środa, 28 listopada 2012

666 Park Avenue 1x08: Whatever Happened To Baby Jane?


To już właściwie pewne: niedługo pożegnamy się z mieszkańcami The Drake i ich tajemniczym "opiekunem". I nie dlatego, że, wzorem "American Horror Story", zmienią nam bohaterów, czasy i fabułę na nowy sezon. "666 Park Avenue" zostało anulowane i zobaczymy jeszcze tylko pięć odcinków.

Czy to właśnie ten fakt sprawił, że na odcinek po zaginięciu Jane czekałam z jeszcze większą ciekawością? A może przez tytuł, sprawnie powiązujący bohaterkę z jednym z moich ulubionych kinowych klasyków? Czy też po raz kolejny liczyłam na to, że w końcu utwierdzą mnie w podejrzeniach co do natury i pochodzenia Gavina?

Do całej atmosfery grozy - duchów, złoczyńców, tajnych stowarzyszeń i mrocznych otchłani, dodano nam także odrobinę szaleństwa. Jane jest na prostej drodze do domu wariatów - już teraz otarła się o odpowiedni oddział w szpitalu i uspokajające zastrzyki. Scena, w której Jane wędrowała szpitalnymi korytarzami została świetnie pokazana za pomocą krótkich ujęć, przekrzywionych kadrów, zimnych kolorów i dziwnych głosów w tle. Atmosfera niepokoju i psychozy jak znalazł! To, że może wydawać się trochę nierealna, skoro niezauważona mogła wymknąć się na inne piętro i potem wrócić do swojej sali, to zupełnie inna sprawa.

Po cichu liczę na to, że uda jej się do szczętu zwariować, wtedy serial oszczędzi nam kolejnego telewizyjnego happy endu. Niech nie ratuje jej duch babci i duchy udręczone przez Gavina, ani Nona - nastoletnia wieszczka i "dziecko Drake'a". Niech ją zawiną w kaftan i zamkną. To będzie miła i dosyć ponura odmiana.

Wiadomo już też, kim jest Gavin. Bardziej dosłownie można to było ukazać chyba tylko wyrastającymi mu z głowy rogami i okrzykiem "I am the motherfucking devil!". "Sympathy for the Devil" (w ciekawym wykonaniu, notabene) zawsze działa. Szczególnie w połączeniu z jego drwiącym głosem, gdy mówił o grzeszeniu.

To jednak wcale mnie nie uspokaja, chociaż sporo wyjaśnia. Zastanawiam się teraz: kim jest Olivia i jak dużo wie, czy coś jej grozi, co z tą Sashą, kto się uratuje z The Drake, a kogo spotka zasłużona kara? Pojawi się jeszcze jakiś nowy mieszkaniec? Co, do jasnej cholery, stanie się z Kandinskym?! Jak, i czy w ogóle, zostanie pokonany Gavin? I czy twórcy, wiedząc już, że to koniec, zrobią coś, by całość sensownie zakończyć i nie zostawić nierozwiązanych wątków? Czy w ogóle mają taką możliwość?

To strasznie dużo pytań jak na trzynaście odcinków.

poniedziałek, 26 listopada 2012

2 Broke Girls and Three Boys With Wood


No cóż.

Oglądając poprzedni odcinek myślałam, że Spłukane Dziewczyny jednak znalazły sposób by mnie rozbawić. Były to, co prawda, mało wybredne żarty o upijaniu się przed południem, wymiotach i niestosownym używaniu końcówki od prysznica, ale coś było. Kiedy czeka się na jakikolwiek przejaw humoru już drugi sezon, to wszystko podpasuje, a ty witasz to z wielką radością. Bo, naprawdę, chciałoby się w końcu powiedzieć, że któryś odcinek "2 Broke Girls" bawił przez całe dwadzieścia minut.

Ale oczywiście, do czasu. Bo ostatni odcinek niestety zatarł całe dobre wrażenie, jakie wywarł na mnie nowy bohater - Andy, właściciel sklepu ze słodyczami (nowy ulubiony kolega Max, czemu się absolutnie nie dziwię). Facet okazał się sympatyczny, wygadany i wyluzowany. Gotów był znieść publiczne upokorzenie, byle tylko umówić się z Caroline, która przed nim zdążyła popełnić już dwie gafy i mocno to przeżywała. Chociaż, spójrzmy prawdzie w oczy, przy Olegu i jego siatkowanych podkoszulkach, Andy nie był nawet odrobinę śmieszny.  I wcale nie wydawał się upokorzony.

I kiedy otrzymał szansę na pierwszą randkę, wszystko poszło w cholerę! Nie chodzi mi tylko o fakt, że spotkanie było katastrofą, bo panna Channing zrobiła z siebie kompletną kretynkę. Odcinek może miał potencjał i dobry pomysł, bo tym razem twórcy "zasadzili się" na Amiszów, ale z wykonaniem było już gorzej. Znowu we znaki dał się niedbały scenariusz, który musiał być ratowany tekstami Max, a który równocześnie kompletnie pogrążył dwóch gościnnie występujących aktorów. Panowie mogliby sobie poradzić i oddać całkiem sprawnie niewinność i zafascynowanie młodych Amiszów wielkim miastem, ale z tym, co dostali do zagrania, sobie nie poradzili.

Dodatkowo cała trójka miała jeszcze jednego, poza randką z koszmaru, ciężkiego przeciwnika - Sophie, która zachowywała się, jak żeński (i dwa razy bardziej napalony) odpowiednik swojego włochatego ukraińskiego adoratora. To zdecydowanie nie grało dobrze i nie robiło serialowi żadnej przysługi. I już nie chodzi nawet o to, że mowa tutaj o wielkiej i głośnej polskiej sprzątaczce po pięćdziesiątce, która leci na (być może) nieletnich (a na pewno) prawiczków, którzy do tej pory nie widzieli telewizora czy rozkładanego łóżka, a bąbelki w napojach chłodzących pewnie uważają za sprawkę szatana. To był motyw bardzo dziwny i za bardzo chyba podkręcony.

Równie przekombinowany, jak budowanie Kasztanowi stajni na podwórku. Serialowa intuicja mówi mi, że nikt nie będzie miał o to pretensji i nie zauważy, że przy jego budynku nagle wyrosła sporych rozmiarów drewniana konstrukcja. Ale rozumiem, że dziewczyny nie będą sobie zawracać głów żadną inspekcją budowlaną. Tak samo zresztą, jak płaceniem czynszu.

Może jednak minione dwa odcinki mogą dać jakąś nadzieję? Może okaże się, że coś ruszy i dobrych odcinków pojawi się więcej? Oby Candy Andy został na dłużej, bo to po części jego zasługa.

niedziela, 25 listopada 2012

Raising Hope 3x07: Candy Wars


Nie ma wątpliwości: świetnie wczuta obsada to bardzo mocny punkt "Raising Hope". Z każdym odcinkiem utwierdzam się w tym przekonaniu. Co do głównych bohaterów nie ulega to wątpliwości, że sprawują się fenomenalnie. Nawet Sabrinę ostatnio bardzo polubiłam, w końcu doceniając jej dziwactwa, charakterek i temperament. Lepiej późno, niż wcale! Dziękuję też otwarcie scenarzystom za dawkowanie Franka. Taki ewenement może być ubarwieniem serialu, ale kilkanaście minut z nim spędzone może już sprawić, że poczujemy się nieswojo i przestaniemy się bawić.

Gościnne występy też przyciągają uwagę. Wspomniana wcześniej Melanie Griffith idealna jest w roli zimnej suczy, jej najnowsza zdobycz - Wilmer Vallderama, który całkiem dobrze radzi sobie w roli amantów (kto by się spodziewał tego po Fezie?), a także Chris Klein o przerażającym uśmiechu i porażającej osobowości. Do tej pory udało się wszystkim bardzo sprawnie "wtopić" w atmosferę całej produkcji, nawet jeżeli ich role były czysto epizodyczne. Tipi Hedren w trumnie wliczając. ;)

Przyszedł w serialach okres na odcinki tematyczne, szczególnie w serialach komediowych. Najpierw mieliśmy całą masę odcinków halloweenowych - zaczynając od "Modern Family", a kończąc na rzeczonym "Raising Hope". Teraz w USA przyszedł czas na Święto Dziękczynienia, a co za tym idzie - na nadziewane indyki, dyniowe placki i słodkie ziemniaki. Wszystko to dźga nas w oczy z ekranu telewizora, czy komputera, i okraszone jest standardowymi gadkami o miłości, wartościach rodzinnych i byciu wdzięcznym za to, co osiągnęło i otrzymało się w życiu

Ale u Chance'ów jest inaczej. Bo po co bawić się w odcinek z indykiem na głowie lub desperackim poszukiwaniem nadzienia do wyżej wymienionego, skoro lepiej postawić na kuchennym stole laboratorium, którego nie powstydziłby się może i sam Walter White, oraz zmienić mieszkańców Natesville w czekoladowych ćpunów! "Raising Hope" nie zawiodło, bo zafundowało nam nie tylko klimaty a'la "Breaking Bad", ale też hołd złożony najlepszym gangsterskim filmom i serialom, z "Ojcem Chrzestnym" na czele. Wydaje mi się, że wkradło się tam nawet odrobinę "Las Vegas Parano". Kiedy spoglądałam na oszołomionego cukrem i bekonem Burta czekałam tylko na moment, w którym krzyknie "it's a bat country!".

Oryginalne podejście do tematu amerykańskich świąt i dni pamięci sprawia, że chętniej ogląda się takie odcinki. Trudno przecież odnieść się do ichniego Święta Dziękczynienia, skoro to typowo amerykański zwyczaj, którego my nie mamy we krwi.

Może ktoś nie lubi tych kilku tygodni, kiedy to każdy amerykański serial przechodzi od Halloween aż do Nowego Roku. Zawsze jednak warto sprawdzić, czy scenarzyści sprawnie poradzą sobie z całą masą wyświechtanych motywów, czy zafundują nam coś świeżego. "Raising Hope" wyszedł z tego obronną ręką. Odcinek halloweenowy też był najlepszym z całej serialowej oferty.

poniedziałek, 12 listopada 2012

HIMYM 8x05: The Autumn of Break Ups


Najwyraźniej mocno przeceniłam "How I Met Your Mother", spiesząc z zachwytami przy siódmym sezonie. Spiesząc w ogóle z pochwałą dla serialu, który od samego początku niespecjalnie mi się podobał. Czy mogę zatem odetchnąć z ulgą, że sezon ósmy poleciał poziomem na łeb na szyję?

Nic już nie jest śmieszne w tym serialu. W szczególności Barney, ale jemu udało się to trzy sezony temu (a zemsta za kanapkę była ukoronowaniem). Nic nie jest też ciekawe. Teraz już właściwie wszystko wiemy i nie możemy spodziewać się niczego nowego. Lawina powtórek już leci nam na głowy. Bo skoro Ted już wyznał jakiś czas temu miłość Robin, to teraz pora na Barney'a! Po rozstaniu z Quinn, znowu zaczyna wodzić za Robin rozmarzonym wzrokiem i wkrótce pewnie przejdziemy od nazywania jej "najlepszym kumplem i skrzydłowym" do "nie powinienem jej nigdy opuszczać". Dobrze zatem, że samą Robin wyposażyli w łatwo zbywalnego chłopaka, którego pozbędzie się na dniach. Wiemy przecież, że najlepszy team od laser-taga wróci do siebie.

Naprawdę, nawet przy serialu, do którego kompletnie straciłam zapał, wolałabym czasami być lekko zaciekawiona i poświęcić chwilę na domysły, niż wiedzieć dobrze, co się stanie, bo twórcy sami mi to pokazali. Nie wystarczy przecież im, że Ted męczy wszystkich, waląc nam głosem Boba Sageta "ha haaaa, to nie jest ich matka!", już ósmy sezon z rzędu.

Ach, wydaje się, że wieki minęły od momentu, kiedy wychwalałam Robin za jej wzruszający odcinek. Teraz jej przekolorowane kompleksy i postawa chłopczycy tylko rażą. Nawet Lily i Marshall nie bawią tak dobrze, jak kiedyś. Szczególnie udzielający damskich rad Eriksen.

Nie liczę już absolutnie na żadne zaskoczenia. Bo nawet jeśli ojciec Lily (po tym, jak okazało się, że potrafi być świetnym i godnym zaufania opiekunem) wyjedzie do Tijuany obstawiać psie wyścigi i zastawi w tym celu nerkę Marshalla, to ja nie będę zdziwiona. Jeśli po drodze Ted znajdzie sobie jakąś kolejną dziewczynę, a potem rzuci ją dla Robin, z którą po drodze prześpi się Barney, to też nie będę zaskoczona. Wzruszę ramionami, jeśli na przykład powróci Stella albo Zoe, bo któraś nie może zapomnieć o naszym kochanym, nudnym Tedzie. Ale jeśli ktoś jeszcze raz zwieje ze ślubu, to szlag mnie chyba trafi.

Przychodzi mi jeszcze do głowy teraz żarcik internetowy, w którym pada tekst Teda: "opowiem wam, jak poznałem waszą mamę, ale po tym, jak powiem kto i ile razy obracał ciocię Robin". Uważam, że wart jest przypomnienia.

wtorek, 6 listopada 2012

Losy niepewne: Mockingbird Lane


W atmosferze Halloween, duchów i strachów, krwi, makabry i upiornych makijaży natrafiłam na pilotowy odcinek "Mockingbird Lane", nowego projektu Bryana Fullera - twórcy takich tytułów, jak "Tam gdzie pachną stokrotki' i niecierpliwie (przeze mnie) oczekiwanego "Hannibala" z Maddsem Mikkelsenem w roli doktora Lectera. Pan Fuller postanowił na nowo przedstawić nam perypetie rodziny Munsterów - upiornej rodzinki wampirów, wilkołaków i podobnych charakterów.

Pierwsza wersja powstała w latach 60. i, z całą charakterystyczną dla tamtego okresu przesadą i slap-stickiem, bawiła widzów przez dwa lata. Przez następne lata pojawiło się kilka filmów pełnometrażowych, a w latach 80. nowa wersja serialu. 

Musiało minąć jeszcze trochę czasu nim ktoś zdecydował się na nowe spojrzenie na rodzinę Munsterów, zostawiając gdzieś wszystkie upiornie kiczowate peruki i stroje, które teraz kojarzą się tylko z przebieranymi imprezami. Tutaj Dracula nie chadza we fraku i podszytej czerwonym aksamitem pelerynie, ale w dobrze skrojonym trzyczęściowym garniturze. Głowa rodziny nie wygląda jak kwadratogłowe monstrum Frankensteina, chociaż dziwne szwy na jego przegubach i szyi mogą wzbudzić lekki niepokój wśród sąsiadów. Wszyscy wyglądają bardziej jak rodzina z sąsiedztwa (która koniecznie musiała wprowadzić się do domu po seryjnym mordercy), a przez to ich perypetie wydają się być bardziej oczekiwane i interesujące.

Bryan Fuller "ugryzł" temat od sobie dobrze znanej strony, dając nam zarówno ciekawą atmosferę, dawkę inteligentnego humoru, jak i makabry. Całość okraszona została świetnymi efektami, zarówno w dziedzinie komputerowej, jak i charakteryzacji, wizualnym przepychem i sprawnie dobraną obsadą. Portia de Rossi zawsze wydawała mi się nie z tego świata, Jerry O'Connell sprawdza się nadzwyczaj dobrze (przyznać trzeba, że przeszedł długą drogę od bycia tym grubym dzieciakiem ze "Stand by Me"), ale i tak całe show kradnie Eddie Izzard w roli Dziadka.To zupełnie inny rodzaj wampira od tych, z którymi mieliśmy czasami do czynienia - wredny, cyniczny, okrutny, przebiegły i bezwzględny. Nie jest przerysowany - nie dźwiga nadmiaru patosu i powagi (Lugosi, Lee i ich naśladowcy), nie jest też zabawnym staruszkiem w pelerynce (oryginalny Dziadek Munster) A do tego dobrze gotuje!

A jak ktoś nie lubi Eddiego Izzarda, niech natychmiast idzie przemyśleć swoje życie, przy okazji oglądając też "Wszystkie wcielenia Tary".

Tylko co z tego, skoro stacja NBC krzywo spojrzała na wyniki oglądalności premiery (trzeci wynik w swoim czasie antenowym) i wolała odcinek pilotowy puścić w jako Halloween Special, przed kolejnym odcinkiem "Grimm" (na litość!), zamiast podjąć się realizacji całego sezonu. Na razie oficjalna wersja jest taka, że "Mockingbrid Lane" nie ruszy, a Fuller jest zajęty "Hannibalem". Jednak liczę, że ktoś pójdzie po rozum do głowy i będziemy mogli zobaczyć, co jeszcze wydarzy się na Mockingbrid Lane 1313.

sobota, 27 października 2012

Nowy/stary superbohater: Arrow


Ledwo co wysmarowałam notkę o tendencji stacji CW do robienia serialu o problemach pięknych ludzi, a na moim celowniku znalazła się kolejna produkcja spod ich skrzydeł. Wzięli "na warsztat" kolejną starą historię, chociaż nie tak datowaną, jak opowieść o Pięknej i Bestii. "Arrow" to uwspółcześniona wersja przygód Zielonej Strzały, bohatera komiksowego, który narodził się pod szyldem DC Comics w 1941 roku.

Adaptacje komiksowe przeżywają prawdziwy renesans już dobrą dekadę. Po sukcesie "The Avengers" gatunek rwie do przodu, szykując nas na premiery wszelakich sequeli, prequeli i rebootów. I skoro tak dobrze bohaterom komiksów idzie na dużym ekranie, to czemu nie przeciągnąć tego do telewizji? Skoro "Smallville" już się skończyło (gdzie, swoją drogą, też można było spotkać Zieloną Strzałę), a cała reszta to głównie seriale animowane, "Arrow" na pewno zapadnie w pamięć.

I jak wyszło tym razem?

Współczesny świat (a dokładnie współczesna Ameryka) to idealne miejsce, by syn multimilionera, dupek o awanturniczych i pijackich skłonnościach, przeszedł wewnętrzną przemianę i zaczął zwalczać zło i korupcję. Mamy w końcu tego całkiem sporo, wśród bogatych i wpływowych. Oliver Queen wraca "zza grobu" po pięciu latach od zaginięcia i rozpoczyna walkę o dobro, a także o zadośćuczynienie za krzywdy, których ludzie zaznali od jego rodziny.

Stephen Amell, grający Olivera Queena, może nie odtwarza swojej postaci z takim luzem i przekonaniem, jak Robert Downey Jr. (który po części już był Tonym Starkiem), ale jedna rzecz na pewno wychodzi mu świetnie. Jego dziedzic fortuny wypada blado w porównaniu ze swoją drugą naturą. Kiedy zakłada kaptur i rusza w noc z łukiem w dłoni, sprawia wrażenie, jakby czuł się o wiele pewniej. A na pewno tak wygląda (szykuje nam się kolejne bożyszcze?). Poważna mina, wyprostowana postawa i niesamowita sprawność, a w szczególności mistrzostwo w posługiwaniu się tak oryginalną bronią, działają na jego korzyść.

Trochę szkoda, że wyposażono go w standardowy zestaw irytujących osób towarzyszących: zaczynając od przyjaciela-podrywacza, przez przemądrzałą siostrę, skończywszy na bardzo standardowej byłej dziewczynie, która tak naprawdę jeszcze go sobie nie odpuściła. Mam nadzieję, że odróżniać ten serial od innych adaptacji będzie to, że love interest nie będzie damą w opresji, którą Green Arrow będzie musiał non stop ratować. Wystarczyło nam to chyba w "Spidermanie".

Na duży plus tego serialu na pewno działają flashbacki. Przez pierwsze odcinki dawkowano je nam, zaczynając bezpośrednio od momentu odnalezienia Olivera na jego wyspie. Jeśli ktoś zastanawiał się, jak po pięciu latach w głuszy można wrócić do cywilizacji i nie gadać do piłki, to retrospektywy na pewno mu to wyjaśnią i sprawią, że nowy bohater i jego niesamowite zdolności i wiedza (o truciznach, na przykład) nie są wydumane i przekombinowane. Pozwalają też na ukrócenie pewnych teorii, związanych na przykład z Queenem seniorem. Chociaż, z drugiej strony, to świat komiksowy - może nie wszystko może się w nim wydarzyć, ale na pewno dosyć dużo.

Początek wypadł bardzo pozytywnie, wydaje mi się też, że serial rozkręca się i jeszcze może nas zaskoczyć. A kryjówka Zielonej Strzały podoba mi się o wiele bardziej, niż którakolwiek z jaskiń Batmana.

wtorek, 23 października 2012

Number of what? 666 Park Avenue


Jakby mało było nam od września z tajemnic i strachów z drugiego sezonu "American Horror Story", stacja ABC uraczyła nas jeszcze nową produkcją: historią mieszkańców ekskluzywnego apartamentowca w centrum Nowego Jorku, w którym co rusz mają miejsce dziwne wydarzenia. Serial o dosyć pokracznym (nie potrafię znaleźć innego słowa) tytule "666 Park Avenue" wyprodukowany został przez Warner Bros.

Po tytule można podejrzewać, o co będzie się tu rozchodziło. Jeśli nie siły diabelskie, to jakieś inne wcielenie zła będzie igrało z losami mieszkańców, z zakochaną parą -  Jane i Henrym, na czele. A jak najlepiej zobrazować siłę nieczystą, która walczy o dusze ludzi? Jako biznesmena i właściciela nieruchomości, w elegancko skrojonym i niesamowicie drogim garniturze, z zimną i dystyngowaną Vanessą Williams u boku. Najlepiej jeszcze, żeby miał twarz Locke'a z "Lost"!

Nie ma co ukrywać, że Terry O'Quinn idealnie pasuje do tej roli. Odnoszę także wrażenie, że świetnie bawi się ze swoim stanowczym i tajemniczym bohaterem, który w jednej chwili patrzy na ciebie złowrogo, by po chwili obdarzyć cię ciepłym uśmiechem i przyjaznym klepnięciem w plecy, bądź posłuży ramieniem, by pocieszyć, doskonale wiedząc, że wszystkie te gesty służą mu tylko na korzyść. 

Spotykamy w The Drake cały "przekrój nowojorski": jest pisarz bez weny, jest ambitna pani fotograf, słabo radząca sobie dziennikarka, dziwna nastolatka, jest w końcu bardzo wrażliwa na paranormalne zdarzenia krucha blondynka - Jane, główna bohaterka. I jej chłopak prawnik, daję słowo - sobowtór Christiana Bale'a. Wszyscy oni w jakiś sposób powiązali swoje losy z Gavinem Doranem, nie tylko ze względu na zamieszkiwanie jego budynku. Komu wyjdzie to na dobre? Kto nadal pozwoli wykorzystywać mu fakt, jak bardzo są od niego zależni? Po pierwszych czterech odcinkach zaczynam z niecierpliwością oczekiwać na to, co komu los przyniesie. 

Jakkolwiek główni bohaterowie nie wydają mi się specjalnie ciekawi i służą raczej do ekspozycji (szczególnie Jane, Henry do czwartego odcinka wydawał się troszkę bezużyteczny), tak są inne jasne punkty w obsadzie - Vanessa Williams na przykład. Znana z grywanych przez siebie kobiet wrednych i bezwzględnych, tutaj też sprawia na początku takie wrażenie. Jakby była wspólniczką Gavina we wszystkich intrygach. Potem jednak jej skorupa zaczyna pękać, a ona świetnie to oddaje. A widz zaczyna zastanawiać się, czy sama nie ukrywa czegoś przed mężem i czy poniesie konsekwencje za to? Bo, że Gavin ukrywa coś przed nią, to jest raczej pewne.

To, co serial na pewno ma, to klimat. A wpływają na niego nie tylko historie bohaterów (jak na razie historia dziennikarki Annie wypadła najlepiej), ale także świetne zdjęcia, zapierający dech w piersiach budynek (zarówno z zewnątrz, jak i od środka) i brak rozpasania z efektami komputerowymi. Kiedy w grę wchodzi postać unosząca się z pyłu, to jakaś ingerencja grafików musi wejść w rachubę. Ale drzwi ociekające krwią są drzwiami ociekającymi krwią i to jest właśnie plus.

Mam nadzieję, że chociaż Terry O'Quinn wie, kim naprawdę jest Gavin. Bo ja, chociaż byłam pewna po pierwszym odcinku (scena podpisywania umowy z Jane i Henrym, o tytule nie wspomnę!), to teraz ogarnęły mnie wątpliwości. Kto wie, może to właśnie będzie największe zaskoczenie całego serialu?

niedziela, 21 października 2012

Śliczna ona, "brzydki" on: Beauty and the Beast


Trudno już liczyć wszelkie wersje i wariacje na temat historii Pięknej i Bestii. Kino, telewizja, literatura wałkuje ten motyw od czasu powstania oryginału - francuskiej baśni ludowej. Temat był już tak wyeksploatowany i tak często powtarzany (ostatnio w filmie "Beastly" z 2011 roku), że trudno byłoby wyobrazić sobie zupełnie nowe podejście do niego. Dlatego The CW postanowiło sięgnąć po jedną z bardziej współczesnych wersji: serial zrobiony przez CBS w 1987 roku. I zrobić go po swojemu, czyli jako serial o problemach pięknych ludzi.

Jeśli porównamy sobie te dwa seriale z perspektywy dzielących je 25 lat i pewnych modnych wzorców, pojawia się ciekawy motyw. Koniec lat 80. to był czas, gdy wiele z leading ladies było prawniczkami. Dzisiaj sprawa się trochę zmieniła i na topie są przedstawicielki służb porządkowych - najczęściej panie detektyw, komisarz, itp. Wzór niezależnej kobiety sukcesu musiał stać się mocniejszy. Teczka pełna akt i żakiet z poduszkami zostały zamienione na odznakę i kaburę z poręcznym pistoletem. Twardsza może być już tylko kobieta-komandos. I zapewne grana będzie przez Michelle Rodriguez (chociaż moją all time favourite będzie Vasquez z drugiej części "Obcego"). 

Catherine Chandler została policjantką, by wyjaśnić zagadkę morderstwa swojej matki i ataku na nią samą. Jednak policjantką jest nieudolną i nieodpowiedzialną. Kiedy zostaje zaatakowana w metrze (i kiedy znowu pomaga jej „bestia”) i nieprzytomni napastnicy padają na tory, ona zostawia ich tam! Biorąc pod uwagę, że chwilę później sama zostaje uratowana przed śmiercią pod kołami przejeżdżającego tamtędy metra, oni nie mieli tyle szczęścia. Zamiast odprowadzić ich do aresztu i postawić zarzuty (na komisariacie, w którym pracują tylko młodzi i piękni), woli pogonić za kimś, do kogo i tak by się wybrała. Przez cały odcinek popełnia proceduralne błędy i nie ponosi za to konsekwencji. Kristin Kreuk nie zostanie raczej wzorem twardej babki, jak było to w przypadku Lindy Hamilton. Jej rola w „Beauty and the Beast” to w pewien sposób powtórka Lany Lane z „Tajemnic Smallville”.

Nowa wersja historii najsławniejszego przykładu syndromu sztokholmskiego to teraz serial kryminalno-proceduralny, z odwiedzinami w kostnicy, raportami policyjnymi i agentami specjalnymi w garniturach, którzy wtykają nosy tam, gdzie nie powinni. Jest też, oczywiście, współpracownik ewidentnie zakochany w głównej bohaterce. Nie będący raczej konkurencją dla Bestii, ale o tym później. I wygląda na to, że na tym się skończy. Trudno będzie wcisnąć tutaj wątki poboczne. Wcześniejszy serial zawierał wątek społeczności żyjącej w (wizualnie powalających) tunelach pod Nowym Jorkiem, z którymi Catherine utrzymywała kontakt przez Vincenta. Nowy serial ograbił nas z baśniowości i tajemnicy innej niż ta, kto jest mordercą.

Linda Hamilton i Ron Perlman w serialu CBS (1987)
Bestię też dotknęły zmiany. I to właśnie jest największy problem tego serialu. Tym razem romantyczną historię o klątwie i nauczce zmieniono na eksperyment naukowy rodem z komiksów (pierwsze moje skojarzenie: Wolverine). Vincent Keller zdążył też zostać lekarzem z fizjonomią modela. W przeciwieństwie do swojego serialowego pierwowzoru (Ron Perlman, ulubieniec wszystkich hollywoodzkich charakteryzatorów, m.in. Ricka Bakera) nie zmagał się od urodzenia z uprzedzeniami i odrzuceniem związanymi ze swoim wyglądem i innością. Nawet teraz może być częścią społeczeństwa, bo chociaż upozorował własną śmierć, to gdzieś na pewno może pokazać się w świetle dnia. W przeciwieństwie do mężczyzny o twarzy zwierzęcia, który swoją dobrocią i szlachetnością (nawet jeśli czasami mocno przesadzoną) zdobył serce ukochanej. Przez to historia traci na mocy. Po co całe to gadanie o odnajdywaniu wewnętrznego piękna, o sile charakteru i tym, że pozory mylą, skoro "bestia" ma twarz amanta, poznaczoną dodatkowo kozacką blizną? Morał o wartościach ducha, a nie ciała, towarzyszył tej historii przez długie lata, od samych korzeni. Teraz jednak padł ofiarą mody na młodych i pięknych. Szkoda.

Wersja z lat 80. ma w sobie mnóstwo łatwo dezaktualizujących się cech, które tamtą epokę czynią dla nas lekko obciachowymi. Uważam jednak, że warto zapoznać się z nią, nie tylko po to, by ocenić to, na czym wzorowali się twórcy tegorocznej produkcji. To ciekawy serial, pozwalający docenić nie tylko inne spojrzenie na bajkę o Pięknej i Bestii, ale też obsadę (szczególnie tytułowy duet), pomysłowość - a co za tym idzie konfrontację nowoczesnego wielkiego miasta z życiem pod jego powierzchnią - ale też kostiumy, scenografię czy tradycyjne efekty specjalne. Szczególnie za tymi ostatnimi można zatęsknić ostatnimi czasy. Po kiepskich komputerowych stworach w "Grimm" charakteryzacja Rona Perlmana sprzed dwudziestu kilku lat robi wrażenie.

P.S. Czy w kimś ten serial też budzi dziwną podświadomą nostalgię? Bo ja na przykład pamiętam Vincenta z dawien dawna i zastanawiam się, czy leciał gdzieś w polskiej telewizji kiedy byłam dzieckiem...

czwartek, 18 października 2012

American Horror Story Asylum: Welcome to Briarcliff



Umówmy się. Pierwszemu sezonowi AHS do horroru było daleko. Owszem, dostaliśmy dużo odniesień do klasyki - to duchy bliźniąt błąkające się po domu jak w "Lśnieniu", to ciąża Vivien żywcem zerżnięta z "Dziecka Rosemary", relacja Tate'a z matką niczym w "Twisted Nerve". Jednak wszystko było podane w taki sposób, aby nie straszyło za bardzo. Osobiście mnie to cieszyło, ponieważ nie należę do fanów gatunku.

Teasery "Asylum" były mroczne - powykręcane postacie skradające się w ciemnościach, siostry zakonne wynoszące wiadra z poćwiartowanymi ludzkimi ciałami. Obsada też jest mocnym punktem tej produkcji - piękna Chloë Sevigny, Joseph Fiennes czy James Cromwell, znany jako właściciel najsłodszej świnki na świecie, to dopiero początek. Z pierwszego sezonu zachowano, ku uciesze nastolatek, Evana Petersa oraz zdobywczynię nagrody Emmy - Jessicę Lang. 

I w tym sezonie zaserwowano nam najlepsze i sprawdzone triki do straszenia. Mamy dom wariatów, w którym mieszkają najstraszniejsze monstra jakie widziały Stany Zjednoczone. Mamy młodą parę, która w poszukiwaniu mocnych wrażeń wchodzi tam, gdzie nie powinna. Mamy doktora Frankensteina, który nie poprzestaje na próbach mutacji roślin. Trochę "Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną", trochę "Mechanicznej Pomarańczy", a nawet "Z Archiwum X". 

Postacie zostały rozpisane o wiele lepiej, niż w pierwszym sezonie. Są barwniejsze i mniej przewidywalne. Samo miejsce pozwala na więcej szaleństw, w końcu jesteśmy w domu wariatów! Świetnie ogląda się aktorów z pierwszego sezonu w zupełnie nowych rolach, jednak jeżeli chodzi Tate'a i Constance,  chyba w żadnym życiu nie jest im dane siebie lubić. Pani Lange jest niewątpliwie motorem serialu. Już po pierwszym odcinku można powiedzieć, że nominację do kolejnych Emmy's ma w kieszeni.Na uwagę zasługuje również czołówka z genialną muzyką Charliego Clousera (tak jak w pierwszym sezonie).

Bardzo dobry start, pozostaje nam tylko czekać na kolejny tydzień i mieć nadzieję, że i ten sezon nie zamieni się w love story nastolatków.

sobota, 13 października 2012

Raising Hope, 3x01


"Raising Hope" zaczęło się pogrzebowo. Absolutnie nie w pogrzebowej atmosferze. Chance'owie rzadko pozwalają sobie na chwile refleksji, zadumy i smutku. W tym przypadku było podobnie. Bo jak tu zachować powagę, kiedy Maw Maw błyskawicznie i ze zręcznością godną sapera "wyłuskuje" nieboszczkę z sukni?

Maw Maw, która w tym odcinku wydaje się być dosyć przytomna i ogarnięta (najwyraźniej trzeba, chcąc podpieprzyć suknię z trumny). Nie wydaje jej się, że znowu ma 30 (ani 7) lat, ani nie zjada plastikowych owoców. Czy to tylko na czas stypy, czy to dłuższy stan i zobaczymy w końcu, jak z sukcesem eksmituje Chance'ów ze swojego domu? (Idę o zakład, że przenieśliby się wtedy do motelu, w którym cztery sezony mieszkał Earl z Randym.)

Drugi sezon rozpoczął się od gościnnych występów. Dobrze usytuowana rodzina Sabriny wzbogaciła się o babcię (chociaż nie na długo) i matkę, w których role wcieliły się Tipi Hedren i Melanie Griffith, prywatnie także matka z córką. Obie wypadły na tyle przekonująco, że po raz pierwszy chyba w całym serialu poczułam sympatię do Sabriny. Szczególnie pani Griffith, której ostrzyknięta botoksem twarz bardzo pomogła w kreacji zapatrzonej w siebie baby z bogatego domu.

Już na samym początku zostały też podjęte poważne kroki - Jimmy oświadczył się. Co prawda dwa pierwsze podejścia były dosyć niezdarne, niezręczne i, nie ukrywajmy tego, udawane. Ale czy to dziwne w przypadku Jimmy'ego? Zawsze była z niego sierota. Urocza: tak, ale sierota. Że musiał liczyć na pomoc rodziców było raczej przesądzone. Zresztą, nawet gdyby nie chciał, by matka mu pomogła, to ona i tak by to zrobiła. Chociaż przecież wcale nie jest wścibska.

Dobrze tylko, że w grę wchodzi teraz perspektywa zamieszkania w większym domu (tylko uwaga, Burtowi podoba się wanna), bo kolejna osoba na stałe mieszkająca pod adresem Chance'ów mogłaby trochę zważyć nastroje. Myślę też, że szybkimi oświadczynami dają nam szansę na kilkaokazji do ich zerwania. W końcu sezon będzie liczył te dwadzieściakilka odcinków i wiele się może wydarzyć.

Oby tylko Lucy znowu się nie pojawiła. Była słabym pomysłem na finał.

środa, 10 października 2012

Gdy zapadnie ciemność, czyli Revolution


W świecie, w którym wygoda i dostatek musiały ustąpić miejsca chęci o przetrwanie i różnej formy kombinowaniu, ludzie żyją w pozostałościach po starym świecie, rządzeni przez uprzywilejowaną elitę. Elitę, która trzyma ich żelazną ręką, pod komendą bardzo wpływowego osobnika. W tym świecie młoda dziewczyna musi przejąć odpowiedzialność za swoje młodsze rodzeństwo i za wszelką cenę uratować je od śmierci. Jej mentorem staje się często zaglądający do kieliszka facet o szorstkim usposobieniu, który jest największym twardzielem, jakiego świat nosił, a który nigdy nikogo o nic nie prosił, ale potrafi też okazać jej wsparcie.

BRZMI ZNAJOMO?!

Może to tylko ja, może jednak postacie z literatury popularnej dla nastolatków wywierają zbyt mocny wpływ. Pytanie tylko, czy na mnie, czy na J.J. Abramsa i Jona Favreau? Bo albo wydaje mi się, że widzę tu próbę wciśnięcia nam serialowej wersji Katniss Everdeen z "Hunger Games", albo faktycznie ten duet postanowił to zrobić. Niestety, zamiast twardej młodej dziewczyny, która musiała dorosnąć o wiele za wcześnie i odnaleźć się w bezwzględnym świecie, mamy mało ciekawą i mało przydatną nastolatkę, która stara się wszędzie wcisnąć i robi maślane oczy do pierwszego młodego faceta, na którego się natyka. I wyszła Bella zamiast Katniss?

Pomysł na serial był wielce interesujący. Postapokaliptyczna atmosfera, przyzwyczajeni do wygód ludzie zmuszeni do adaptacji w trudnym środowisku. Prymitywne ludzkie instynkty, niszczejący świat, dążenie do władzy, rządy wojskowe oraz rebelia. Wykonanie wypadło już gorzej, nie tylko w przypadku postaci (standardowo: m.in. wspomniana młoda dziewoja i jej love interest po przeciwnej stronie barykady, pulchny fajtłapa, twarda pani doktor, bezwzględny policjant i była dziewczyna), jak i fabułę oraz ramy czasowe. Widzimy moment, w którym gaśnie światło. Pierwszy efekt, jaki widzimy, to spadający wprost z nieba samolot pasażerski. Wrażenie jest powalające! Co może zdarzyć się jeszcze? Przecież to dopiero początek!

"15 lat później..."

Serio? Po tych pierwszych minutach, nie wiedząc kompletnie, co spowodowało awarię na taką skalę, już wciąga nas akcja. Już czekamy na te pierwsze reakcje, na chaos i jego powolne ujarzmianie, "docieranie się" społeczeństwa do nowych warunków. Ale tu rozczarowanie, bo najwyraźniej możemy od razu przeskoczyć do chwili, gdy zastajemy bohaterów idealnie wprost dostosowanych. Z uprawami warzyw, z ogrodzoną osadą na modelu osiedla domków jednorodzinnych i zorganizowaną w niej szkołą dla dzieci, które w ogóle nie znają elektryczności.

A potem się okazuje, że sceny "zaraz po" i to, na co najbardziej liczyłam, zaczynają być średnio sprawnie dawkowane w kolejnych odcinkach. Ale przepraszam, ja już zainteresowanie straciłam. Już nie obchodzi mnie, ile osób przeżyło pierwszą falę szoku, jak zorganizowali się w społeczność, jak do władzy doszedł ten osławiony generał Monroe i jak udało mu się podporządkować sobie cały kraj, ani jak długo zajęło im wykombinowanie zastępstw za wszelkie brakujące urządzenia elektryczne. Zamiast pójść za ciosem Abrams pacnął nas lekko przez podusię z pierza.

To dlatego też zaskakujące sceny końcowe w kolejnych odcinkach nie mają w sobie takiej siły, jaka miała być przypisana. Chociaż logika dziesiątej muzy wskazuje nam, że ten, kto ukazany był przez pierwsze 15 minut, a nie pojawia się podczas zawiązania akcji, stał się zły i zwykle awansował do miana czyjegoś arcywroga. Bądź też ukrywa się, lub jest więziony. I w tym aspekcie "Revolution" nie zawodzi, równocześnie zawodząc jako całość.

wtorek, 9 października 2012

Co dalej z Dexterem? (7x02)



Przez sześć sezonów Dexter potrafił utrzymać swojego Mrocznego Pasażera w tajemnicy. Chyba każde z nas się spodziewało, ze jeśli wreszcie ktoś dowie się o nim prawdy, nic już nie będzie takie samo. Ale nie. Dexter, seryjny morderca, jak co dzień wstaje rano do pracy, bada kolejne miejsca zbrodni, odwiedza swojego syna (swoją drogą, czy można być gorszym ojcem? Opiekunka praktycznie już u niego mieszka, a on tylko wpada żeby pogłaskać młodego po głowie). 

Kiedy Dex opowiada siostrze o Kodeksie i całej reszcie, dopiero wtedy uświadamiam sobie, jakie to wszystko jest śmieszne. Kiedy na głos mówi o tym, kim jest Mroczny Pasażer, nie jest to już straszne i zrozumiałe. Kiedy wymienia grzechy osób, które "zasługiwały na to by umrzeć" zgadzam się z Debrą, ze to one były ofiarami, ze to nie tak powinno sie odbyć. Debra jest głosem rozsądku, ma jak najbardziej racjonalne argumenty. Dexter całe życie wierzył, ze musi zabijać, że Mroczny Pasażer tego od niego wymaga. Co jeśli da się z tym walczyć i pokonać, jak zwykły nałóg? Oczywiście na to nie ma co liczyć, kto oglądałby serial gdyby Dex przestał mordować?

Zaczynam się obawiać o możliwy romans między przybranym rodzeństwem. Ja wiem, ja rozumiem, teraz jest to modne w serialach (pozdro, Gra o Tron!), jednak jeżeli to się wydarzy moja opinia o serialu bardzo podupadnie. Wszystko powoli zmierza w tym kierunku - Deb i Dex zamieszkali razem, ponieważ Deb chce go pilnować 24 godziny na dobę. Już myślałam, że kiedy przyszła do sypialni sprawdzić czy Dexter śpi, stwierdzi, że na kanapie jest jej niewygodnie i położy się koło niego. Na szczeście to tylko moje zboczone domysły. A tak na marginesie, bardzo podziwiam Michaela C. Halla i Jennifer Carpenter za pełny profesjonalizm we wszystkich wspólnych scenach. Przecież nie tak dawno byli jeszcze małżeństwem, a akurat po rozwodzie przyszło im grać najwięcej wspólnych i dosyć intymnych scen. Podejrzewam, że nie zawsze jest łatwo.

LaGuerta, zgodnie z przewidywaniami prowadzi śledztwo na własną rękę. Możemy powiedzieć już na pewno, że zrobi wszystko aby oczyścić imię byłego ukochanego. Natomiast stażysta dalej jest dla mnie człowiekiem-zagadką. Po prostu psychol czy geniusz z dobrym planem? Mam nadzieje, że Dexter wpadnie na to ze może go pokonać jego własną bronią - może na początek pokazać jego dziewczynie filmik z robieniem loda? Just sayin'.

niedziela, 7 października 2012

Go On, 1x01-05


Grupa kompletnych przeciwieństw zmuszona do obcowania ze sobą, przynosząca dużo śmiechu (nawet jeśli czasami jest on raczej nerwowy) i radości, to dosyć popularny temat w ostatnich latach. Mamy to idealnie widoczne w np. "Community", a nawet w obu wersjach "The Office". A od tego roku możemy podziwiać postępy terapii grupowej, w której udział bierze Matthew Perry, jako prezenter radiowy Ryan King.

Ryan stracił żonę w wypadku samochodowym (dobrze, że nie jest pisarzem i nie mieszka w Maine!) i zmuszony jest przez swojego szefa do wzięcia udziału w terapii grupowej dla ludzi o podobnych przejściach. Jedni, jak Ryan, stracili drugą połówkę, mają brata w śpiączce, a innym zdechł kot, bądź są tutaj tylko dlatego, że chcą. Wydaje mi się, że w każdej grupie znajdzie się taki osobnik, który przychodzi tam tylko po to, żeby posiedzieć. 

Zatem pan King zaczyna odwiedzać do jasno oświetloną salę, robi kolaże o przeszłości i przyszłości i chwyta się za serce podczas opowiadania o swojej żonie. Wszystko w aurze zapachowych świeczek. Jak to zwykle bywa - z początku niechętny i zdystansowany - w końcu przełamuje się, zaczyna integrować się z grupą i przejmować ich problemami, a nawet nawiązywać kontakty poza godzinami terapeutycznymi.

Nie było właściwie niczym zaskakującym, że twórcą serialu, w którym główną rolę gra Matthew Perry, jest Scott Silveri, który pisał scenariusze do kultowych już "Przyjaciół" (oraz "Joey'a", ale ćśśś). Interesujące było bardziej to, czy uda im się stworzyć coś ciekawego, co przyciągnie widzów. I to nie tylko przez fakt, że to kolejny "Przyjaciel do oglądnięcia" (pozdrowienia dla wszystkich, którzy oglądali zarówno "Web Therapy", "Dirt", jak i "Cougar Town"). Do zespołu dołączył Todd Holland, odpowiedzialny za reżyserię m.in "Malcolm in the Middle", "30 Rock", ale też mojego osobistego faworyta w jego filmografii - "Shameless".

I co im wyszło? 

Zgrabnie napisany serial o próbach pogodzenia się ze stratą i wielkimi zmianami w życiu, oczywiście z humorystycznym podejściem. Ale takim, które w niczym nie przeszkadza. O tym, jak różne są reakcje, zaczynając od czysto egoistycznego podejścia, gdzie należy rozmawiać "tylko o mnie, moim podejściu, moim smutku", przez nieustanną chęć uderzenia kogoś lub rozbicia czegoś (Anne jest chyba moją ulubioną postacią z grupy Ryana), a skończywszy na pompatycznej, nadmuchanej i pseudo-uduchowionej metodzie prowadzenia zajęć (te świeczki, ten gong), która okazuje się mniej skuteczna, niż zwyczajny ludzki kontakt i wsparcie. Zahaczamy o nerwowe podejście otoczenia, o na siłę wyluzowane rozmowy i podejście znajomych, jakby człowiek stał się nagle jajkiem z ultracienką skorupką. O gotowanie tylko dla siebie, o wypranie i poskładanie ubrań. O te wszystkie drobne rzeczy, które trzeba w końcu zrobić samemu, a które uświadamiają nam, że ta druga osoba już nie wróci.

Już wiadomo, że nakręcony zostanie pełny pierwszy sezon. I chociaż nie dotarł on nawet do połowy, to już mam nadzieję, że całość zostanie zakończona w odpowiednim momencie. "Go On" dotyczy w końcu tematu, którego nie należy ciągnąć aż do upadłego. Bo podobno stara serialowa prawda mówi, że po szóstym-siódmym sezonie seriale rzadko trzymają poziom.

I dziękuję bardzo za odniesienie do Stephena Kinga i jego "Worka kości" w 5 odcinku. It really made my day.

czwartek, 4 października 2012

Boardwalk Empire 03x01-03



Co do nowego sezonu Zakazanego Imperium miałam największe wątpliwości. Według mnie, to nie Nucky Thompson był głównym bohaterem, a Jimmy Darmody. To jego losy były bardziej interesujące, jego decyzje miały największe znaczenie na wydarzenia w Atlantic City. Może i trzeci sezon okazałby się zupełnie inny, gdyby nie fakt, że Michael Pitt jest aktorem bardzo ciężkim do opanowania i jego kontrakt nie został przedłużony. Tak więc Jimmy musiał odejść.

Serial potrzebował nowych postaci, mocnych i wyrazistych. Nie wierzyłam przecież, że Nucky się nią stanie. Jednak już po trzech odcinkach mogę śmiało powiedzieć, że wreszcie Eunoch Thompson stał się gangsterem z krwi i kości. Jednocześnie wciąż widzimy jego ludzką stronę - dręczą go wyrzuty sumienia z powodu śmierci Darmody'ego, prześladują dziwne sny (piękne odniesienie do Sopranos). 

Nucky nie jest jedyną postacią, która ewoluowała. Duże postępy poczynił niespokojny dzieciak Capone. Widać, że Torrio liczy się z jego zdaniem i traktuje jak równego sobie. Al stara się też panować nad swoją niepohamowaną agresją, w końcu ze swojej nieobliczalności słynie. W tym sezonie poznaliśmy jednak człowieka, przy którym jeden z najsławniejszych gangsterów świata wygląda jak potulny baranek. Przed Państwem Gyp Rosetti! Jeżeli po tych trzech odcinkach nie dostajecie gęsiej skórki, kiedy tylko pojawia się na ekranie, gratuluję (ale naprawdę nie rozumiem). Człowiek jest kompletnym psycholem, wyjątkowo wyczulonym na swoim punkcie, szukającym w każdym zdaniu kierowanym do niego podprogowego przekazu pod tytułem: "obraziłem cię, należy mi się śmierć". Tak więc Nucky, w ostatnim odcinku zostawiając mu wiadomość Bone For Tuna, nie zachował się zbyt rozsądnie. Tylko czekać jak w następnym epizodzie Gyp zamieni sie w Hulka i zmiecie Atlantic City z powierzchni ziemii.

Margarett irytująca jak zwykle. A może jeszcze bardziej? I proszę, niech mi ktoś powie, że nie będzie miała romansu z lekarzem z którym się czubi od pierwszego odcinka. Agent Schroeder to tykająca bomba zegarowa, jestem naprawdę ciekawa jak rozwinie się jego wątek. Nienawidzi swojej pracy i nowego życia, a przypadkowy udział w sporze gangsterów na pewno wróci jeszcze na taśmę.

środa, 3 października 2012

Two Broke Girls 2x01 i 02


Przez cały pierwszy sezon "2 Broke Girls" zastanawiałam się, czy ten serial w ogóle mi się podoba. Kombinowanie, co w tym serialu jest śmieszne, zajęło mi 24 odcinki. Myślałam, że po przerwie letniej powitam drugi sezon ze świeżą głową i może zdołam unormować moje odczucia.

A tu psikus. Bo początek drugiego sezonu znowu zostawia mnie z mieszanymi uczuciami. A jedyna widoczna zmiana, to fakt, że Kat Dennings straciła na wadze. Cała reszta pozostaje właściwie bez zmian.

Uwielbiam to, że są bardzo na bieżąco w tematach do obśmiania. Trzeba wyśmiać hipsterów, ich nowe technologie, nowe mody i powiedzonka, proszę bardzo. Flash-moby, nie ma sprawy. Matki karmiące w miejscach publicznych, będące równocześnie matkami karmiącymi pięciolatka? Dawać ich tutaj! (To było, swoją drogą, piękne nawiązanie do "Gry o tron".) Nie ma tutaj specjalnego tabu, przynajmniej jeśli chodzi o żarty. Z tematami przewodnimi może już być trochę gorzej, co można było wywnioskować po zeszłosezonowej miłości Max do malarza Johnny'ego, który został wepchnięty do ostatniego odcinka chyba tylko dlatego, że ktoś sobie o nim przypomniał.
 
Oleg jest śmieszny w ten rubaszny i mało wyszukany sposób, do którego część osób się nie przyznaje. Sophie może razić trochę, gdy pomyśli się o tym, że według twórców serialu to Polka. Zastanawiam się jednak, czy ta dwójka jest stereotypowa na poważnie, czy twórcy pokazują nam ten wydumany, przekoloryzowany wzór "gościa ze wschodniej Europy". Idę o zakład, że część polskich widzów ze spokojem przyjmuje Olega w welurowym dresie i z widocznym owłosieniem spod pach. W końcu kino i telewizja od lat przyzwyczaja nas do takiego wizerunku Ukraińców, Rosjan i całej naszej słowiańskiej braci. Ale polska sprzątaczka, która zażera się kiełbasą i dostaje spazmów na widok złota, już może trochę ich oburzać.

Caroline była irytująca od samego początku. I chociaż diametralnie zmienił jej się status społeczny i warunki życia, to nadal pozostaje marudą i czasami daje temu upust. Szczególnie kiedy idzie o jej rozerwany naszyjnik. Dziwi mnie czasami, jak mocno stojąca na ziemi Max wytrzymała z nią tyle, nie dając jej jeszcze w twarz. 

A może dała, tylko zrobiła to w offie? Tak, jak robią większość rzeczy, będąc "dwiema spłukanymi dziewczynami". Zasada "show, don't tell" została tutaj spakowana w worek na śmieci i wywalona na ulicę, bo większość rzeczy, które byłą lokatorkę ekskluzywnego apartamentu Caroline tak oburzają, zostaje tylko wspomniana. Jeśli odejmiemy te dialogi, opowieści o tym czego używają zamiast mydła i co jednocześnie potrafią nim zastąpić, to zostają nam tylko dwie obłożone muffinkami panny, które mieszkają w całkiem sporym, dobrze wyposażonym i wiecznie oświetlonym mieszkaniu. Mając podobno na pieńku z właścicielem, któremu zalegają z czynszem.

Cieszy mnie właściwie, że finał pierwszego sezonu nie przyniósł im oczekiwanego i nagłego szczęśliwego przejścia od kelnerek do bizneswomen, a Martha Stewart nie była ich wróżką spełniającą życzenia. Dzięki temu jest materiał na kolejne sezony.

Może wtedy do końca się przekonam?

wtorek, 2 października 2012

Dexter 07x01



Jak daleko możesz się posunąć, żeby chronić osobę, którą kochasz? Co byś zrobił, gdybyś się dowiedział że osoba którą kochasz, jest seryjnym mordercą? Biedna Debra.

Kolejny, bardzo oczekiwany powrót nie zawiódł. Odcinek zaczyna się dokładnie w miejscu, w którym skończył poprzedni sezon. Powiedzmy sobie szczerze, sezon szósty nie należał do najlepszych. Ale o tym już pisałam. Czy pierwszy odcinek daje nam jakieś odpowiedzi? Bynajmniej! Pytań jest coraz więcej. Dexter w kościele zaczyna tłumaczyć siostrze, że wpadł w szał, tłumacząc się oczywiście śmiercią Rity. Cała bajeczka brzmi naprawdę przekonująco, a i pani porucznik bardzo chce w nią uwierzyć. Zaskoczyło mnie, że wreszcie dała się przekonać i pomaga Dexterowi w upozorowaniu samobójstwa. Już kiedy nasz ulubiony seryjny morderca myśli, że jest po wszystkim, zaczynają się schody.

Debra szybko zadaje sobie coraz więcej pytań i zaczyna kojarzyć fakty. Dziwne jest podejście Dextera, który ją wręcz zbywa jak natrętne dziecko. Jego odpowiedzi są nieprzemyślane, widać, że improwizuje. Jak na złapanego na gorącym uczynku mordercę mógł przygotować lepsze riposty. Ale z drugiej strony czuje, że grunt pali mu się pod nogami. Zabiera swój zestaw uciekiniera i chowa w aucie. Wie, że w każdej chwili może go potrzebować. Jednocześnie nie może się powstrzymać przed kolejnym morderstwem, co jak dla mnie jest totalnie naciągane. Wiedząc, ze jego siostra jest o krok od odkrycia całej prawdy, robi sobie wolne w środku dnia żeby pojechać na lotnisko i zabić jakiegoś Ukraińca.Co, proszę mnie poprawić jeśli się mylę, jest niezgodne z kodeksem. 

Bardzo mnie zastanawia postać Louisa. Skąd wie tyle o Dexterze i dlaczego ma taką obsesję na jego punkcie? Jaki ma plan? Obawiam się, że jego dziewczyna może bardzo na tym ucierpieć. I kolejna sprawa - LaGuerta. Śledztwo na własną rękę? Oj Dexter, nie wyjmuj tego zestawu uciekiniera z bagażnika.

Koniec odcinka powalający, nie mógł się skończyć inaczej. Dociekliwa siostra wie już wszystko, ale chce wiedzieć więcej. Naprawdę nie mam żadnych podejrzeń, jak sytuacja może się rozwinąć. Serialowi zdarzało się mieć słabe sezony, jednak twórcy rekompensowali je naprawdę dobrymi. A szósty sezon nie należał do najlepszych :)

czwartek, 27 września 2012

Johnny Lewis nie żyje


Aktor znany przede wszystkim z roli w Sons Of Anarchy nie żyje. Wypadł z balkonu próbując uciec po morderstwie starszej kobiety. Naprawdę nie wiem, jak to skomentować.

poniedziałek, 24 września 2012

Sons of Anarchy s05e01




Sons Of Anarchy wreszcie powróciło na ekrany. Po cliffhangerze ostatniego sezonu dla wielu ludzi to właśnie ten serial był najbardziej oczekiwanym powrotem roku. Pierwszy odcinek udźwignął oczekiwania fanów, trzyma wysoki poziom i zgrabnie balansuje między intrygami, przemocą i brawurowym strzelaninom.

Rodzina. Kurt Sutter dość wyraźnie daje nam do zrozumienia, że Gemma i Clay nieprędko zakopią topór wojenny. Ekipa Sonsów pomaga mu w wyprowadzce z ich wspólnego mieszkania, kiedy ta uprawia seks z dopiero co poznanym latynoskim alfonsem. Model rodziny, która wszystko przetrwa i która powinna radzić sobie sama, był budowany przez cztery sezony po to, aby powoli zacząć się sypać. Czy Jax i tym razem zapanuje nad wszystkim i wszystko naprawi? Jeśli największa opoka SAMCRO nie może przebywać razem w jednym pokoju, ciężko uwierzyć, że reszta bohaterów na tym nie ucierpi.


Interesy. Nie zapominajmy, z czego utrzymują się Synowie. Handel narkotykami, który napsuł tyle krwi członkom klubu nie może się skończyć, jednak Jax musi zachować dla siebie informację, że za wszystkim stoi CIA. Oczywiście wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy ginie córka przywódcy Dziewiątek. Tu poznajemy nowego nemesis ekipy SAMCRO. W każdej scenie, w której się pojawił ginęli ludzie aż do finału odcinka, gdzie zemścił się na Tagu za morderstwo swojej córki w najgorszy z możliwych sposobów. Naprawdę ciekawe, jak prezydent klubu załagodzi tę sytuację. A dobrze wiemy, że musi to zrobić aby handel narkotykami przebiegał sprawnie.

Przyjaźń. Nadszedł moment, którego więź Opiego i Jaxa nie mogła przetrwać. Dziwne, że Opie po wszystkim co go spotkało, sam nie starał się odebrać sobie życia. Wie jednak jedno - życia z Sons Of Anarchy już nie chce. Nie ma zamiaru siedzieć przy jednym stole z mordercą swojego ojca, mordercą swojej żony i przyjacielem który, jego zdaniem, zdradził go. Oby jeszcze pojawił się w kolejnych odcinkach, jest to silny charakter z dobrym potencjałem. Gemma i Tara jeszcze niedawno również świetnie się dogadywały, a teraz każda ich rozmowa kończy się piorunami z oczu. Tara nie chce babci przy swoich dzieciach, zarzuca jej nadużywanie alkoholu i narkotyków. Sama niestety nie jest już tą samą panią doktor co na początku, a humor po stracie pracy próbuje sobie poprawić paleniem skrętów, kiedy dzieci płaczą w pokoju obok.

Prawo. A raczej ciągłe z nim problemy. O ile Elvis wyszedł z więzienia, SoA nie mogą zbyt długo nacieszyć się pełnym kompletem. Na kilku członków klubu wystawiono list gończy, więc postanawiają uciec. A raczej się schować. Miejsce zapewnia Gemma, u swojego nowego przyjaciela. Tutaj też możemy się spodziewać wielu problemów, bo przecież w Charming nic nie może się dobrze skończyć.


Odcinek bardzo dobry, daje nadzieję na dobry sezon i oby tak się stało. Nowi bohaterowie, nowe problemy - a wszystko zgrabnie i delikatnie przedstawione, tak, aby miało czas na spokojny rozwój w kolejnych odcinkach. I jak zwykle bardzo dobra ścieżka dźwiękowa.

sobota, 16 czerwca 2012

Widmo Przyjaciół: Episodes



Miałam nie pisać o tym serialu. Jednak ostatni odcinek (2x06) przekonał mnie do tego. Ponieważ udowodnił bardzo smutną rzecz- po ośmiu latach od zakończenia Przyjaciół, aktorzy dalej nie mogą uwolnić się od widma tego sitcomu.

W wielu wywiadach Matt LeBlanc podkreślał, że to on najbardziej potrzebował roli we Friends. Zdarzało się, że nie miał pieniędzy na obiad. Po zakończeniu serii raczej żadne z aktorów nie mogło narzekać na brak środków do życia, jednak to przygody Joeya zdecydowano się kontynuować w bardzo, ale to bardzo nieśmiesznym serialu (który anulowano po dwóch sezonach). Mam wrażenie że przygody każdego z Friends byłyby śmieszniejsze, w końcu ile można się śmiać z głupoty Joeya?

Każdy z Przyjaciół jakoś ciągnie swoją karierę, jednak o LeBlancu przez długi czas nie było nic słychać. Ponad rok temu pojawiły się pierwsze informacje dotyczące nowego serialu, w którym ma zagrać samego siebie. Sama fabuła też zachęcała: amerykańska stacja kupuje licencję od Brytyjczyków i jak to na Hollywood przystało, zmieniają wszystko - aktorzy muszą być ładniejsi, ma być więcej seksu no i musi być gwiazda. Więc zatrudnimy Joeya. Tak zaczynają się perypetie bohaterów Episodes

Już po pierwszym sezonie serial został doceniony zarówno w Stanach jak i na starym kontynencie. LeBlanc dostał Złotego Globa, czego nie doczekał się przez dziesięć sezonów Przyjaciół. Nagroda jak najbardziej zasłużona, bo mam wrażenie że nie każdy aktor potrafi mieć aż taki dystans do siebie. W Episodes nie raz obiektem żartów jest sama osoba Matta, jego życie prywatne które nie należy do udanych i oczywiście ciągnące się za nim How You Doin'? Nie najłatwiej jest się przyznać przed światem że może kariera nam nie  do końca wyszła tak, jakbyśmy tego chcieli. Jednak LeBlanc postawił wszystko na jedną kartę i ze swoich słabości zrobił zalety. 

Wracając do serialu w serialu (serialocepcja?) - okazuje się, że sama osoba Matta nie gwarantuje wysokiej oglądalności. Szef stacji sugeruje, aby aktor poprosił któregoś z Przyjaciół o gościnny występ. I tu zaczynają się schody, okazuje się, że nie utrzymuje on kontaktu z nikim z obsady, a raczej nikt z obsady nie chce utrzymywać kontaktu z nim. Przyczyna jest prosta, Matt jest kompletnym dupkiem, myślącym tylko o sobie... i o dupach. Jednak ma więcej wspólnego z Joeyem, niż mogłoby się wydawać! Ale fama już poszła, dzieciaki są wniebowzięte, że "będą grać z kimś z Przyjaciół", a stacja naciska coraz bardziej. Na szczęście jest Gunther...

Po tylu latach to właśnie Matt LeBlanc wyszedł obronną ręką w starciu z duchem Friendsów, ponieważ jako jedyny nie starał się od niego uciec, tylko z godnością rozprawić. A połączenie brytyjskiego i amerykańskiego humoru idealnie wyśmiewa nadęty świat zakłamanych producentów i aktorów.


poniedziałek, 7 maja 2012

Gra o tron 2x05: The Ghost of Harrenhal


Nie miałam ostatnio szczęścia do oglądania i opisywania "Gry o tron" na bieżąco. Tym razem, przy odcinku piątym, było podobnie. W dzień premiery brak prądu przerwał mi oglądanie. Potem, z każdym dniem, brakowało już czasu albo sił. Długi weekend rządził się swoimi bardzo dziwnymi prawami. A kiedy w końcu czas się znalazł, znów muszę się streszczać, by nadrobić przez następnym odcinkiem.

Pisanie czegoś o serialu na podstawie przeczytanej książki to czasami ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony wiesz dobrze, co zmieniono, dodano lub pominięto. Wiesz, kiedy taka zabawa z treścią wychodzi na dobre. Czasami nawet zazdrościsz, bo oni nie musieli brnąć razem z Daenerys przez Czerwone Pustkowie i nudzić się okropnie. Oni także mogli pogodzić się ze śmiercią Rakharo o wiele łatwiej niż ci, którzy nadal czytają o nim w kolejnych tomach. Chyba nie robi serialowcom różnicy, że nie ma Riverrun i rodu Tullych, że na razie ani śladu Krwawych Komediantów. Że dziki ogień u alchemików zamawiała Cersei, chociaż w książce Tyrion sam wyszedł z tą inicjatywą i on zajmował się nie tylko utrzymaniem porządku i poziomu życia w mieście, ale także jego obroną. Staram się unikać określenia "jak w książce", bo wtedy pojawia się oskarżenie o subiektywność i czepialstwo. Ale czasami to jest takie trudne!

Cień przemknął z epizodu czwartego prosto do namiotu Renly'ego, zaszlachtował dzielnego króla i ulotnił się, a wina spadła na Brienne. Jednak jego narodziny pod skałą robiły o wiele większe wrażenie niż scena morderstwa - od sposobu zadania ciosu aż po wygląd Cienia. Gwendoline Christie w roli Brienne z Tarthu zdecydowanie ratowała tę scenę.
Zauważyłam, że Emilia Clarke o wiele lepiej wypada, gdy mówi w języku Dothraków. Długie zestawy szeleszczących głosek wychodzą jej o wiele płynniej i naturalniej, niż ojczysty angielski. Rzecz to tak fascynująca jak to, czy aktor grający kupca Xaro Xhoan Daxos jest tak wielki, czy Emilia taka malutka, czy może ktoś bawił się wymuszoną perspektywą? Dodatkowo, od kiedy Doreah dostała więcej kwestii, z których żadna nie dotyczyła seksu, ani nie była wypowiadana na Viserysie, okazało się, że to kolejna aktorka, której sposób mówienia może zirytować. Jej ton, fakt, pasuje do sceny, gdy uczyła swoją królową sztuki miłosnej, ale właściwie tylko tam.

Za Drogona, brawa - wygląda tak dobrze i naturalnie, że chętnie ukradłoby się takiego dla siebie i karmiło grillowanym kurczakiem. Za kolorowy i pełen oryginalnych typów (Pyatt Pree!) Qarth, brawa. Wizualnie jedna wizyta w tym mieście wypada lepiej, niż cały pierwszy sezon wędrówki z khalasarem.

Za Murem trwa mroźne preludium. Czarni Bracia dotarli na Pięść Pierwszych Ludzi, dołączył do nich Qhorin Półręki i nie czekając postanowił zabrać naszego ulubionego bękarta na akcję dywersyjną. W końcu przestali krążyć, zostawili Crastera za sobą. Teraz niech się dzieje!

No i na koniec! Wisienką na torcie, jak zwykle, jest Maisie Williams. Jej naturalność kupuje mnie w każdym odcinku, nawet jeśli pojawia się w nim tylko na kilka minut. Teraz tworzy dodatkowo dwa świetne duety. W jednym towarzyszy jej Gendry, w drugim tajemniczy Jaqen H'ghar. Kilka chwil z tą trójką wystarczy, bym oczekiwała z niecierpliwością kolejnych odwiedzin w zamku króla Harrena. Nawet jeśli wiem dobrze, jak to się skończy.

Dziewczyny w NY: Girls


Nigdy nie rozumiałam fenomenu „Seksu w wielkim mieście”. I to nie tylko dlatego, że może niekoniecznie byłam targetem wiekowym. Zawsze wydawał mi się za bardzo przekombinowany. Bohaterki, jakkolwiek odnoszące sukcesy i niezależne, wydawały się zbyt nierealne w swojej perfekcji i z góry ustalonych wzorcach. Profil Carrie Bradshaw nadal kładzie się cieniem w świadomości, chociaż serial zakończył się osiem lat temu, a kolejne filmy przyprawiają tylko o ból głowy. Teraz w przygotowaniu jest projekt o przygodach młodziutkiej Carrie, a akcja ma dziać się w latach 80. Czego innego w końcu brakuje w Nowym Jorku, jak nie kolejnej przebojowej młodej dziewczyny w butach kosztujących połowę wypłaty?

Gdzieś pomiędzy tymi odnoszącymi sukcesy, eleganckimi kobietami z „Seksu w wielkim mieście”, a problematycznymi i świetnie ubranymi dziećmi z „Gossip Girl”, znajdują się dziewczyny z nowego serialu HBO – „Girls”. Te, które także żyją w Nowym Jorku, muszą borykać się z problemami finansowymi, męczącym i nudnym związkiem, kompleksami i niezdecydowaniem, a w wolnych chwilach słuchają Kelly Clarkson, wmawiając sobie, że są niezależne i odważne. Niektóre z nich mają plakat „Seksu” na ścianie i zastanawiają się, która z bohaterek odzwierciedla ich charakter. Dlatego między innymi skojarzenie z wielkim hitem HBO nasuwa się samo.

Serial jest dziełem Leny Dunham, która gra w nim także jedną z głównych ról. Jej bohaterka, Hannah, właśnie straciła wsparcie finansowe rodziców, równocześnie starając się rozpocząć karierę pisarską. Próbując zachować niezależność jednocześnie zdaje się być zbyt mocno zależna od swojej odrobinę zbyt sztywnej współlokatorki Marnie, pretensjonalnej i pojawiającej się „od święta” Jessy oraz Adama, z którym Hannah sypia bez zobowiązań. Żadne z nich nie jest oczywiście złą postacią, tutaj nie ma takich podziałów, nic nie jest czarne i białe. Mają po prostu indywidualny sposób patrzenia na świat i, tak jak wszyscy czasami, próbują przeforsować go jako ten najlepszy. Co więcej, według każdego z nich, pozostała dwójka zwykle wtedy myli się całkowicie.

Normalność tego serialu zdaje się być zarówno jego zaletą, ale też i wadą. Problemy, z którymi zmagają się bohaterki są typowe dla ich pokolenia. Łatwo można się z nimi utożsamiać. Brak pracy po studiach, nieumiejętność powiedzenia otwarcie, czego się chce – to wszystko tu jest. Jednak każdy odcinek powinien mieć ograniczony czas na skargi i marudzenie, a także oschłe podejście Marnie do swojego chłopaka oraz krępujące, zarówno bohaterów jak i widza, sceny seksu. Ma się ochotę krzyknąć „get on with it!” za grupą Monty Pythona. Niech Marnie w końcu powie o co jej chodzi, bo jej druga połówka jeszcze nie bardzo to łapie. Pomiędzy kilkoma niezłymi dialogami i dobrymi motywami (scena w poczekalni kliniki aborcyjnej, Hannah kradnąca napiwek obsługi hotelowej) wieje jednak nudą.

Ten serial ma być odskocznią o pięknego świata pięknych ludzi. Nadal jednak nie potrafię stwierdzić, czy chcę oglądać codzienność i codziennych bohaterów tam, gdzie zwykle można się od tego odciąć.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...