpakowali wygląda na poważną, to szykuje nam się kilka odcinków z niesamowitymi wyczynami tej dwójki. Trudno powiedzieć, co robi z nimi Stookey, o którego jak do tej pory wszyscy raczej się potykają. Dobrze jednak, że wyruszył z nimi Tyresee i znalazł jeszcze ułamek chęci do życia. Co z tego, że ten ułamek stanowi gniew i chęć wywarcia okrutnej zemsty na skrytym w więzieniu mordercy. Może do tej pory Chad Coleman nie popisał się specjalnie, a nawet nie miał ku temu możliwości. Był po prostu jeszcze jednym ocaleńcem, chociaż wzorowanym na bardzo ważnej komiksowej postaci. Świetne pokazał nam teraz zwierzęcy niemal gniew i determinację Tyreese'a. Przeczuwałam też trochę, że nie da się zjeść w aucie. Filmowa konwencja ucieczki przed liczebną przewagą wymagała, by w ostatniej scenie jego młotek znienacka rozwalił czaszkę jakiegoś zombie.

Najwyraźniej Carol jest dla czwartego sezonu tym, kim dla trzeciego była Andrea - chce dobrze, ale nie jest w stanie przewidzieć koszmarnych konsekwencji. Domyślam się, że to, co wyjawiła Rickowi w tym odcinku nie przysporzy jej fanów. Nie potrafię jednak jej znielubić, ale też nie chcę tłumaczyć jej poczynań (podobnie było z Andreą). Mam za to wrażenie, że może kogoś chronić, biorąc winę na siebie. Oby nie okazało się jednak, że przekombinowuję i za bardzo analizuję to drastyczne podejście do zakażonych.

Ten odcinek był jak chwila oddechu. Było dużo scen przegadanych (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) - refleksji, pretensji, konfrontacji, a zagrożenie ze strony zombie wydało się umniejszone i odsunięte na dalszy plan. Wiemy w końcu od początku, że żywych w TWD też należy się bać.

środa, 23 października 2013

The Walking Dead 4x02: Infected


Temu odcinkowi należałoby nadać podtytuł "Jakby tego było mało..."

Widzowie zostali właściwie przygotowani w zeszłym tygodniu. Namiastka sielanki nie mogła trwać dłużej, a Patrick w końcu wyczłapał z łaźni i wgryzł się w kogoś. Mogło wydawać się, że po brutalnym początku - ludziach zaatakowanych w ich własnych celach, nic gorszego nie może się zdarzyć.

Ale Patrick musiał umrzeć przez coś, dlatego też przez ten sezon będziemy oglądać zmagania ocalonych z wrogiem wewnątrz - chorobą, która w takich warunkach okazuje się śmiertelna i na pewno nie skończyła zbierać żniwa. Dorzućmy do tego nadgorliwego rezydenta, który za najlepsze rozwiązanie uważa ogień, i karmiciela szwędaczy. Z początku wydawało się bowiem, że nowi mieszkańcy mogą być zbędni, potem okazali się przydatni i pracowici. Teraz jednak okazali się bardzo poważnym zagrożeniem.

Serial coraz bardziej zaczyna przypominać komiksowy pierwowzór - szczególnie pod względem ilości krwi, wnętrzności i wszelkich obrzydliwych rzeczy, które wiążą się z epidemią zombie. Wulgarnego języka raczej tu nie uświadczymy (a tej w komiksie było sporo), dodatkowo intymne kontakty między bohaterami też zostały zredukowane i uromantycznione, ale od strony wizualnej to, co widzimy w telewizji, coraz bardziej przypomina narysowany ostrą kreską pierwowzór.

Cieszy mnie też, że w niektórych przypadkach twórcy postanowili odejść od wiernego przenoszenia charakterów na ekran - mam tu na myśli głównie Carol. W komiksie rozchwiana emocjonalnie, irytująca i znacznie młodsza, w serialu przeszła wielką metamorfozę. Zaczynała jako maltretowana żona, by teraz na własną rękę uczyć dzieci unieszkodliwiania zombie. Dodatkowo służy jako plaster leczniczy na większość problemów - to właśnie do niej ciągnie większość bohaterów by się wygadać, bądź to ona stara się komuś pomóc. Może to sprawi, że widzowie, krytykujący ją za bezużyteczność, zmienią o niej zdanie?

Ustalone już chyba zostało, że jeżeli nie jesteś Glennem i Maggie, to nie masz szans na miłość, czy po prostu bliższy kontakt z osobą przeciwnej płci. Możesz znaleźć się w gronie podejrzanych - jak Carol i Daryl, których ciągnie do siebie w jakiś sposób. Ale kiedy pojawiłeś się w poprzednim sezonie jakieś dwa razy, to bardzo szybko posłużysz jako np. karma dla szwędaczy, czy chorując i nie dożywając drugiej randki. W "Star Treku" z lat 60. najkrótszy żywot dawało ci noszenie czerwonego uniformu; w "Walking Dead" ten sam efekt osiągasz przenosząc się do więzienia z Woodbury.

Niestety, nie nauczyłam się jeszcze, że rozbiegówkę kolejnego odcinka należy zignorować. Wiem oczywiście, że następny odcinek będzie mocno trzymał w napięciu, ale równocześnie próbuję w najbardziej absurdalne (i zapewne nieprawdziwe) sposoby zidentyfikować niektóre zombie...


wtorek, 22 października 2013

Pora na reklamy: The Crazy Ones


David E. Kelley z przełomu XX i XXI wieku to był gość - to on stworzył hitowy serial "Ally McBeal" oraz niemniej popularny "Boston Public". Robin Williams też miewał się wtedy świetnie: nadal grywał w dobrych filmach, równocześnie odnosząc sukcesy jako komik standupowy. Także Sarah Michelle Gellar należała do najgorętszych ówczesnych nazwisk. Jej tytułową rolę w "Buffy" wszyscy nadal świetnie pamiętają, a niektórzy uważają za kultową.

Ta właśnie trójka, mając już swoje dobre chwile za sobą, spotkała się na planie "The Crazy Ones" - serialu o ojcu i córce, którzy prowadzą agencję reklamową, opierając się na jego "legendzie" i jej...  ogarnięciu? I chociaż wydaje się, że ich agencja reklamowa jest duża i ma świetną renomę, to wszystkimi projektami zajmuje się pięć osób. Nie znam się wybitnie na kulisach świata reklamy, ale to chyba nie tak ma wyglądać. Na pewno jednak daje wiele okazji do żartów i śmiesznych sytuacji, które wynikają z konfrontacji głównych bohaterów z klientami wszelkiej maści.

A to, czy wszystkie wychodzą zabawnie, to inna sprawa. Product placement za to jest bez zarzutu - nikt nie fatygował się stwarzać jakieś fikcyjne marki, tylko w pilocie wywalił nam jednego fastfoodowego giganta. W dzisiejszych czasach nie jest to żadna nowość - za zabiegami mniej lub bardziej subtelnego przedstawienia czyjegoś loga idą grube pieniądze.

Robin Williams ma tę rzadko spotykaną cechę: równocześnie potrafi być niezwykle zabawny i okropnie irytujący. Dodatkowo, reżyserzy mają tendencję do puszczania go "samopas", co może wypadło dobrze w disneyowskim "Aladdynie" czy komediach z lat 90., jednak nie zawsze się sprawdza. W "Crazy Ones" w rekordowo szybkim czasie zaczyna irytować, głównie ze względu na to, że jego bohater sprawia wrażenie wiecznie rozproszonego, żyjącego w kompletnym chaosie dziwaka. Wszystkie jego kawały i parodie gdzieś już słyszeliśmy. Williams, jeden z moich ulubionych komików ever, stara się wszędzie robić stand-up, zamiast włożyć coś w swoją postać. Facet zgarnął statuetkę Oscara, jego nazwisko ma ciągnąć ten serial w ramówce, więc chociaż raz na jakiś czas powinien się postarać! Dobrze, że chociaż Sarah Michelle Gellar się stara - równocześnie pokazując nam swoją bardziej komediową stronę.

Niemniej jednak, podobnie jak sytuacja ma się z "2 Broke Girls" i tym kiedy Max przekroczy wszelkie granice obrażania klientów, chyba zostanę jeszcze przy tym serialu i zobaczę, jak (i czy) rozwijają się bohaterowie, jak pojawiają się nowe twarze i nowe problemy do rozwiązania. I jak szybko Robin Williams zacznie udawać Johna Wayne'a lub Rodney'a Dangerfielda.

wtorek, 15 października 2013

The Walking Dead: 30 Days Without an Accident


Czyżby najbardziej oczekiwany powrót jesiennej ramówki? Patrząc po rankingach oglądalności - zdecydowanie tak! A patrząc z perspektywy wydarzeń pierwszego epizodu - na ten tytuł "Walking Dead" całkowicie sobie zasłużył.

To było naprawdę mocne rozpoczęcie sezonu. Zafundowano nam odpowiednią równowagę między przedstawieniem nowych postaci, ich związków z głównymi bohaterami, a ukazaniem dobrze ogarniętego już życia w więzieniu (co zahaczało niemal o sielankę, szczególnie gdy Darryl został nazwany "pookie"), dorzucono kilka chwil czystego szaleństwa i trochę refleksji. A jako, że to świat opanowany przez żywe trupy, to nie oszczędzono nam porządnej dawki gore'u i niespodziewanego ataku zombie na wejście.

Ten ostatni motyw, chociaż powtarzany w poprzednich sezonach po kilka razy, teraz nabrał nowej formuły, a przez to świeżości. Do tej pory horda zombiaków pojawiała się w okolicy truchtając sobie spacerkiem przez świat. Logiczne, ale z biegiem czasu trochę nudne. Fakt, że tym razem lądowały bohaterom na głowach, trącił trochę czarnym humorem, równocześnie będąc przerażający.

Jednak najmocniejszą scenę zachowano dla Ricka. Szeryf, który jeszcze w poprzednim sezonie balansował na granicy szaleństwa i okupił to bolesnymi konsekwencjami, teraz stanął oko w oko z tym, czym mógł się stać. To ta scena trzymała mnie bardziej na krawędzi krzesła, niż walka ze szwędaczami w supermarkecie. Od pierwszych sekund dało się wyczuć, że ze spotkaną w lesie kobietą nie wszystko jest w porządku. Można było pomylić ją z zombie, a potem przez chwilę pomyśleć, że ma jakiś związek z "zaginionym w akcji" Gubernatorem (tylko dlatego, że jego wątek właściwie się urwał). Koniec końców miała chyba tylko przypomnieć Rickowi, że cały czas łatwo jest zwariować po tych wszystkich przeżytych i zrobionych okropieństwach. Że już nie będzie się nigdy tym samym człowiekiem, na swój sposób tracąc człowieczeństwo, jak zombie. I że nie można tracić czujności nawet na sekundę.

A łatwo o to, kiedy więzienie stało się prawdziwą ostoją, razem ze zbudowanymi na jego terenie zagrodami, ogródkiem, kiedy bohaterowie odzyskują te ułamki dawnego życia - na przykład mogąc słuchać mptrójki podczas prac ogrodniczych. Najwyraźniej okularnicy w "Walking Dead" mają z góry określone przeznaczenie - marudzić, a potem ugryźć jednego z głównych bohaterów (oby wtedy nikt nie miał żalu do Carol, że uczyła dzieci posługiwania się nożami). Ten zignorowany, chory chłopak na pewno zaważy na czyimś losie, biorąc pod uwagę, że zasłużył na cliffhanger.

poniedziałek, 14 października 2013

The Blacklist: Quid pro quo, agentko Keen.


Dokładnie w dwudziestej sekundzie odcinka pilotowego wiedziałam trzy rzeczy: że facet w płaszczu i kapeluszu to główny czarny charakter, że gra go James Spader (nie zaglądałam wcześniej w obsadę) i że właśnie dla niego, nie bacząc na poziom serialu, na pewno pozostanę przy oglądaniu "Blacklist".

Część widzów kojarzy Spadera głównie z roli w kinowej wersji "Gwiezdnych wrót", filmie sprzed niemal dwudziestu lat. Dlatego "Blacklist" może wywołać u niektórych niejaki szok, gdy zobaczą go jako pięćdziesięcioletniego faceta z brzuszkiem i łysiną. Część serialowców jednak będzie pamiętało go jako Roberta Californię w ostatnich sezonach "The Office" - postać bardzo dziwną, aczkolwiek świetnie zagraną.

Spader jest zdecydowanie najmocniejszym punktem tego serialu, szczególnie przy "nowej twarzy" Megan Boone. Widać, że aktor świetnie się bawi, grając inteligentnego, sypiącego "asami z rękawa" byłego agenta o szorstkim usposobieniu. Ale kiedy naprzeciw niego staje młoda agentka, wyciągnięta prosto z Quantico, rozpoczyna się lawina skojarzeń z "Milczeniem owiec". Źle to, czy dobrze?



Nie widzę żadnego problemu w tworzeniu innej wersji zależności z cyklu "niedoświadczona agentka nawiązuje współpracę z groźnym przestępcą, by uzyskać ważne informacje i uratować komuś życie", o ile jest to realizowane w sprawny i przemyślany sposób. Tak ma to miejsce w "Blacklist". Niech Keen będzie dobrze wyuczona, ale świeża i z niewykształconym jeszcze zmysłem dystansu do sprawy. Niech zdradza swoje sekrety Reddingtonowi, w zamian za cenne informacje. Byle Raymonda Reddingtona łączył z Hannibalem Lecterem tylko fakt, że obaj siedzieli w celi z kuloodpornej pleksi. I delikatne orbitowanie w stronę bycia kulturalnym dupkiem. My po drodze będziemy zastanawiać się, dlaczego Red chce rozmawiać tylko z nią (w "Milczneiu" było to łatwe - Lecter był po prostu diabelsko ciekawski i znudzony) i co o niej wie. Ile poufnych informacji udało mu się zebrać w ciągu tych dwudziestu lat nieobecności? Jak je wykorzysta? Co w ogóle kierowało nim, gdy wrócił "do domu"?

Obawiam się odrobinę o to, czy całość nie stanie się w końcu do bólu schematyczna i zacznie bardziej przypominać seriale proceduralne spod znaku CSI. Na każdy odcinek przypadnie nam jeden złoczyńca, wydany przez Reddingtona, a procedura jego schwytania przeplatać się będzie z umysłową grą naszego mistrza wywiadu i manipulacji z agentką Keen. Na góra dwa-trzy docinki może to zadziałać, jednak w przypadku tego serialu wolałabym, by twórcy czymś nas zaskoczyli.

Można czasami przyczepić się do spraw technicznych, schematycznych postaci (H. Cooper) czy do scenariuszowych potknięć, ale w każdym serialu znajdzie się jakiś słaby punkcik. Jednak "Blacklist" to ciekawa pozycja w jesiennej ramówce, na pewno warta wypróbowania jako dobry serial sensacyjny. Niektóre seriale, sygnowane nazwiskiem swojej największej gwiazdy (głównie chodzi tu o sit-comy, Charliego Sheena czy Melissę Joan Hart), nie odnoszą takiego sukcesu, jakiego można by się po nich spodziewać. Kiedy jednak aktor "kradnie show" przypadkowo, to można naprawdę się zainteresować.

niedziela, 29 września 2013

HIMYM 9x01: The Locket


Jest! To, na co wszyscy czekaliśmy. "Jak poznałem waszą matkę" wkroczył właśnie w ostatnią fazę - Matkę już poznaliśmy, Matka zdążyła zaznajomić się z jedną z głównych bohaterek. Teraz trzeba tylko przetrwać Teda będącego klasycznym Tedem Mosbym i możemy kończyć całość.

Bo właśnie ten Ted Mosby to najsłabszy punkt całego serialu - co jest dużą wadą, biorąc pod uwagę, że tak właściwie to jest głównym jego bohaterem. Reszta, jak już pisałam wcześniej, może i przestała być śmieszna, ale nadal są postaciami z prawdziwym charakterem. Ted owego raczej nie posiada i nie wydaje mi się, żeby nagle, po ośmiu sezonach, miał mu wyrosnąć przez noc, jakby był zrobiony z bambusa.

Dodatkowo, czy ostatnie dziwne zachowanie w stosunku do ślubu Barney'a i Robin nie rzuca długiego cienia na jego przyszłe życie z Matką, na które tak wszyscy czekamy? Ted nie tyle znowu zaczął czuć coś do panny Schrebatsky, ile najpewniej nigdy nie przestał. Dziewiąty sezon zepsuto już pod koniec ósmego - kiedy to właśnie Ted przyszedł do parku  pomóc Robin w poszukiwaniach naszyjnika. Nie można traktować ledwo co rozpoczętego sezonu jako idealnego, romantycznego zakończenia całej historii (ślub, pojawienie się Matki i to, że Marshall w końcu powie Lilly o pracy sędziego, a ona będzie zachwycona), kiedy wisi nad nim widmo tego, że "każdy ma swoją Robin" (na pewno trafiliście gdzieś w necie na ten cytat) i może Matka jest tylko jakimś tam zastępstwem, bo Ted jest już nieco zdesperowany. Nagle zaczyna wydawać się, że Mosby opowiada swoim nastoletnim dzieciom historię swojego nieszczęśliwego, zastępczego małżeństwa.

Nie wiem, czy jest sens opisywania gościnnego występu świetnej Sherri Sheperd. Czy o pojawieniu się Wayne'a Brady'ego, który pojawia się tam zdecydowanie za rzadko. Ta sytuacja z Tedem i Robin jest zbyt frustrująca, by ja zostawić w spokoju. A skoro cały dziewiąty sezon będzie opierał się na wydarzeniach z poprzedzającego ślub weekendu, to na kilka słów o pani Sheperd będziemy mieli jeszcze kilka okazji.

Oczywiście, po cichu liczę na to, że kompletnie się mylę. Że wszystkie związki Teda (Robin included), przy rodzeniu się miłości do Matki, wypadną blado. Bo jeśli okaże się inaczej, to wszyscy zmarnowaliśmy niesamowicie dużo czasu.

wtorek, 24 września 2013

Keep calm and don't lose your head!


Ciężka historia z tym "Sleepy Hollow". Niby krótkie opowiadanie, a odcisnęło się mocno na amerykańskim społeczeństwie, będąc tylko historią o duchach. Ale chociaż sama legenda o Jeźdzcu Bez Głowy jest niesamowitym materiałem na kinowe i telewizyjne adaptacje, tak (żywy i niezdekapitowany) główny bohater - Ichabod Crane, już chyba nie robi takiego wrażenia.

O ile Tim Burton, Disney, czy większość adaptacji opowiadania na przestrzeni ostatnich dziewięćdziesięciu latm, trzymały się strachliwej natury Crane'a i jego niezdarności, o tyle Len Wiseman (odpowiedzialny za "Underworld" - kojarzenie wampirów i wilkołaków z gorsetami i butami na koturnach) i Roberto Orci (scenrzysta zarówno reboota "Star Treka", jak i planowanych rebootów "Mumii" i "Van Helsinga") uznali, że skończyły się czasy nauczyciela, który boi się Jeźdźca tak samo, jak wszyscy. Ichabod Crane A.D. 2013 jest szpiegiem na usługach Jerzego Waszyngtona. Chociaż żył sto lat przed Abrahamem Lincolnem, to był za zniesieniem niewolnictwa i na pewno nie posiadał żadnej czarnej służby. A jeśli miałoby się okazać, że jego supergorąca żona był czarownicą, to oczywiście tą dobrą. Najmniejszej skazy na obrazie naszego pozytywnego bohatera nie będzie pewnie przez całą serię. Chyba wszystko po to, by Jeździec wypadł jeszcze gorzej, niż do tej pory. Bo czemu ma być tylko upiorem na koniu, potępioną duszą okrutnego najemnika, skoro może być zwiastunem nadciągającej Apokalipsy?

Jakkolwiek Christopher Walken był upiornie wręcz śmieszny i sztampowy jako Jeździec, tak ten robi na mnie o wiele większe i bardziej pozytywne wrażenie. Wygląda naprawdę groźnie! Podobnie jak inne nadprzyrodzone i makabryczne elementy, które chyba staną się dla mnie prawdziwym powodem do pozostania przy tym serialu. Na pewno nie będzie to obsada, więc trzeba znaleźć sobie zamiennik.

Główny duet może nie poraża brakiem talentu, ale też niespecjalnie zachwyca. Ostatnimi czasy zresztą, młode przedstawicielki służb porządkowych o niesamowitym samozaparciu i talencie do pakowania się w kłopoty, to popularny schemat w serialach. Dodatkowo, przykład zarówno "Sleepy Hollow", jak i "Under the Dome", wskazuje, że małomiasteczkowi szeryfowie w średnim wieku to grupa największego ryzyka zawodowego. Szczególnie jeśli łączy ich ojcowska więź z wyżej wymienioną protegowaną. Clancy Brown może nie nagrał się specjalnie w odcinku pilotowym, ale wydaje mi się, że zza grobu będzie odgrywał rolę a'la John Winchester z "Supernatural".

Może warto? Może należy przymknąć oko na bezsensowny sposób, w jaki ukryto czaszkę i ciało Jeźdźca, na brak epokowego szoku, jaki powinien przeżyć Crane po przespaniu 250 lat, czy też nagrobek spalonej na stosie czarownicy na katolickim cmentarzu. A nuż będzie lepiej? Jak w "Diablo III" - czekajmy odpowiednio długo, aż w końcu pojawi się szatan. W rytm "Sympathy for the Devil" oczywiście.

czwartek, 5 września 2013

Orange Is The New Black



Piper Chapman zamienia wygodne życie u boku swojego narzeczonego na celę więzienną. A to dlatego, że kiedy była parę lat młodsza, pomagała swojej dziewczynie - dilerce w niekoniecznie legalnych sprawach. Jak żyć, Piper?

Dla każdej kobiety, wiodącej uporządkowany tryb życia znalezienie się w więzieniu (nawet tym o najmniejszym rygorze) jest ogromnym szokiem. Od krępującego przeszukania (kucnij i kaszlnij), przez załatwianie się przy innych do poznania pierwszych wrogów. Piper wie, że już gorzej być nie może i właśnie wtedy spotyka swoją ex. Co zrobisz, Chapman?

Twórcą Orange Is The New Black jest Jenji Kohan, czyli ten sam Pan który odpowiedzialny jest za Weeds. Jenji chyba naprawdę lubi niegrzeczne kobiety które za to lubią wpadać w tarapaty. Bo właśnie taka jest bohaterka OitNB. Dziwnym trafem ciągle znajduje się w centrum wydarzeń, nigdy nie wie kiedy trzymać język za zębami, a na pewno nie rozumie że strażnikom się nie pyskuje. Na szczęście nie można jej zarzucić, że nie potrafi nawiązywać znajomości. Szybko tworzy dookoła siebie zgraną paczkę kobiet po przejściach. W kolejnych odcinkach poznajemy historię wszystkich kobiet, nie raz niezwykle wzruszające. Rozpaczliwie próbują odnaleźć się w tym okropnym miejscu, żyć normalnie - co z czystą przyjemnością utrudniają im strażnicy. Serial zgrabnie wyśmiewa wszystkie stereotypy.




Mamy groźne latynoski, czarnoskóre więźniarki trzęsące tyłkiem przy każdej okazji, fanatyczki Jezusa, groźną rosjankę która bawi się w mafię. Więzienne życie bardzo porywa, jednak co jakiś czas podczas oglądania serialu nachodzi mnie myśl, że to wszystko jest jednak zbyt "piękne". Więzienie nie jest takie złe! Znajdziesz prawdziwe przyjaciółki, będziesz mogła swobodnie spędzać wolny czas a jak będziesz miała szczęście, koleżanka z celi umili ci wolne chwile seksem oralnym. Żyć nie umierać!

Piper tak bardzo pochłania życie za kratkami, że można odnieść wrażenie, że nie raz zapomina o tym toczącym się na zewnątrz- w którym żyje jej ciągle martwiący się narzeczony (Jason Biggs), jej prawdziwi przyjaciele i rodzina. Jak dalej potoczą się losy głównej bohaterki? Niecierpliwi mogą kupić książkę pani Piper Kerman (polska premiera już 15go września). To właśnie na jej wspomnieniach oparta jest fabuła serialu. 

wtorek, 3 września 2013

Śpiewające serialowe gwiazdy, część 2

Okazuje się, że liczba aktorów, którzy mają na swoim koncie jakieś dokonania muzyczne, jest całkiem spora. Oto nasze kolejne zestawienie, na pewno nie ostatnie.

Część 1. można znaleźć tutaj: KLIK.

Wilko Johnson (Gra o tron)

Grający królewskiego kata Ilyna Payne'a, który został pozbawiony języka, Wilko Johnson może pochwalić się całą masą projektów muzycznych, w których udzielał się jako wokalista i gitarzysta. My prezentujemy cały albumu zespołu Dr. Feelgood. Warto!




Dominic Chianese (Rodzina Soprano, Boardwalk Empire)

Junior zaczynał jako aktor na Broadway'u, kariera w filmie i serialu przyszła trochę później.


Toni Collette (Wszystkie wcielenia Tary)

Toni nie jest jedynym członkiem obsady "Wszystkich wcieleń" wydającym albumy na boku. Ale o nich napiszemy kiedy indziej. ;)


Katey Sagal (Synowie anarchii, Świat według Bundych)

Każdy, kto ogląda "Synów" słyszał ją nie raz - najczęściej jako tło do dramatycznego końca jakiegoś odcinka. Gemma nadaje się do tego.



Jane Krakowski (30 Rock, Ally McBeal)

To, że Jane/Jenna lubi śpiewać, wiedzą już wszyscy. ;)



Jamie-Lynn Sigler (Rodzina Soprano)

Ech, z całej rodziny to Junior powinien zostać przy śpiewaniu. Żarty o Tonym Soprano, fundującym wokalną karierę swojej córce, mile widziane.



Mandy Patinkin (Criminal Minds, Homeland)

Inigo Montoya śpiewa tenorem!



Megan Mullaly (Will and Grace, Parks and Recreation)

Tammy Swanson śpiewa w zespole, a nawet w dwóch! Może nie jest to do uwierzenia, gdy słyszy się jej skrzeczący głos. Posłuchajcie jednak i przekonajcie się. :)


wtorek, 25 czerwca 2013

BBC One presents: White Queen


Wojna Dwóch Róż i jej konsekwencje to jedno z ciekawszych wydarzeń w historii. Pewnie też dlatego tak często ta historia brana jest "na warsztat" w dokumentach, filmach pełnometrażowych i serialach. Nawet twórca "Gry o tron" przyznaje się do mocnej inpiracji konfliktem Lancasterów i Yorków. Pewnie dlatego internauci opisują najnowszą produkcję ze stajni BBC słowami: "taka Gra o tron, tylko bez cycków".

Kobiecych atrybutów właściwie tam nie widzimy, chyba że są subtelnie osłonięte prześcieradłem. Jest za to mnóstwo, całe wielkie mnóstwo romantycznych uniesień i głębokich spojrzeń w oczy. Mamy miłość od pierwszego wejrzenia, potajemny ślub i potajemnie przekazywane listy. Są schadzki w ukrytej w lesie chatce, na które główna bohaterka mknie jak na skrzydłach, chociaż jej wybranek na pierwszej randce próbował ją zgwałcić. Jest w końcu i teściowa, która już od pierwszej chwili zapałała nienawiścią do naszej drogiej, wolnej duchem, sprytnej i rezolutnej Elizabeth.

Przed premierą pilotowego odcinka byłam nawet zaciekawiona - historyczne seriale o Wielkiej Brytanii lubię i chętnie oglądam. Kiedy jednak natrafiłam w opisie tego serialu na nazwisko Philippy Gregory, od razu wiedziałam, że nie będzie dobrze. Pani Gregory odpowiedzialna jest między innymi za "Kochanice króla" - średnią książkę, z której wyszedł mierny film, po którym zarówno Natalie Portman, jak i Scarlett Johansson, stały się dla mnie nie do zniesienia.

Nie chciałabym powtarzać tyrady, o szczegółach scenografii i wyglądu bohaterów, jaką zrobiłam przy "Demonach Da Vinci", ale tu sytuacja się powtarza. Scena przybycia Elizabeth na królewski dwór może i jest znacząca, ale staje się zabawna, kiedy widzimy współczesne barierki przy schodach albo ciągnące się przez podwórze rury. Podobnie kiedy główni bohaterowie paradują bez nakryć głowy, które - jestem pewna - w tamtych czasach na dworach były konieczne. Inaczej widz nie pozna, że Elizabeth jest prawdziwie wolnym duchem, za którego miłosnymi uniesieniami będziemy podążać niemalże tak ślepo, jak za jej rozwianym (na panieńską modłę?) blond włosem. Przecież każda wdowa w tamtych czasach nosiła się w taki sposób.

Odgrywająca główną rolę Rebecca Fergusson za bardzo przypomina mi Joy z "My Name Is Earl" bym mogła brać ją poważnie. James Frain gra kolejną szarą eminencję na królewskim tronie, a im mniej skojarzeń Roberta Pugh z "Grą o tron" będziecie mieć, tym lepiej. Reszta obsady w ogóle nie zapada w pamięć, pojawiając się jako mało barwne tło dla powłóczystych spojrzeń, które Elizabeth posyła dla tego adoratora z "Red Riding Hood", który został odrzucony.

Dodajmy do tego jeszcze kompletnie zbędny wątek czarów i zdolności wróżenia, które w rodzinie Elizabeth przekazywane są z matki na córkę, a otrzymamy kolejny serial, który ogląda się po to, by powytykać błędy i pośmiać się z nich bez skrępowania. Zupełnie jak ze "Zmierzchem"!

wtorek, 11 czerwca 2013

Gra o tron 3x10: Mhysa


Chciałabym napisać, że lepszego finału nie można było sobie wyobrazić. Szczególnie, gdy cały sezon okazał się najmocniejszym ze wszystkich. Były jednak rzeczy, do których można (a nawet trzeba!) się przyczepić, a emocje po Krwawych Godach nie opadną jeszcze długo. Ale było dobrze. W dużej mierze ze względu na wątek, który do tej pory prowadzony był dosyć ślamazarnie, a ponure szczegóły pływające w słoikach i jedna czerwona nimfomanka bardziej psuły niż pomagały. Do tego odważny krok z pokazaniem nowej głowy Króla Północy na pewno usatysfakcjonował widzów zaznajomionych z książką.

Nie oszczędzono nam ani bezczeszczenia zwłok, ani rzezi wojsk Północy (w genialnym ujęciu z "lotu Boltona"), ani też rozmowy dwóch głównych organizatorów. Wrażenie, jakie robiła rozmowa o motywach i konsekwencjach tego strasznego czynu, potęgował jeszcze fakt że krew na podłodze jeszcze nie zdołała zaschnąć, a lord Frey już raczył się pysznym śniadaniem. Oraz to, że jeden z rozmówców to wyrachowany sukinsyn, a drugi jest po prostu zwykłą szują. Przypisywanie nazwisk do epitetów pozostawiam już osobistej, jakże negatywnej, ocenie.

Nie było zdziwieniem, że Blackfish uciekł. Nie było też zdziwieniem, że Chłopiec z Trąbką i Ramsay Snow to jedna i ta sama osoba. Już po kilku wspominkach i upartym ukrywaniu twarzy boltonowego bękarta można było się domyśleć. Ale za to zdziwieniem mogło być, co stało się z Żelaznymi Ludźmi, którzy zostali w Winterfell, gdy przyjechał tam Ramsay Snow, i zdradzili Theona. Wielu widzów mogło się zastanawiać nad losem Dagmera Rozciętej Gęby i reszty. Bękart "zadbał o nich" w swoim stylu - a lord Balon dostał makabryczną szkatułkę z jeszcze bardziej makabryczną zawartością. A żeby nikt mu nie współczuł, stary Greyjoy okazał się kolejnym kutasem bez skrupułów. Ten serial obfituje w taką ich ilość, że zaczyna się tracić rachubę.

Joffrey do tej pory nie brał udziału w spotkaniach Małej Rady. Po bardzo przekonującym (i niepokojącym) pokazie królewskiej radości, z powodu śmierci swoich wrogów, chyba nikt nie jest zdziwiony dlaczego nikt go tam nie zapraszał. O wiele lepsze wrażenie robi król, który jest po prostu nieprzydatny i leniwy, niż taki który na każdym kroku piszczy o torturach, ścinanych głowach i masowym morderstwie. Obaj mają lekceważące podejście do postanowień swoich doradców, ale ten drugi tylko dlatego, że chce jak najszybciej wdrażać w życie swoje okrutne i nieprzemyślane wizje, nie licząc się z niczyim zdaniem.

Jeśli ktoś w ogóle stęsknił się przez ten czas za Lannisterami, to teraz miał okazję by nacieszyć oczy i uszy. Na rzecz Frey'ów i Boltonów stracili miano najbardziej "sympatycznej" rodziny w Siedmiu Królewstwach, ale nie przeszkodziło im to wbijać sobie szpile, sączyć jad przez zęby, a nawet otwarcie grozić! W tym chyba są najlepsi. Z tej przyczyny sympatia i zaufanie Sansy do Tyriona wydawała się mocno naciągana, jednak komuś pewnie chodziło o motyw dwojga odrzutków, którzy znajdują w sobie oparcie. I o to, by na wieść Krwawych Godach i śmierci kolejnych członków rodziny, znienawidziła go na nowo. Nie rozumiem tylko dlaczego Jaime wrócił do Królewskiej Przystani tak szybko, ale najwyraźniej podróżowanie po ogromnym i targanym wojną Westeros to ultraszybka i łatwa sprawa. Pokazała to wycieczka Melisandre, spacer Sama i Goździk - od Twierdzy Crastera po Nocny Fort i Czarny Zamek, Ygritte pieszo doganiająca jadącego konno Jona Snowa, a teraz Królobójca wracający z Harrenhal do swojej słodkiej siostry. Spojrzenie jakim obdarzyła go Cersei nie było raczej tym, czego oczekiwał. I pewnie niedługo zorientuje się, że sama Cersei nie jest taka, jaką mu się przez tyle lat wydawała. Tak to często bywa z nikczemnikami, którzy przeszli wewnętrzną przemianę po okaleczeniu.


Mimo że miałam pewne zastrzeżenia co do Maisie Williams w poprzednim odcinku, to tutaj zrekompensowała mi to z nawiązką. Aryi potrzeba było odpowiednio ponurej i brutalnej sceny i Ogara u boku. Jej martwe spojrzenie i drżący głos, gdy podeszła do czterech ludzi lorda Frey'a, przyprawiały o dreszcze. W ich duecie to Ogar nagle stał się bohaterem bardziej empatycznym - zupełnie jakby przez to, co widzieli w Bliźniakach, zamienili się miejscami. Czy to będzie miało stały wpływ na Clegane'a? Trudno, naprawdę trudno, powiedzieć. Z Aryą sytuacja jest inna i świetnie pokazała to scena przy ognisku. To już nigdy nie będzie ta sama dziewczynka, która w pierwszym sezonie podkradła strażnikowi hełm i ganiała koty w Królewskiej Przystani. 

Wspomniany wcześniej Stannis na Smoczej Skale wypadł o wiele lepiej niż w poprzednich odcinkach. A to za sprawą uroczej córki (ją zawsze miło zobaczyć ponownie) i przemytnika/namiestnika, który zrobił bardzo dobry użytek z nowo nabytej sztuki czytania i, tu już bez zmian, nie starał się krygować i przebierać w słowach, nie bał się zadziałać wbrew woli króla, ale zgodnie z jego sumieniem. Za książkowym Davosem nigdy nie przepadałam, ale gdy otrzymał poznaczoną marsową twarz Liama Cunninghama, uległam zupełnie. Dziesiąty odcinek utwierdził mnie (i pewnie nie tylko mnie) w przekonaniu, że to jeden z najlepszych wyborów castingowych w całej serii.


A Daenerys? Daenerys załatwiła sobie osiem tysięcy wykastrowanych straszaków, zajęła ostatnie minuty finału, które można było wykorzystać zupełnie inaczej (czyt. lepiej), i jeszcze została okrzyknięta matką i wybawicielką za czyjąś brudną robotę. Jeśli twórcy chcieli trzymać się jakiegoś motywu przewodniego (mhysa znaczy "matka"), jak to miało miejsce w poprzednich odcinkach, to mogli wybrać coś innego niż kiepsko zrealizowana scena z armią pojawiających się znikąd statystów. Tym bardziej, że dla kogoś, kto nie może urodzić dziecka, nazwanie "matką" może znaczyć bardzo wiele. Zabrakło tutaj yunkaiskich żołnierzy, zabrakło tych, którzy władali miastem. Przez to symbolika poddania miasta przepadła. Czy nikt nie pokaże nam, jak oni skończyli? Czy smutna tradycja bitew i wielkich politycznych wydarzeń dziejących się w offie przeszła teraz na drugą stronę morza?

Odcinek, jako zakończenie sezonu, był bardzo nierówny. Na świetny motyw spotkania Małej Rady przypadała nieprzekonująco ckliwa Shae rozmawiająca z zatroskanym Varysem. Na narodziny "nowej Aryi" przypadał, zdeklasowany aktorsko przez swoją rudą dziewczynę, płaczliwy Jon Snow. Opowieść o Szczurzym Kucharzu i spotkanie z Samwellem w mrokach Nocnego Fortu psuł fakt, że po tym Tarly dotarł z powrotem do Czarnego Zamku w mgnieniu oka. Chociaż dobrze było poczuć atmosferę grozy, która czai się pod i za Murem i z którą już niedługo zmierzą się Bran, Hodor i Reedowie. Zbyt dużo wątków i motywów w jednej godzinie, które przed zakończeniem serii musiały zostać pokazane. Twórcy nie nauczyli się jeszcze porządnie dawkować treści książki na zmianę z własnymi pomysłami. Czasami można odnieść wrażenie, że już prawie im wychodzi, ale trwa to krótko. Do Talisy albo Lorasa jako dziedzica Wysogrodu.

Niestety, kwestia "książka lepsza niż serial?" będzie kładła się długim cieniem na każdej recenzji, każdej opinii i reakcjach na nie. Cieszy mnie jednak, że serial trwa. Że stał się popularny i może dzięki temu Martin zabierze się szybciej do pisania "Wichrów zimy". Bo co to będzie, jeśli serial go dogoni?

piątek, 7 czerwca 2013

Dochodzenie po raz drugi



Nawet nie wiedziałam, że kręcą trzeci sezon. A tu piękna niespodzianka w postaci podwójnego odcinka (AMC lubi robić takie niespodzianki). Kolejny sezon to dosyć ryzykowne posunięcie. Bo w sumie Linden i Holder mieli jedną wspólną sprawę, dochodzenie się skończyło w mniej lub bardziej zaskakujący sposób. Partnerzy podali sobie ręce na do widzenia i więcej się widzieć nie mieli. 

Na szczęście, dostali drugą szansę. I powiem wam, że zapowiada się świetnie. Już od pierwszych minut uderza nas tak dobrze znany klaustrofobiczny klimat Dochodzenia, deszcz nie przestaje padać i niepokój wciąż unosi się w powietrzu. Trochę czasu minęło od rozwikłania sprawy morderstwa Rosie Larsen. Linden powoli zaczyna układać sobie życie z dala od policji. Początkowo jej życie może wydawać się nawet szczęśliwe, jednak po chwili orientujemy się, że w domu nie ma jej syna. Okazuje się, że młody mieszka ze swoim ojcem. Czy Sarah może być naprawdę szczęśliwa, pozbawiona wszystkiego, czego kocha? Syn namawia ją, aby przeprowadziła się bliżej nich, w końcu nic jej już w Seattle nie trzyma. Jednak ona nie potrafi porzucić tego miasta. Jakby przeczuwała, że ma tu jeszcze coś do zrobienia. A w jej drzwiach pojawia się Holder.

Stephen miał wyjątkowego pecha w doborze nowego partnera. Typowy policjant, który zajada się hamburgerami nie podziela entuzjazmu i porywczości Holdera, którym chyba jeszcze targają emocje po sprawie Larsen. Jednak jak już mieliśmy okazję się przekonać, i on i Linden mają ten szósty zmysł, którego nie mogą i nie chcą wyciszyć i w nowym sezonie znów będą mogli liczyć tylko na siebie.



Policja znajduje ciało prostytutki z prawie odciętą głową, co od razu Holderowi przypomina sprawę którą niegdyś prowadziła Linden. Pomimo tego, że zabójca (świetna rola Petera Sarsgaarda) już od wielu lat siedzi w więzieniu, Stephen ma przeczucie że sprawy mogą być powiązane. Przez te podejrzenia budzi tak długo tłumione wątpliwości Linden, czy aby na pewno właściwy człowiek został zamknięty. Sarah długo opiera się Holderowi, bo doskonale zdaje sobie sprawę ile kosztowało ją ostatnie dochodzenie. Wie, że nie potrafi kontrolować swojej dedykacji sprawie, zatraca się w niej i niszczy przez nią swoje życie. Jednocześnie, niczym narkoman po prostu nie może sobie odmówić.

Oczywiście widzów ten stan rzeczy cieszy- świetny duet znów powróci na ekrany, ale jakim kosztem? Czy Sarah znów wyląduje w szpitalu psychiatrycznym? A może tym razem przypłaci życiem? Na pewno będzie to bardziej emocjonujące śledztwo, biorąc pod uwagę, że Linden już nie pracuje na policji i poniekąd identyfikuje się z dzieckiem które było świadkiem morderstwa pierwszej prostytutki.

To dziecko doprowadzą ją na miejsce zbrodni. 

wtorek, 4 czerwca 2013

Gra o tron 3x09: The Rains of Castamere

 

Wow. Po prostu, wow. Jeśli ścięcie lorda Eddarda w pierwszym sezonie wywołało burzę emocji, to scena Krwawych Godów pozostawi po sobie napalmowe zgliszcza w świadomości widzów, którzy nie zaznajomili się do tej pory z książką.

Od pierwszego kęsa chleba Robb dawał widzom powody do zastanawiania się, czy ktokolwiek chciałby zrobić go swoim królem, gdyby wiedział, ze nie po drodze mu ani z dyplomacją, ani strategią wojenną. Jak się okazuje wielkie sukcesy z początku wojny (wielkie bitwy poza kadrem: Szepczący Las i Oxcross) nic nie znaczą przy jego dalszych poczynaniach. Czy ktoś równie ochoczo krzyczałby "Król Północy!" widząc, jak łatwo daje się ponieść emocjom i że nie potrafi wystać ani minuty słuchając zrzędzenia starego dziada, od którego zależy los wyjątkowo kruchego przymierza? I że na dodatek zabrał ze sobą kobietę, która była powodem tego wszystkiego?

Cóż, najwyraźniej Talisa była po prostu Talisą z Volantis. To rozczarowujące po aluzjach co do jej podwójnej roli, którymi karmiono nas od chwili dołączenia do obozu ludzi Północy. Ten rodzaj mylenia widza wydaje mi się najtańszym i najbardziej leniwym, na jaki Benioff i Weiss mogli sobie pozwolić. Prawie tak samo tanim, jak uratowanie życia Blackfisha przez wypuszczenie go do toalety.

Cały wątek jednak świetny, a ostatnie minuty odcinka świetnie zrealizowane i cudownie zagrane - szczególnie ze strony Michelle Fairley, względem której nadal nie mogę wyjść z zachwytu. Pełno napięcia i klimatu. Pełno smutku, nawet w takich krótkich ujęciach jak śmierć Szarego Wichra. Może i ktoś powinien go wypuścić, by ustrzelenie go nie wyglądało "na odwal się", ale fakt, że nawet wielki wilkor może zmienić się w zaszczute i zdezorientowane zwierzę, jest porażający. Pełno rozpaczy, złości i desperacji, których obrazem stała się Catelyn. A do tego jeszcze chłodny, i chłodno kalkulujący, lord Bolton, który (razem z lordem Frey) właśnie dołączył do Joffa i Chłopca z Trąbką, i któremu wielu ludzi życzy teraz najbardziej fantazyjnych rodzajów śmierci. Krwawe Gody zapisały się już jako jeden z końców (zarówno wątków i postaci, jak i odcinków), które nikogo nie zostawią obojętnymi.

Czy w ogóle warto po takiej imprezie wspominać o pozostałych wątkach? Oczywiście! Jeśli tylko były ciekawe lub jeśli za nimi tęskniliśmy. Albo mamy pretensje i czepiamy się - to zawsze jest fajne.
 

Gdy Daario Naharis pojawił się w poprzednim odcinku zachwalałam stonowany wygląd jego postaci i jego butną naturę. Teraz jednak muszę przestać się zachwycać. Jego maniera bardzo szybko robi się powtarzalna - uniesienie brwi, przekrzywienie głowy i wzruszenie ramionami, a także ściągnięcie warg - przez co irytuje równie szybko jak pauzy w zdaniach Emilii Clarke. Cały wątek za Wąskim Morzem wypadł trochę niezdarnie. Nic dziwnego, że Daenerys tak łatwo podbija każde kolejne miasto niewolnicze, skoro bram pilnuje tylko po dwóch łatwowiernych i niedoinformowanych ludzi. Jakim bowiem cudem nikt w mieście nie wiedział, że dwa tysiące najemników stanęło po stronie wrogiej im królowej, a z trójki przywódców został jeden?

Cudownie za to było zobaczyć Brana i resztę, nawet jeśli w przygnębiającej scenie rozstania braci Starków. Ten traktowany po macoszemu wątek w końcu dostał więcej czasu i całkiem sprawnie powiązał wędrówkę chłopców z oddzieleniem się Jona Snow od bandy Dzikich (przez krótką, straszną chwilę miałam wrażenie, że Ygritte pobiegnie za nim). Żałuję rozstania z pocałowaną przez ogień i Tormundem Zabójcą oraz pożegnania Orrella, ale im szybciej bękart wróci do Czarnego Zamku, tym lepiej.

Nim ktoś z serialowców podniesie raban, że nie oglądnie ani jednego odcinka więcej, niech przypomni sobie swoje krzyki po śmierci Neda i to, że jednak wrócił przy drugim sezonie i był chorobliwie wręcz ciekawy. Jestem przekonana, że teraz sytuacja się powtórzy. A czy w odcinku finałowym może zdarzyć się coś większego, bardziej szokującego i zmieniającego fabułę niż Krwawe Gody? Ha! Wiem, ale nie powiem.

wtorek, 21 maja 2013

2 Broke Girls and the Window of Opportunity


Dwie spłukane dziewczyny odrobinę mnie zaskoczyły.

Może nie od razu poprawą poziomu humoru, ale faktem, że po spotkaniu z Marthą Stewart w finale poprzedniego sezonu nie było dziewczynom wcale tak kolorowo, jak sobie wymarzyły.  Oczywiście - pomijając całkiem niezłe warunki mieszkaniowe, stałą pracę, masę pomagających im ludzi - znów zostały "spłukane" gdy ich sklepik z muffinkami stał się nierentowny.

Zastanawiam się czy to nie stanie się standardowym motywem - nowy sezon to początek nowego biznesu, stworzonego dzięki pomocy "dobrej wróżki" - wcześniej Sophie, a Han w nowych odcinkach, bo jest właścicielem zagraconego pokoju, na który dziewczyny ostrzą sobie teraz pazury. I kiedy słabo radzący sobie sklep upadnie, wrócą do stałej pracy, gdzie będą się obijać, obrażać klientów i śmiać ze swojego szefa i współpracowników. A potem powtórki z rozrywki, dopóki będzie producent z pieniędzmi, a stacja będzie chciała serial emitować.

A w międzyczasie nadal będą raczyć nas humorem spod znaku chorób wenerycznych, półnagiego ukraińskiego kucharza, nielegalnych używek i patologicznego dzieciństwa. Dorzucą do tego też niezręczne motywy z nowymi (lub starymi) love-interests. W końcu Candy Andy wykruszył się, wbrew moim oczekiwaniom, dość szybko. I to wszystko miksowane będzie z kilkoma gościnnymi występami oraz nie do końca przekonującymi popisami Kat i Beth (mam wrażenie jakby czasami nie starały się zbyt mocno).

To już oficjalne: Caroline trafiła na listę najbardziej irytujących bohaterek sit-comów. Jej dwuletnie już narzekanie na zaniżone warunki życia, obsesja na punkcie "biznesu życia", wsadzanie nosa w nieswoje sprawy (co, jak wiemy, zawsze wychodzi wszystkim na dobre), a nawet jej głos i sposób poruszania - wszystko to sprawia, że ma się ochotę zrobić jej krzywdę, szczególnie jeśli jeszcze raz wypowie "cupcake business". Zasługuje na to, by wsadzić ją wraz z Sheldonem Cooperem do jednej kapsuły ratunkowej i wystrzelić na Księżyc.

Napisałam w poprzedniej notce o 2BG, że dzięki sprawie z Marthą S. jest materiał na kolejne sezony, ale nie chciałabym żeby był to ten sam materiał na wszystkie sezony. Chyba jednak lubię ten serial, ale dlaczego? Nieważne, przestałam już się zastanawiać.

poniedziałek, 20 maja 2013

Gra o tron 3x08: Second Sons


Pewne rzeczy nie zmienią się w tym serialu. Jak na przykład to, że nienawidzimy Joffrey'a przez każdą sekundę, w której widzimy go na ekranie. Nastoletni król zawsze potrafi zaskarbić sobie sympatię swoich poddanych, nieważne czego nauczy go narzeczona. Czasami rzuca poważnymi groźbami, a czasami drobnym gestem ośmiesza wuja przed całym dworem - "czarujący" jak zwykle, w dużej mierze dzieki Cersei, która też w ciekawy sposób pokazała swoje prawdziwe kolory. A za plecami Joffa coraz większa grupa ludzi, którzy w każdej chwili próbują go utemperować.

Niesamowite skrępowanie w Królewskiej Przystani było wyczuwalne w każdej scenie - między przerażoną Sansą a Tyrionem, między nim a Shae, a także między rodzeństwem Tyrellów i królową regentką. Nawet goście weselni sprawiają wrażenie, jakby w ogóle nie chcieli uczestniczyć w tej szopce. Wszystko to było jednak świetnie zaprezentowane, a napięcie całkiem sprawnie dawkowane - cisza panująca w sepcie podczas marszu panny młodej w ramiona męża potęgowała dziwną atmosferę. Sophie Turner musi jeszcze dużo się nauczyć by grać lepiej, ale cała gama niesamowitych aktorów nadrabia wątek za nią - z jej panem mężem oraz teściem na czele.

Nie zmienia się epatowanie seksem w bardzo dziwnych i nie zawsze odpowiednich scenach. Najwyraźniej ktoś postanowił wykorzystać fakt, że wymieniono dziesięcioletniego chłopca z książki na Chrisa ze "Skins". Po co Melisandre wspominała o psującym mięso strachu jagnięcia skoro przywiązaniem chłopaka do łóżka osiągnęła zupełnie inny efekt? I tak, magia krwi jest niezmiernie ciekawa, szczególnie przy scenie z pijawkami i ogniem, ale niesmak po kolejnym rytualnym stosunku pozostaje. Jeśli tak za każdym razem wyglądają czary Melisandre, to strach pytać czy w taki sam sposób działa Thoros z Myr.

Niemniej jednak, wątek na Smoczej Skale w końcu pokazał takiego Stannisa na jakiego czekaliśmy - sprawiedliwego i konsekwentnego w swoich wyrokach, działającego z obowiązku względem królestwa. Cieszy mnie też, że znowu będziemy oglądać Davosa, najbardziej zaufanego człowieka króla, oraz że uwzględniono jego naukę czytania ("Visenya rode Vha..ag..arr... eh, fuck me..."). To na pewno przyda się w przyszłości.

Za każdym razem, gdy pojawia się w serialu nowa postać, cieszę się niezmiernie, że książkowa fantazja George'a Martina na temat jego wyglądu, została zredukowana. Rycerze Westeros nie mają powiewających na wietrze niepraktycznych grzyw, Tyrionowi oszczędzono nos (podejrzewam, że oszczędność na efektach komputerowych a'la lord Voldemort miała tu duże znaczenie), kobiety w Qarth zasłaniają materiałem sukni obie piersi, a sprzedawcy niewolników nie stylizują włosów na podobieństwo ptasich skrzydeł czy rogów. A teraz pojawił się nowy bohater, arogancki Daario Naharis, który najpewniej szybko zdobędzie popularność - szczególnie wśród damskiej części publiczności. Brak obecnych w książce: złotego zęba, niebieskich włosów i idiotycznej kolorowej brody (uformowanej w kształt trójzęba) to wielki plus. Broń o rękojeściach w kształcie nierządnic wystarczy jako znak rozpoznawczy, tym bardziej, że ich właściciel jest ekspertem w posługiwaniu się nimi. To kolejna bardzo charakterystyczna broń w serialu, ale nie tylko nią w tym docinku sprawnie się posłużono.

Obawiałam się trochę, że Samwell będzie kolejnym wątkiem pobocznym, obcinanym by zrobić miejsce dla dodatkowych scen cycków i gołych męskich pośladków. Tu, na całe szczęście, pomyliłam się, bo to właśnie dzięki Samowi ostatnie minuty były jednymi z lepszym momentów epizodu. Tarly miał w końcu możliwość pokazać, że stać go na odważne gesty w chwili niebezpieczeństwa. Sztylet ze smoczego szkła w końcu się przydał i dodatkowo okazał się skuteczną bronią na Innych. Co więcej, wydaje mi się, ze spotkał się z tym samym Białym Wędrowcem, którego widział przy Pięści Pierwszych Ludzi. Bo nie wydaje mi się, żeby Inni wyglądali jak armia brodatych klonów.

A teraz czekanie. Na szybsze tempo, nieuchronnie zbliżające nas do finału. Na więcej scen między Aryą i Ogarem (Rory McCann dopiero teraz ma okazję by pokazać, że jego wybór na młodszego Clegane'a był strzałem w dziesiątkę), na zdobycie Yunkai przez armię Daenerys. Być może na Zimnorękiego? No i na wesele Edmure'a Tully.

niedziela, 19 maja 2013

No more Twinkies: Zombieland, pilot


Natknęłam się dzisiaj na informację, że serialowa wersja dalszej historii bohaterów "Zombieland", została anulowana po słabym odbiorze pilota. Zaintrygowana musiałam - oczywiście! - sprawdzić, czy ktoś, tak jak w przypadku "Mockingbird Lane", się nie pomylił. Okazało się jednak, że widzowie mieli rację i stało się to jasne już po pierwszych kilku minutach.

Zamiast boczyć się teraz na negatywną reakcję fanów, Rhett Reese - scenarzysta i producent (zarówno filmu, jak i serialu), powinien dwa razy przemyśleć rozpisanie tej historii. Bo jeśli musisz zastąpić Woody'ego Harrelsona facetem, którego filmografia opiera się głównie na rolach anonimowych policjantów, żołnierzy i członków gangu, to w ogóle powinieneś zrezygnować z pomysłu umieszczenia Tallahassee w serialu. Podobnie sprawa ma się z pozostałą trójką bohaterów - Columbus, Wichita i Little Rock. Podejrzewam, że pilot miałby o wiele lepsze przyjęcie, gdyby postawiono na grupę zupełnie nowych i oryginalnych postaci, umieszczonych w tym samym uniwersum. Nie byłoby problemem nawiązanie w późniejszych odcinkach do kwartetu z filmu kinowego, a zamiast zaprezentowanego nam w pilocie lenistwa moglibyśmy dostać kolejne ciekawe persony. Z bonusową możliwością dodania ich do grupy ulubionych postaci serialowych lub do listy największych twardzieli dobijających zombie (gdzie pozycja numer 1. należy do Daryla Dixona, oczywiście).

Wciskanie w słaby scenariusz motywów z filmu nie pomogło najwyraźniej, ale rozumiem, że miało pomóc w rozpoznaniu historii, skoro reprezentowały ją zupełnie nieznane twarze. Recytowanie zasad przeżycia przez serialowego Columbusa (przy którym Jesse Eisenberg jest jak John Rambo) wydawało się wymuszone, sielanka w Ikei czy podczas pokazu fajerwerków nie robiły miłego wrażenia, jeśli miało je się zestawić w ramach kontrastu z kiepskimi scenami z kiepskimi zombie. Scena otwierająca ciągnęła się w nieskończoność, ale za to w błyskawicznym tempie straciła wartość komediową. Podobnie sprawa miała się z licznikiem słowa na "w", a wulgarny język używany był chyba tylko dlatego, żeby ktoś oburzył się, że nastoletnia dziewczynka mówi "fuck". Motyw przewodni z odnajdywaniem innych ocalałych od początku był idiotyczny i leniwie zrealizowany (skoro całą robotę odpowiadała babka w call-center), a powtarzanie trzy razy tego samego schematu nie pomagało. 

Jeśli dołożyć do tego jeszcze tanią charakteryzację, jeszcze tańsze efekty specjalne, niedociągnięcia (kto zapala teraz te wszystkie światła w Los Angeles?) i błędy logiczne, to przestaję się dziwić, że projekt okazał się porażką. Lepiej cierpliwie czekać na sequel filmu, zamiast rozmieniać się na drobne.

wtorek, 14 maja 2013

Gra o tron 3x07: The Bear and the Maiden Fair


Oglądając kolejne odcinki "Gry o tron"cieszę się, że nie było w książce rozdziałów z perspektywy Robba, czy w ogóle żadnego z królów. Inaczej odkrylibyśmy, z niejaką przykrością, że Młody Wilk najchętniej komentowałby tyłki wszystkich napotykanych panienek oraz łóżkowe podboje, żłopiąc piwo z Theonem Greyjoy'em.

Od początku motyw z Talisą wydał mi się nierealny i wepchnięty na siłę. Zupełnie obca i bezstronna, egzotyczna i pewna siebie kobieta z wykształceniem i doświadczeniem medycznym, nagle pojawia się na polu bitwy i swój czar kieruje na młodego króla. A teraz sprawia wrażenie naiwnej i nierozeznanej w mapach i kierunkach świata, a teraz ten sam król bez problemu zdradza jej swoją strategię, trzyma mapy i pisma przy niej i nie ma zupełnie za złe, że w jego obecności pisze listy w nieznanym dla niego języku - rzekomo do matki. Czy coś w tym obrazku mówi wam "szpieg"? Bo mi odrobinę.

W okolicach Muru panuje duży ruch. Szkoda tylko, że tak rzadko odwiedzamy Brana i kompanię. Najwyraźniej tempo serialu warte jest ominięcia krajobrazów, kolejnych scen skórowania królików i zbierania drewna na opał, ale robione jest to kosztem snów Brana, podczas których wchodzi w umysł Laty. Wiedza o darze Jojena też jest znikoma. Chciałabym też zobaczyć więcej dobrze zagranych scen - takich jak historia Oshy. Ta grupa głównych bohaterów została odsunięta na bok, ale zostają inni w tych okolicach - ci pozornie najważniejsi. Jon Snow może być głównym bohaterem swojego wątku, to rudowłosa Ygritte (po raz kolejny) skradła mu zainteresowanie i sympatię publiczności. Okazało się też, nie po raz pierwszy zresztą, że ta dzika dziewczyna ma jaja i rozum większe niż Jon. A on staje się coraz częściej tylko wymówką, dzięki której możemy oglądać ciekawe wydarzenia i postacie tak interesujące jak Ygritte, zmiennoskóry Orell, Mance Ryder czy Tormund Mąż Niedźwiedzic.

Daenerys natomiast kontynuuje swą drogę wokół Zatoki Niewolniczej, zdobywając lub oblegając kolejne miasta, przyjmując posłów i, niby od niechcenia, sprawiać by popuszczali ze strachu po nogach. Scena karmienia smoków była naprawdę miła dla oka - zarówno ze względu na stronę techniczną, jak i przeznaczenie samego gestu. Oto królowa karmiła jedyne na świecie smoki, które na jej rozkaz mogą zmienić w budyń ludzi jej nieprzychylnych. Kiedy one walczyły ze sobą w powietrzu o kawałek mięsa, ona nawet nie mrugnęła! To powinno sprawić, by każdy poseł poczuł się słabo.To dobrze, że Dany stała się silnym charakterem, ale brakuje mi trochę jej słabości, chciałabym zobaczyć, że nadal jest z krwi i kości człowiekiem - ma słabe punkty, potrzebuje bliskości czy intymności, a nie jest tylko "Zrodzoną z Burzy, Matką Smoków i Niespaloną". Nie chcę czekać aż pojawi się Daario Naharis, by dopiero wtedy Dany poczuła, że ma miękko w kolanach.

A skoro już padło imię Theona w tym tekście...

Specjalnie nie pisałam nic o najmłodszym Greyjoy'u tydzień temu. Chciałam teraz napisać o sprytnej intrydze w postaci fałszywej ucieczki. O tym, że nie mogli wybrać lepiej do roli Ramsay'a, niż Iwan Rheon, bo to utalentowany aktor, który sprawdził się bardzo dobrze w "Misfits". Że jego wielkie niebieskie oczy sprawiają, że Ramsay Snow wygląda niemal uroczo - oczywiście jeśli nie obdziera kogoś ze skóry. Że podziwiam Alfiego Allena za poświęcenie w scenach na krzyżu - nie mogło to być wygodne. Że nie chciałabym być na miejscu "serialowców", którzy wszystkie sceny tortur na Theonie oglądają ze skrajnym zdziwieniem i zdezorientowaniem, bo mają pojęcia kim jest ten młody człowiek. Że ci sami "serialowcy" mają prawo współczuć Theonowi bardziej niż ludzie po lekturze książki, szczególnie po jego wzruszającym wyznaniu o przynależności i "prawdziwym ojcu". Że, o mój boże, gardzę tym bękartem bardziej niż Joffem.

Ale ktoś uznał, że po śmierci Ros szybko zatęsknimy za gołymi cyckami, więc nam to zrekompensowali dwiema dziewczątkami z Północy, które mogły być albo przerażonymi służkami, albo kolejnymi sadystkami z ekipy Chłopca z Trąbką. A to jak szybko Theonowi wyleciało z głowy niebezpieczeństwo, ból i desperacka chęć ucieczki, bo znowu dostał okazję, żeby "umoczyć" - wszystko sprawiło, że odechciało mi się rozpisywać na temat tego wątku.


Może to zbyt cyniczne podsumowanie tego odcinka? Były w nim przecież świetne momenty - dół z niedźwiedziem i duet Brienne/Jaime (ale oni tak zawsze), rozmowa lorda Tywina z aroganckim wnukiem czy Sandor Clegane łapiący sobie małą wilczycę oraz brak Varysa i Littlefingera, który liczę na plus, bo mogliśmy odetchnąć od nich trochę. I na dodatek te malutkie rzeczy, jak pożegnanie Królobójcy z lordem Boltonem, który u wszystkich "książkowców" musiał wywołać malutki spazm radości. Ale tak samo, jak małe rzeczy mogą sprawić, że scena czy postać wypadnie lepiej, tak samo mogą źle wpłynąć na całość (jak przypalony czosnek).

Dobre i złe (i głupie też) rzeczy były w tym odcinku, ale w porównaniu z drugą połową poprzedniego sezonu, to jest teraz świetnie. Czekam na następny epizod and let's just see what happens.

niedziela, 12 maja 2013

O jeny jakie śmieszne! Community



O dobry serial komediowy jest naprawdę bardzo ciężko. Ciężko o oryginalną fabułę i niecodziennych bohaterów. Kiedy widzę na plakatach reklamujących kolejny sitcom grupę przyjaciół śmiejących się nie wiadomo z czego i przytulających niewinnie, przewracam oczami. Bo czy już od razu nie wiem, o czym będzie ten serial? Banda trzydziestolatków przesiadująca ciągle w tym samym miejscu, pracująca albo mieszkająca razem i wciąż wymieniająca się życiowymi partnerami. 

Nie będę się upierać, że Community jest kompletnie oryginalnym i nowatorskim serialem, jednak twórcy postarali się o różnorodność bohaterów (zarówno wiekową, jak i rasową), co już daje ogromne pole do popisu. Jeżeli przymkniemy oko na fakt, że cały okres studiów nasi bohaterowie spędzają w jednym pokoju, można się naprawdę dobrze bawić.

Oto poznajemy Jeffa. Jeff to typowy amerykański dupek, który jeździ drogim autem, chodzi w drogich garniturach i ma fałszywą licencję prawniczą. Jego przekręt wychodzi na jaw, zostaje zwolniony z kancelarii i musi wrócić na studia. Trafia do Greendale, publicznego uniwersytetu gdzie uczęszczają naprawdę ciekawe osobowości. Już pierwszego dnia wypatruje piękną blondynkę, aby się do niej zbliżyć zakłada fikcyjne kółko hiszpańskiego. Ku jego niezadowoleniu pojawia się kilka osób które chcą się uczyć. Tak powstaje jedna z najzabawniejszych paczek wśród obecnych seriali. 

Twórcy Community uwielbiają bawić się konwencją. W każdym odcinku mamy masę odwołań do klasycznych filmów czy seriali. Dostajemy odcinek z kukiełkami kręcony metodą poklatkową, apokalipsę zombie na halloweenowej potańcówce, postapokaliptyczną wizję szkoły kiedy zwykła zabawa w paintball zmienia się o walkę do pierwszeństwa ustawienia sobie zajęć, odcinek w stylu noir kiedy paczka znajomych staje się szajką rządzącą szkołą, a wszystko dzięki smażonym kurczakom... humor jest oryginalny i porusza często dosyć drażliwe tematy. Od  tego jest Pierce (Chevy Chase), siedemdziesięcioletni student rasista, homofob, ksenofob coś jeszcze fob. Ciągle twierdzi że Abed nienawidzi Stanów i jest zamachowcem samobójcą i przez długi czas myślał, że Troy i Shirley są rodziną. Bo oboje są czarni. Zawsze mówi to, co myśli i zazwyczaj są to rzeczy obraźliwe. 

Grupę dopełnia Annie, typowa kujonka i dawna narkomanka. Jest słodka jak cukierek, co bardzo denerwuje Brittę która nie ustępuje jej urodą, ale jest wojującą feministką. W każdym odcinku ekipa ściera się ze sobą, żeby na końcu nauczyć się od siebie wyższych wartości. I bynajmniej serial nie zamienia się w ckliwe widowisko, a wciąż utrzymuje wysoki poziom dobrego humoru i zręcznej satyry (na przykład odcinek z nastolatkami wyśmiewającymi się z Britty i Jeffa i finalna bitwa na przedrzeźnianie). 

W serialu dosyć często pojawiają się znane komediowe twarze, takie jak Jack Black, Betty White, Drew Carey (jak on schudł!), Andy Dick czy znany z Kac Vegas Ken Jong, który w Community jest nauczycielem hiszpańskiego. Azjata uczący hiszpańskiego? Okazuje się, że fałszywe dyplomy w Stanach są bardzo popularne.



sobota, 11 maja 2013

Nowi zgryźliwi tetrycy? - Vicious


Gandalf i cesarz Klaudiusz mieszkają razem od przeszło pół wieku. Tworzą parę, chociaż ich najbliżsi nic na ten temat nie wiedzą. Pewnego dnia do ich drzwi puka Simon Bellamy, który pomylił mieszkania. Niemal automatycznie staje się on celem mało subtelnych zalotów francuskiej półolbrzymki z "Harry'ego Pottera". Hm, hm.

Na serio, gdyby tak wyglądała prawdziwa fabuła "Vicious" to pewnie bardziej by mnie wciągnęło. Pełna i niczym nieograniczona abstrakcja zamiast przykurzonej nostalgii względem lat 70. i całej masy scen przegadanych i przesiedzianych na zestawach wypoczynkowych. Scenariusz opiera się na serii powtarzających się dowcipów, które nużą już za drugim razem, a scenarzysta jakby nie mógł się zdecydować, czy chce by jego bohaterowie byli kontrowersyjni czy bardziej powinni przyhamować, by być przystępnymi dla szerszej publiczności.

Oczywiście, Jacobi i McKellen są bezbłędni i starają się radzić sobie z materiałem, jaki im dano. Nie spodziewałam się zresztą niczego innego po dwóch szekspirowskich weteranach. Są też głównym powodem, dla którego zainteresowałam się tym projektem. Od zwykłego przekomarzania, przez mocniejsze docinki, nawet do rzucania całej masy wyzwisk w obie strony, wypadają świetnie - zarówno jako strona obrażającą, jak i obrażana. Jednak dwadzieścia trzy minuty czegoś takiego szybko przestają bawić, a zaczynają irytować. Może forma skeczu (góra 4 minuty) byłaby lepsza dla tego duetu i ich bohaterów? Najlepiej byłoby z tego skeczu usunąć Violet - postać nie tyle wkurzającą, co żałosną. Każda modna dwudziestolatka, która pozwala teraz ubierać się swojemu  przebojowemu przyjacielowi-gejowi i mówić do siebie "suko", powinna zobaczyć ten serial i ocenić własne szanse na skończenie jak Violet.

Ale Violet to nie jedyny obsadowy minus. Gdybym nie znała Iwana Rheona z "Misfits" czy trzeciego sezonu "Gry o tron", to musiałabym powiedzieć, że jest kiepskim aktorem. Jego rola w "Vicious" ogranicza się chyba tylko do noszenia względnie obcisłych koszulek. Wszystkie zmiany w jego życiu czy charakterze, ważne sprawy i problemy, rozgrywają się za kulisami. Nie dane nam jest zapoznać się z jego dziewczyną (albo byłą dziewczyną, trudno powiedzieć, bo cały wątek trwa trzy zdania), poznać jego przyjaciół, czy dowiedzieć się gdzie pracuje. To najwyraźniej ten typ heteroseksualnego dwudziestokilkulatka, który cały swój wolny czas lubi spędzać w towarzystwie dwóch podstarzałych gejów oraz ich dziwnych, stetryczałych znajomych.

Trudno mi oceniać surowo serial z trzema świetnymi aktorami - dwójką zasłużonych brytyjskich dżentelmenów i utalentowanym przedstawicielem młodego pokolenia. Ale wyjścia innego nie ma. Jest słabo, bardzo słabo, płasko i nudno. Nawet Gandalf w lawendowej kamizelce nic tu nie zdziała.

wtorek, 7 maja 2013

Gra o tron 3x06: The Climb

 
Motywem przewodnim dziś miał zostać Mur. Ten, który dla jednych jest tylko legendą, dla innych był kiedyś celem i schronieniem, a dla niektórych przeszkodą, którą pokonywali - zawsze ryzykując życie. 

Czemu nie został? Bo w tej cholernej Królewskiej Przystani siedzą takie głowy, że aż chce ich się słuchać! Ale wracając jeszcze na moment tam, gdzie zimno...

Mogliśmy dostrzec kolejny szczegół konstrukcji Muru. Nie jest to przeszkoda nie do pokonania, ale trzeba uważać, gdy się na niego zamierza. Jeden nieostrożny ruch, źle umieszczony hak, a wielka bryła lodu porywa ciebie i twoich towarzyszy. Dla wspinaczy kończy się to tragicznie, ale na Murze nie widać nawet odprysku. Widok z góry jednak wart jest każdego ryzyka. Dla kogoś, kto całe życie kulił się z zimna i walczył o miejsce przy ogniu, marzeniem było zwykle zobaczyć zielone krainy. Tak jak Ygritte, dzięki której i my mogliśmy oglądać te zapierające w piersiach widoki.

Jak przebiegnie wyprawa Dzikich na drugą stronę? Kogo (prawie!) spotkają?

Może wydawać się, że wątek Brana jest traktowany po macoszemu i dostajemy tylko kilkuminutowe sceny podczas których Meera i Osha warczą na siebie. Jednak jeśli nikt nie ma w planach pokazać nam wilczych snów Brana, a na to właśnie wygląda, to mogą równie dobrze darować sobie zdobywanie pożywienia i kolejne etapy wędrówki. Bran na pewno jeszcze się pojawi i to oby w ciekawszych scenach, na które warto czekać.


Jeżeli ktoś do tej pory uważał Bractwo Bez Chorągwi za szlachetnych rycerzy, wojowników o prawdę i honor, wiernych do końca swoim zasadom, to po dzisiejszym odcinku musiał zrewidować swoje poglądy. Zaliczyć małą pobudkę a'la Sansa. Tydzień temu można było jeszcze mieć o nich inne zdanie, chociaż uratowanego z boskiej próby walki Clegane'a puścili bez złota, dając mu nic nie warte kwitki z królewską pieczęcią. Teraz, bez mrugnięcia okiem, sprzedali Gendry'ego Czerwonej Kapłance, której pojawienie się w środku targanego wojną kontynentu było tak samo zaskakujące dla widza, jak dla nich. Jak błyskawica Melisandre przemknęła między krążącymi po szlakach wilkami, lwami i całą masą innych herbowych stworzeń, zwinęła sobie kowalskiego ucznia na wózek i pojechała z powrotem do swojego króla. Nie nagabywana przez nikogo, tylko pyskatą jedenastoletnią dziewczynkę. 

I na co jej ta podróż, kiedy wróci do Stannisa, a on nie będzie chciał poświęcić Gendry'ego (w końcu to jego krewniak), bo jest człowiekiem honoru?

Robb za to sprawia wrażenie, jakby obudził się z długiego snu, w którym obłapiał śniadą mieszkankę Volantis, i zorientował, że ma wojnę do prowadzenia i właśnie ją przegrywa. I rzuca Freyom desperacką ofertę, by ich na ostatnią chwilę ułaskawić. Licząc jeszcze, że się uda.


To właśnie w tym odcinku można najbardziej zarzucić scenarzystom ukracanie obsady. Jeden mały Frey, giermek dla Robba na przykład, diametralnie zmienił by widzowi odbiór planów ślubnych. Bo nie wydawało by się nikomu, że lorda Frey'a pokazali raz, wspomnieli o jego rodzie i sojuszu z Robbem może kolejne dwa, a teraz nagle wszystko to wraca, po niemal dwóch sezonach ciszy. W wątku Stannisa też zabrakło jednej ważnej postaci, przez co trzeba było większość bękartów króla Roberta skumulować w Gendrym i porwać go z Dorzecza na Smoczą Skałę. Podobnie sytuacja ma się w Królewskiej Przystani. Tutaj, zupełnie inaczej niż w książkach, Tyrellowie mają jednego syna - Lorasa. Zniknął gdzieś pierworodny Willas, dzięki któremu intryga z ożenkiem Sansy wydawała się sprawniej uszyta. Tu sprawa byłaby jeszcze prostsza - wystarczyłoby wspomnieć o najstarszym Tyrellu w dwóch rozmowach. Wcześniej świetnie wychodziło im wplatanie w dialogi rzeczy, których mieliśmy nigdy nie zobaczyć, czemu teraz nagle przestali? Czy chodziło tylko o to, by lady Olenna mogła i Namiestnikowi, w wyrafinowany sposób, skoczyć do gardła?

Oczywiście, scena między tą ostatnią dwójką wypadła świetnie. Oto dwoje przedstawicieli starych i poważanych rodów dyskutuje ze sobą z pełną kurtuazją, ale wbijając nawzajem bolesne szpile i uważnie obserwując, kto się pierwszy złamie. I oboje doskonale znają zasady takiej rozgrywki, bo oboje grają w to od kilkudziesięciu lat. Świetna rozmowa, tak. Na intrygujące tematy, tak. Aktorsko wybitnie, tak. Domyślam się jednak, że mogło odbyć się jeszcze wiele takich konfrontacji, bez uszczerbku na spójności fabuły.

A potem ten pojedynek poprawili innym! Takie zakończenia mogę widzieć w tym serialu częściej. Chociaż myślałam, że scena rozmowy między Varysem a Littlefingerem skończy się jak zwykle - ktoś będzie komuś wypominał preferencje seksualne i pochodzenie, to zostałam wyjątkowo przyjemnie zaskoczona. Zafundowano nam zbiór świetnych scen, połączonych z narracją lorda Baelisha, który w końcu pokazał pełnię swojej dwulicowej i perfidnej natury. Chciałabym, żeby częściej go takim pokazywali.

A usunięcie jednej bardzo irytującej postaci było małym bonusem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...