piątek, 30 grudnia 2011
Wielkie Nadzieje
środa, 28 grudnia 2011
Bag of Bones, pt. 1
Shameless 2x01: Summertime
A ja wszędzie przeczuwam aferę i kłopoty, szczególnie jeśli w grę wchodzi kilkoro dzieci, basen i Carl, który najpierw wpycha sobie cheetosy do nosa, a potem je zjada. Podzielam też zdanie Veroniki względem nowej koleżanki Fiony, Jasmine. Od pierwszej chwili wiedziałam, że będzie mnie wkurzać i znowu, niestety, nie myliłam się. Może dlatego, że nie lubię Amy Smart, a może dlatego, że to po prostu płaska i słabo napisana postać? Mogę mieć jeszcze pretensje co do nowego faceta Fiony, który wydaje się jeszcze bardziej miałki, niż Steve. Ten ostatni przynajmniej kradł auta.
wtorek, 27 grudnia 2011
Modern Family 3x10: Express Christmas
Od początku, od pierwszej sceny wiadomo, że to będą trochę wymuszone święta (nie ma to, jak planować kolację świąteczną opalając się nad basenem), jednak to wrażenie nie wykracza poza szklany ekran. Jako widz, nie odczułam tego. Mam nawet wrażenie, że w tym serialu nigdy nic nie będzie dla mnie wymuszone.
piątek, 23 grudnia 2011
Bajki nie dla mnie. Grimm 1x05-07
Silas, grający Monroe'a, jak zwykle najlepszy ze wszystkiego i wszystkich. Wyraz jego twarzy, kiedy na końcu siódmego odcinka odnalazł "Roszpunkę" żywą i przytulił ją, wynagrodził mi wiele niedociągnięć. No i ta jego miniaturowa kolejka w salonie.
czwartek, 22 grudnia 2011
American Horror Story: Afterbirth
Shameless 1x12: Father Frank, Full of Grace
środa, 21 grudnia 2011
Hank Moody powraca

Niegrzeczne nastolatki to najmniejszy problem w tym serialu. Nie raz zastanawiam się nad proporcjami mężczyzn i kobiet oglądających Californication. Wśród moich znajomych przeważają mężczyźni, zakochani w Hanku Moodym a raczej w jego stylu życia. No bo czy ten gość nie ma po prostu zajebiście? Żyje z dnia na dzień, poznaje interesujących ludzi, imprezuje ile się da no i co chwilę moczy. Marzenie każdego faceta? :)
A dla brzydszych chłopaków też jest nadzieja! Bo mamy takiego Runkle'a który też zarabia kupę kasy nie robiąc prawie nic i rucha nie mniej niż Moody (w tym odcinku stuknęła mu setka, serdeczne gratulacje!)
Każdy bohater w tym serialu ma poważny problem ze swoją seksualnością, wszyscy żyją jak w jakiejś dziwnej hipisowskiej komunie. Osobiście nudzą mnie już serdecznie przygody Hanka przewidywalne jak kilo gwoździ, wszystkie sytuacje w które się wkopuje i jakimś cudem zawsze wychodzi z nich obronną ręką. To czemu wciąż oglądam ten serial? Błyskotliwe dialogi, barwne postaci (och Marcy, nikt tak nie rzuca mięsem jak ty!) no i te sytuacje, które jednocześnie irytując wciągają i zmuszają do obejrzenia kolejnego odcinka.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Czarna Żmija III i IV

Sezon trzeci - Hugh Laurie i Rowan Atkinson w rajtuzach, perukach, rozsiadający się na barokowych meblach. Co ciekawe jednak, kiedy teraz ten pierwszy kojarzony jest z cynicznym doktorem House, ten drugi przypisany jest w świadomości większości widzów jako pierdoła w tweedowej marynarce. Kiedy tymczasem zaczęło się na odwrót. To postać Lauriego, książę Jerzy, "ma mózg mały, jak rybia kuśka", podczas gdy lokaj, pan Blackadder, to cwany i złośliwy typ. Wyśmiewają wszystko - od parlamentu brytyjskiego, rozrzutności rodziny królewskiej, po najsławniejszych poetów tamtego okresu, przyjmujących dramatycznie przesadzone pozy nad kuflem taniego piwa (mój ulubiony motyw w sezonie).
Sezon czwarty - okopy podczas I Wojny Światowej. Hugh Laurie zadomowił się w obsadzie, powrócił do nas także Percy (Kochanie, znaczy się), którego bardzo brakowało mi w wydaniu "rozważnym i romantycznym". Blackadder próbuje wydostać się z okopu za wszelką cenę i jednocześnie uniknąć konfrontacji z lordem Łonogrzmotem (tak, znowu!), wplątując się przy okazji we wszystko, co można, od wystawiania musicalu po aferę szpiegowską w szpitalu wojskowym i niewolę u Czerwonego Barona.
Nie będę pisać więcej o aktorskiej obsadzie, bo pojawiają się właściwie ci sami ludzie - pani Richardson, pan Mayall, Stephen Fry, wspaniały zawsze i wszędzie. Widać za to znaczną poprawę scenografii, szczególnie okopy angielskie, wypadają nadzwyczaj wiarygodnie.
Trudno mi powiedzieć, które z wcieleń Blackaddera jest moim ulubionym. Z każdym sezonem jego humor się wyostrza, a postrzeganie świata i ludzi pozostawia coraz mniej do życzenia. Ale jeśli ktoś pomyśli, że Czarną Żmiję mogą polubić tylko ludzie zgorzkniali albo cyniczne dupki, to... no, to może nie do końca się z nim zgodzę, ale racji będzie miał trochę.
PS. Brawa dla Rowana Atkinsona za ołówki w nosie. Nie każdy potrafi utrzymać poważną minę i wypadać wiarygodnie z ołówkami w nosie i bielizną na głowie.
A father, a son, a serial killer - finał Dextera

Akurat, kiedy Jennifer Carpenter i Michael C. Hall postanowili się rozwieść, okazuje się, że Debra jest zakochana w swoim bracie. Bawiło mnie oglądanie sceny kiedy całują się we śnie Debry, ciekawe czy kręcenie takich scen przychodzi im z łatwością. Na love story raczej nie ma co liczyć, bo raz- jak wszyscy wiedzą (i jak co odcinek jest nam przypominane) Dexter nie jest zdolny do uczuć, a na pewno nie takich, jakich by od niego chciała jego siostra. Przybrana siostra. Dwa- Pani porucznik przyłapała swojego brata w akcji. Ciężko powiedzieć, czy ten sezon był dobry czy nie. Bardzo przypominał sezon z trójkowym. Dexter miał obsesję na punkcie dorwania mordercy, tak silną, że narażał życie swoich bliskich.
Irytujące były efekty specjalne, jeśli nie stać Was na takowe, lepiej w ogóle ich nie róbcie, bo to wygląda naprawdę tanio i kiczowato! Kolejny mankament- bliscy zza grobu. Czy ojciec naprawdę nie wystarczy? Sprowadzanie brata moim zdaniem było kompletnie bezsensowne, tym bardziej że jego wypowiedzi ograniczały się do tekstów w stylu "nudzę się", "Dexter, zabijmy wreszcie kogoś!", "Kodeks i kodeks, nudzę się". Na szczęście tak samo jak szybko się pojawił, tak samo szybko zniknął. Siostra Angela, który niańczy młodego chyba kompletnie nie ma życia, bo siedzi w mieszkaniu głównego bohatera całymi dniami a nie raz i nocami, kiedy jemu "coś wypadnie". Chyba to wszystko, co mam do zarzucenia szóstej serii.
To może teraz plusy. Zwroty akcji, dzięki którym serial chce się oglądać i z utęsknieniem czeka się na poniedziałek, gościnne występy (pozdro Mos Def! Bo za młodym Hanksem akurat nie przepadam), wciągające dochodzenie i monologi Dexa.
Jak głosi slogan, Dexter może być moim ulubionym seryjnym mordercą, jednak skończył się już szósty sezon i jak wiemy, mają być jeszcze dwa, a jemu ciągle udaje się wszystkich przechytrzyć, zawsze ma szczęście albo w ostatniej chwili potrafi pozbyć się jakiegoś istotnego dowodu swojej zbrodni. Ile jeszcze mu się będzie udawało? Ostatni odcinek pozostawił wiele pytań. Chyba tak naprawdę wszystko będzie zależeć od Debry. Będzie udawała, że o niczym nie wie? Dołączy do Dextera i stworzą morderczy duet? A może zostanie sprzątnięta przez swojego brata? Niestety, na odpowiedź trochę trzeba będzie poczekać.
Rodzina, ach rodzina! Shameless US

Jeśli ktoś, tak jak ja, przepada za Ameryką z perspektywy płonących samochodów, zepsutych drzwi od pralki zamykanych za pomocą krzesła, jasnego pełnego wypijanego do śniadania i bezczelnego obrabiania wszystkich uczciwszych, to "Shameless" jest serialem dla niego. Amerykanie nie muszą mieszkać w przyczepie kempingowej na południu Stanów, by zalewać się w trupa i zasypiać na podłodze w salonie. Równie dobrze mogą to robić w wielkim mieście. Taki jest Frank Gallagher, a w jego roli genialny William H. Macy. Podczas gdy on siedzi w barze i zachlewa się, narzekając na rząd i brak pracy, cała gromadka jego pociech stara się zająć sobą i zdobyć jakieś pieniądze na utrzymanie. Strach pomyśleć, co by było gdyby musiały zmarnować jego pieniądze na wódę, kupując jedzenie albo płacąc rachunki.
Ale nie tylko Macy jest przekonujący w swojej roli. Całe rodzeństwo Gallagherów, zaczynając od Fiony, a kończąc na Carlu (najmłodszego nie liczę, bo nie ma zbyt dużo do grania jako dwulatek) wypadają świetnie. Każde z nich jest warte uznania za coś. Na placach jednej ręki mogę policzyć chwile, kiedy najstarsze z nich straciły kontrolę albo rozkleiły się i jak młodzi aktorzy wiarygodnie przy tym wypadli. Jak świetna jest Debbie, którą kojarzę z krótkiej roli w "Boardwalk Empire". Chociaż Supermana mogła sobie darować, to najpierw stawia dobro rodziny, niż własne. Dziękuję też twórcom za zatrudnienie Joan Cusack. Zawsze była świetna, jako postać lekko neurotyczna, ale jako cierpiąca na agorafobię mamuśka z "pudłem zabawek", wypada mistrzowsko.
Na plus oceniam także czołówkę. Na plus oceniam bezceremonialność. Jeśli pokazanie męskiej pały jest koniecznie, to ją pokażą. Kiedy umieszcza się już scenę jak pijany ojciec łamie synowi nos waląc mu z czachy, niespecjalnie trzeba się wstrzymywać. Widzowie i tak pewnie czują się juz wystarczająco nieswojo. Bo tak sobie na koniec myślę o tytule. Gallagherowie, z Frankiem na czele, nie mają wstydu. Kradną, kłamią, kantują, wykorzystują słabszych, piwa nie pija tam tylko dwulatek i chyba tylko on nie miał problemów z prawem. Frank prowadzi w zestawieniu, a reszta dotrzymuje mu kroku. Ale widzowie też są bezwstydni, śmiejąc się z alkoholizmu, biedy i zaniedbywania dzieci.
niedziela, 18 grudnia 2011
Czarna Żmija I i II

Brytyjczycy mają jednak świetne poczucie humoru. Potrafią tak obśmiać swoje najbardziej znane i najważniejsze postacie historyczne w taki sposób, że nawet po prawie trzydziestu latach i niezliczonych powtórkach będzie to śmieszyło. "Czarną Żmiję", podobnie jak wiele innych brytyjskich seriali, dawkowano po sześć odcinków na epokę. Krótko, ale wyjątkowo smakowicie.
Pierwszy sezon - średniowiecze. Pierwszą Czarną Żmiją jest Edmund, pierdoła we fryzurze "na garnek". Drugi syn, z charakterystyczną dla nich chęcią na przejęcie tronu. Mamy tu wszystko, od aranżowanych małżeństw i oskarżeń o czary, po krucjaty i walkę z 10 tysiącami Turków za pomocą nożyka do owoców.
Drugi sezon - Złoty Wiek. Na tronie Elżbieta I, która koronę ma cięższą niż móżdżek, a u jej boku kręci się drugi Blackadder. Z tą różnicą, że tym razem nie jest to kolejne wcielenie Rowana Atkinsona jako pana Fasoli, niezdary, który więcej macha rękoma i mlaszcze, niż gra. O nie, ten Blackadder jest cynicznym dupkiem z zawsze eleganckim zarostem i kolczykiem z perłą.
Można by doczepić się braku inwencji jeśli chodzi o stroje, czy wnętrza (chociaż to była bardziej kwestia finansów, ale wiadomo, że znalazłby się ktoś, kto by się przyczepił). O to, że kiedy lord Łonogrzmot (tak, tak) wyrzuca Percy'ego przez drzwi, cała sala tronowa się trzęsie, a drzwi rozpadają się, bo są zrobione z gipsu. Sala tronowa, w której mieści się ledwo pięć osób, nawet jeśli dwie siedzą. Że ograniczają się ledwo do dwóch pomieszczeń, czy jednej królewskiej sukni. To jest mało ważne, bo scenariuszem i barwnymi postaciami serial nadrabia i to bardzo.
Następnie, doktor House w pudrowanej peruce.
czwartek, 15 grudnia 2011
American Horror Story 1x11: Birth

środa, 14 grudnia 2011
"Przed" pana Coopera. Kitchen Confidential

Każdy aktor ma w dorobku coś, co uczyniło go troszkę bardziej rozpoznawalnym, nim przydarzyło mu się coś, co zrobiło z niego gwiazdę. "Przed" Bradley'a Coopera nosi tytuł "Kitchen Confidential" i, niestety, liczy sobie tylko jeden sezon. Pomysł oparty jest na książce Anthony'ego Bourdaina, jednego z najlepszych szefów kuchni na świecie, który jest także pierwowzorem głównego bohatera - Jacka.
To opowieść o utalentowanym szefie kuchni, który łącznie z talentem pielęgnuje zamiłowanie do wódy, kobiet, awantur i nielegalnych używek. Przez kompilację tych czterech składników jego akcje mocno spadają, musi zatem chwycić się ryzykownej roboty w nowo otwieranej restauracji, żeby wyjść na prostą i na nowo zyskać sobie przychylność nowojorskiego świata kucharzy i restauratorów. A pomaga mu w tym niesamowity entourage: między innymi Cromartie z ostatniego "Terminatora", Xander z "Buffy", pan Sulu z nowego "Star Treka" i dr Sweets z "Kości". Każdy z nich jest indywidualistą, każdy z nich pracował wcześniej z Jackiem i nie boi się powiedzieć mu, co myśli, a to skutkuje konfliktami napędzającymi fabułę.
Serial ma jeden z lepszych pilotów, jakie kiedykolwiek oglądałam. Wszystko jest odpowiednio przedstawione, nie dłuży się, ale też nie rzuca nas od razu w "tu i teraz", tylko tłumaczy, że to z własnej winy bohater znalazł się w takim, a nie innym położeniu. Świetny montaż, narracja Coopera w tle, bezkompromisowe podejście do tematu. No i pokazanie restauracji od tej drugiej strony. Ale trochę inaczej, niż w głupich komediach spod znaku Dane'a Cooka i jemu podobnych.
A jaki był powód mojego zainteresowania tym serialem?
ŻARCIE! To serial o przygotowywaniu, podawaniu i konsumowaniu ŻARCIA.
Oczywiście, jest też o ludziach, którzy się tym zajmują i o ich życiu, problemach, o dosyć ciężkiej, muszę to powiedzieć, pracy w restauracji. Ale głównym powodem, dla którego zaczęłam go oglądać było jedzenie. Dzięki temu jednak odkryłam niezły serial. Do polecenia nie tylko fanom Bradley'a, czy dobrej kuchni.
PS.
Polski tytuł brzmi "Kill Grill". Yay, polska szkoła tłumaczeń!
wtorek, 13 grudnia 2011
Bajki nie dla dzieci. Grimm 1x1-4

Czuję się dzisiaj trochę baśniowo (prawdopodobnie skończy się to oglądaniem „Alicji w krainie czarów” dzisiejszego wieczoru). I z tej właśnie racji postanowiłam dać drugą szansę serialowi „Grimm”.
Pierwszą dałam jakieś dwa tygodnie temu, oglądając pilota. Pomysł wydał się oryginalny, chociaż mniej więcej w tym samym czasie pojawił się inny serial mieszający bajki w rzeczywistością – „Once Upon a Time”. Tu jednak robią to w mniej kolorowy sposób, bo przecież opierają się na jednych z bardziej mrocznych i okrutnych baśni – tych spod pióra braci Grimm. O dziwo, „Grimm” nie jest w tym serialu nazwiskiem, główny bohater nie jest potomkiem żadnego z braci. Odziedziczył za to zdolności do rozpoznawania w tłumie zwykłych ludzi istot nadprzyrodzonych. „Grimm” w tym serialu to zabójca potworów, tych złych oczywiście. Obdarzony zmysłem oraz wiedzą i sprzętem otrzymanym od swojej ciotki, detektyw Nick Burckhardt musi pewnego dnia stawić czoło czemuś, czego wcześniej nie znał.
No tak, pomysł świetny. Ale jak z wykonaniem? „Spożyłam” jak na razie cztery odcinki, wliczając w to pilotażowy, i muszę przyznać, nie zapowiada się kolorowo.
Racja, są świetne motywy – wielkie złe wilki (polujące tylko na "czerwone kapturki") itrzy niedźwiadki mieszkają głęboko w lesie, satyry, chociaż niezbyt atrakcyjne i niskie, są największymi podrywaczami, a flash-moby to tak naprawdę roje pszczół (to chyba mój ulubiony szczegół). Silas Weir Mitchell pojawia się w powracającej roli jednego z wilkołaków a zarazem comic-relief sidekicka głównego bohatera. Większość, jak czytam komentarze na jego profilu, zna go z „Prison Break”, ja jednak uwielbiam go za Donny’ego Jonesa z „My Name is Earl”. Wariata z Jezusem wytatuowanym na klacie.
Jest krew. Trup może jeszcze gęsto się nie ściele, ale po tym, co widziałam, myślę, że jak się tak stanie, nie będzie to CSI-pretty. I mówię to w pozytywnym znaczeniu. Widać po czołówce, że twórcy bardzo chcą wejść w mroczną stronę baśni.
Ale niestety.
Poza Mitchellem nie mogę powiedzieć nic dobrego o aktorstwie. Wydaje mi się, że główny bohater miał być typowym everyday guy’em, nie wyróżniającym się specjalnie z tłumu, ale nie jestem mu w stanie w to uwierzyć. Tej postaci mocno czegoś brakuje i nie mówię tutaj o jakichś specjalnych zdolnościach, nadnaturalnej sile czy powalającym refleksie, skoro już ma polować na potwory. Mam wrażenie, że rozwiązywanie spraw bardziej mu się przytrafia, a nawet, że jego partner zaczyna też tak podejrzewać. Nie będę wspominać o reszcie, o Hanku, o narzeczonej Nicka, ani nawet o ciotce, która wprowadza go w tajemniczy świat, na który w pewien sposób został skazany. I tak szybko się o nich zapomina, chociaż pojawiają się w każdym odcinku.
No i efekty specjalne. Naprawdę, naprawdę, naprawdę chciałam zobaczyć porządne przemiany tych wszystkich wilkołaków, niedźwiedziołaków, ludzi-pszczół i tak dalej, z ludzkiej formy w swoją normalną, ale nie dane mi było. Nie wiem, czy to kwestia budżetowa, czy muszą na pysk wywalić speców od grafiki, ale to, co nam prezentują w tym serialu woła o sprawiedliwość, a nawet zemstę. Gdyby to było dobre, porządnie zrobione, może i miałkiego Grimma dałoby się znieść.
Nie daję jednak jeszcze za wygraną. Kolejny odcinek ma tytuł „Danse Macabre” i oby wypadł lepiej niż poprzednie.
American Horror Story 1x10
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Starcie oczekiwań - "Gra o tron", sezon II

"Gra o tron" jest takim serialem zaadaptowanym z książki, na który czekało mnóstwo fanów. Czekało z pełną radością, z największym zniecierpliwieniem. Spora większość, w tym ja, nie miała wielkich wątpliwości co do twórców, czy pretensji obsadowych. Ok, ten czy tamten aktor nie podchodził moim wyobrażeniom, ale wiadomo, że to już tylko kwestia gustu. Kiedy słyszy się, że jedną z ulubionych książek robić będzie HBO, odpowiedzialne za najlepsze seriale kostiumowe ostatnich lat, a sam autor jest współproducentem, człowiek śpi jakoś spokojnie.
Jakie są zatem moje "ale"? Sądzę, że powtórzę to, co czytelnicy prozy George'a R. R. Martina pomyśleli, słysząc o niektórych decyzjach Benioffa i Weissa.
Pod koniec pierwszego sezonu już wiedziałam, że największym ich błędem (poza dziwnie zaprojektowanym Winterfell) było zrezygnowanie z postaci Blackfisha, stryja Catelyn, który został jednym z najlepszych doradców jej syna. Teraz jednak wiadomo, że cały ród Tullych, łącznie z Riverrun, nie pojawi się w drugim sezonie, a najpewniej w ogóle w całym serialu. Podobnie ma być z Meerą i Jojenem Reedami, rodzeństwem znad Szarej Wody. To kolejni ważni bohaterowie. Kto wie, czy nie ważniejsi niż Tully. Bez nich Bran i Rickon będą zdani tylko na Oshę. Rozumiem, że to twarda babka, ale nawet jej może nie starczyć sił na to, przed czym staną mali Starkowie.
Znana z "Tudorów" Natalie Dormer otrzymała rolę Margaery Tyrell. I rozumiem, rola Anny Boleyn wyszła jej bardzo przyzwoicie (w ostatnim odcinku nawet zrobiło mi się jej szkoda), nie rozumiem tylko dlaczego, mając lat ponad 30, gra szesnastolatkę. Fakt faktem, "Gra o tron" postarzała znacznie swoich bohaterów, zaczynając już od poczciwego Neda, ale ten numer to o szesnaście lat za wiele.
Pokazana zostanie kampania Robba w o wiele szerszym polu, niż było to w książce. Zgroza mnie chwyta na myśl, że może zostanie to pokazane z jego perspektywy. W książce właśnie to było jedną z wielu niesamowitych rzeczy, że ze wszystkich królów, żaden nie miał własnych rozdziałów, a ich rozterki i decyzje oglądaliśmy z perspektywy wiernego sługi, zatroskanej matki czy cynicznego wuja. Przy robbowej kampanii pojawia się jeszcze jedno pytanie: kosztem czyich scen to zrobią? Żadnym sekretem nie jest też "Jeyne" bez nazwiska, którą grać ma Oona Chaplin. Jeśli ktoś nazywa na twitterze Richarda Maddena "my hubby" i nie ma dwunastu lat, żeby być Jeyne Poole, to jest to na pewno panna Westerling. Nie za szybko?
No i najmniejsza rzecz, której można się czepić: czy naprawdę niektórzy pomylą Oshę, dziką kobietę, która przebywa w Winterfell i jest tam bardziej więźniem niż gościem, z Ashą Greyjoy, córką Żelaznych Wysp i kapitanem na własnym okręcie? Trzeba koniecznie zmieniać tej ostatniej imię na Yarra?
Ale, żeby nie było, że tylko marudzę. Czekam na wiele rzeczy z entuzjazmem równie mocnym, jak na cały pierwszy sezon.
Czekam na Żelazne Wyspy, czekam na lorda Balona, jego córkę oraz innych Żelaznych. Na wyprawę Theona, by wreszcie ktoś postawił go do pionu. Czekam na sceny w Harrenhall, bo z tego zamczyska na pewno będzie niesamowity widok. Jeśli czekam na sceny tam, to czekam na Aryę, cudowną i uszytą niemal do tej roli Maisie Williams. Czekam na Czarny Nurt i dziki ogień, na Tyriona, który zacznie zamiatać w całej stolicy ze swoimi dzikimi u boku. Tu czekałabym też na małe zmiany wśród grających wodzów górskich klanów aktorów, ale nie sądzę, żeby Weiss i Benioff czytali tego bloga.
Liczę na to, że Joffrey będzie tak odrażający i okrutny, jak powinien. Oraz, że Jack Gleeson zniesie lepiej tę całą antypatię, jakiej stał się celem. Albo że chociaż odpłacą mu miejscem na jakiejś liście świetnych czarnych charakterów. Liczę też na to, że jego matka w końcu zacznie mówić głośniej i będzie tą choleryczną Cersei z książki, na którą czekałam dziesięć odcinków. Czekam na Jaqena. Wydaje mi się, że ta rola, chociaż niezbyt długa, może być niezłym wyzwaniem dla Toma Wlaschihy, chcę zobaczyć, jak się w niej sprawdzi. Nie spodziewam się, żeby miał faktycznie czerwono-białe włosy, ale Jaime'mu zredukowanie fryzury wyszło na dobre.
Zachwycona jestem doborem Liama Cunninghama do roli Cebulowego Rycerza. Czułam też w kościach, że gdzieś w tym serialu znajdzie się miejsce dla Roy'a Dotrice. Mamy dobrze zapowiadającego się Roose'a Boltona i Brienne "Ślicznotkę".
I czekam na Sandora. Tak, ja z tych jestem. Chociaż każe mi to też, niestety, czekać na Sansę. Tak, z tych jestem też.
Czy czekam na Daenerys? Nie ma już khala, ale ma smoki. Trudno mi zdecydować.
Na pewno czekam na to, żeby serial nabrał jeszcze większego rozpędu.
To the Lost: Boardwalk Empire season finale

Stało się, co się miało stać. Nadeszło nieuchronne. Syna marnotrawnego spotkała kara. Jednak przez cały odcinek dałam się zwodzić za nos i uwierzyłam, że Nucky jest w stanie dać szansę Jimmiemu. Ale od początku - Jimmiemu przez cały sezon nic nie szło gładko. Przejęcie Atlantic City nie poszło tak łatwo, na współpracowników nie można było liczyć, zamach na Nucky'ego się nie udał, wrogów ciągle przybywało. Kiedy jeden z nich zastrzelił jego żonę, Jimmi już wiedział, że to wszystko go przerosło. Dotknął dna, był zdesperowany- wiedział, że jedynym wyjściem z sytuacji jest błaganie Thompsona o wybaczenie. Bardzo naiwne z jego (i mojej) strony było uwierzenie, że gdy Nucky będzie musiał wybierać między Jimmim a swoim bratem, wybierze Darmody'ego. Co stanie się z małym Tommym? Czy Gillian będzie chciała pomścić śmierć syna, dołączy do niej Richard?
czwartek, 8 grudnia 2011
Once Upon a Time 1x01

wtorek, 6 grudnia 2011
O "How I Met Your Mother" (7x12)
Często zastanawiałam się, na czym polega wielki fenomen "How I Met Your Mother". Czy cały serial "ciągnie" głównie na oczekiwaniu na rzeczoną matkę? Czy chodzi o one man show, tworzone przez Barney'a, tak jak "Dwóch i pół" było serialem Charliego Sheena?
Niekoniecznie ciekawe wątki romansowe czy często na siłę wypowiadane żarty nie powstrzymały mnie jednak od oglądnięcia wszystkich poprzednich sezonów i śledzenia obecnego, siódmego. Co prawda nie dałabym rady obejrzeć powtórek, tak jak zdarza mi się z innymi sit-comami, ale przy obecnie trwającym sezonie coś się zmieniło. I to zmieniło na lepsze.
Otóż od pierwszego odcinka jestem więcej niż zaciekawiona tym, co się wydarzy! Wrażenie robią nie tylko wiążące się i przeplatające historie, czy też jakiś lepszy poziom żartów. Sytuacja między Robin i Barney'em, którzy nie tyle nie mogą, ale też nie do końca chcą się ponownie zejść. Stopniowo zmniejszające się mieszkanie Lily i Marshalla stało się moim ulubionym symbolem, zaraz obok kanapek do palenia.
A teraz, nadszedł grudzień, sezon świąteczny we wszystkich serialach komediowych, a także zagęszczenie atmosfery po informacji o ciąży Robin.
Już jakiś czas temu czytałam o pomyśle scenarzystów na zmianę narratora z Teda na Robin, o blond dziecku, które będzie słuchało jej historii. Nie mogłam za to wykombinować, jak mogliby pociągnąć dalej ten wątek. Użyłabym nawet słowa "wybrnąć", bo nie brzmiało to na łatwy motyw.
I twórcy i aktorzy jednak zaskoczyli mnie bardziej, niż mogłam się spodziewać. Robin kompletnie opanowała odcinek, reszta wydawała się tylko zapychaczami. I tym razem wydała mi się o wiele bardziej dojrzała, niż przez poprzednie sezony, kiedy była współlokatorką albo kumpelą od laser tag i palenia cygar. Słodko-gorzki smak zdominował cały odcinek, a zakończenie nawet mnie przygnębiło. Nieważne, co powiedziałby na końcu Ted, i tak będę widzieć tam tylko Robin na ławce w parku. Z jakiegoś powodu nowy smutny motyw w serialowej historii.
Jak matka z synem, czyli Boardwalk Empire 2x11
