sobota, 14 stycznia 2012

Big Bang Theory 5x12: The Shiny Trinket Maneuver


Zwykle po dłuższej przerwie czeka się z niecierpliwością na kolejny odcinek jednego z ulubionych seriali, więc tak właśnie powinnam czekać na kolejną odsłonę BBT. Od pierwszego sezonu polubiłam tę produkcję. Oglądam adaptacje komiksów, lubię sci-fi i fantasy, jestem wielką fanką "Gwiezdnych wojen" i Tolkiena, mam kilka figurek z filmów oraz postać w WoW. Jedyny problem, że nie jestem ścisłowcem. Ale i z tym, jak mógłby mi się ten serial nie spodobać? No i ciekawa jestem Sheldona, ale to chyba jak każdy, kto oglądnął Big Bang chociaż raz.

A jednak, najnowsza odsłona śmignął mi nadspodziewanie szybko i bez większych emocji. W sumie, działo się to, co zawsze. Pojawiał się Sheldon i za pomocą kilku wymyślnych słów opisał proces swojej porannej fizjologii, a potem skonfrontował swój brak obycia społecznego z Penny, która musiała prowadzić go za rączkę przez ciemny i groźny świat rozwijania związku z Amy Farrah Fowler. Gdzieś pomiędzy wplatają wątek Wolowitza i Bernadette, który powinien wydać się czymś poważniejszym, ale jakoś nie jest. W tle słychać matkę Howarda, więc przynajmniej tu jest śmiesznie. Chociaż mam wrażenie, że dopiero niedawno opowieści o jej tuszy zaczęły równać się tym o teściowej Ala Bundy'ego. Wcześniej chyba nie była tak spektakularna. Mogłaby wkroczyć gdzieś po drodze pani Cooper, która jest moja zdecydowanie ulubioną postacią. Liczę na jej obecność jakoś niedługo.

Z początku pomysł z wprowadzeniem panny Fowler wydał mi się świetny. Zawierał w sobie dwa niezłe elementy - Sheldon na portalu randkowym i fakt, że istnieje na świecie ktoś taki, jak on. Że jest to w ogóle możliwe! Ale im dalej to się ciągnęło i im bardziej robili z niej tę, która próbuje dopasować się do bardziej wyluzowanej części ekipy, tym bardziej wydawała mi się zbędna i naciągana. 

Poprzednie sezony opierały się na schemacie Penny-Leonard, co było o wiele ciekawsze, bo zderzało ze sobą dwa różne światy i pozostawiało wszystko i wszystkich w zupełnie innym stanie (umowę lokatorską na przykład). Czasami chciałoby się powiedzieć "w zgliszczach". A teraz mamy męską i damską wersję tego samego, dosyć trudnego w obejściu, charakteru i kompletny brak chemii. A może ta chemia jest, tylko chodzi o to, jak bardzo niepotrzebnym charakterem jest dla mnie Amy...

 Jak by nie było, zgadzam się z opinią, że Shamy to lepsza love story niż "Twilight".

1 komentarz:

  1. TBBT widziałem pierwszy sezon, podobało mi się, ale na tym skończyłem przygodę z serialem. Może zabrzmię trochę kontrowersyjnie, ale ten serial nie miał tej magii i jak dla mnie jest za mało geekowy. Owszem są nawiązania do komiksów, LotR, SW czy Tolkiena, ale wszystko to jest takie pospolite. Ze swojej strony polecałbym Community bo nie widzę żadnej wzmianki na blogu o tym serialu, a to zdecydowanie serial o wiele ambitniejszy o niestety przez mało kogo oglądany.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...