Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Madden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Madden. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 czerwca 2013

Gra o tron 3x09: The Rains of Castamere

 

Wow. Po prostu, wow. Jeśli ścięcie lorda Eddarda w pierwszym sezonie wywołało burzę emocji, to scena Krwawych Godów pozostawi po sobie napalmowe zgliszcza w świadomości widzów, którzy nie zaznajomili się do tej pory z książką.

Od pierwszego kęsa chleba Robb dawał widzom powody do zastanawiania się, czy ktokolwiek chciałby zrobić go swoim królem, gdyby wiedział, ze nie po drodze mu ani z dyplomacją, ani strategią wojenną. Jak się okazuje wielkie sukcesy z początku wojny (wielkie bitwy poza kadrem: Szepczący Las i Oxcross) nic nie znaczą przy jego dalszych poczynaniach. Czy ktoś równie ochoczo krzyczałby "Król Północy!" widząc, jak łatwo daje się ponieść emocjom i że nie potrafi wystać ani minuty słuchając zrzędzenia starego dziada, od którego zależy los wyjątkowo kruchego przymierza? I że na dodatek zabrał ze sobą kobietę, która była powodem tego wszystkiego?

Cóż, najwyraźniej Talisa była po prostu Talisą z Volantis. To rozczarowujące po aluzjach co do jej podwójnej roli, którymi karmiono nas od chwili dołączenia do obozu ludzi Północy. Ten rodzaj mylenia widza wydaje mi się najtańszym i najbardziej leniwym, na jaki Benioff i Weiss mogli sobie pozwolić. Prawie tak samo tanim, jak uratowanie życia Blackfisha przez wypuszczenie go do toalety.

Cały wątek jednak świetny, a ostatnie minuty odcinka świetnie zrealizowane i cudownie zagrane - szczególnie ze strony Michelle Fairley, względem której nadal nie mogę wyjść z zachwytu. Pełno napięcia i klimatu. Pełno smutku, nawet w takich krótkich ujęciach jak śmierć Szarego Wichra. Może i ktoś powinien go wypuścić, by ustrzelenie go nie wyglądało "na odwal się", ale fakt, że nawet wielki wilkor może zmienić się w zaszczute i zdezorientowane zwierzę, jest porażający. Pełno rozpaczy, złości i desperacji, których obrazem stała się Catelyn. A do tego jeszcze chłodny, i chłodno kalkulujący, lord Bolton, który (razem z lordem Frey) właśnie dołączył do Joffa i Chłopca z Trąbką, i któremu wielu ludzi życzy teraz najbardziej fantazyjnych rodzajów śmierci. Krwawe Gody zapisały się już jako jeden z końców (zarówno wątków i postaci, jak i odcinków), które nikogo nie zostawią obojętnymi.

Czy w ogóle warto po takiej imprezie wspominać o pozostałych wątkach? Oczywiście! Jeśli tylko były ciekawe lub jeśli za nimi tęskniliśmy. Albo mamy pretensje i czepiamy się - to zawsze jest fajne.
 

Gdy Daario Naharis pojawił się w poprzednim odcinku zachwalałam stonowany wygląd jego postaci i jego butną naturę. Teraz jednak muszę przestać się zachwycać. Jego maniera bardzo szybko robi się powtarzalna - uniesienie brwi, przekrzywienie głowy i wzruszenie ramionami, a także ściągnięcie warg - przez co irytuje równie szybko jak pauzy w zdaniach Emilii Clarke. Cały wątek za Wąskim Morzem wypadł trochę niezdarnie. Nic dziwnego, że Daenerys tak łatwo podbija każde kolejne miasto niewolnicze, skoro bram pilnuje tylko po dwóch łatwowiernych i niedoinformowanych ludzi. Jakim bowiem cudem nikt w mieście nie wiedział, że dwa tysiące najemników stanęło po stronie wrogiej im królowej, a z trójki przywódców został jeden?

Cudownie za to było zobaczyć Brana i resztę, nawet jeśli w przygnębiającej scenie rozstania braci Starków. Ten traktowany po macoszemu wątek w końcu dostał więcej czasu i całkiem sprawnie powiązał wędrówkę chłopców z oddzieleniem się Jona Snow od bandy Dzikich (przez krótką, straszną chwilę miałam wrażenie, że Ygritte pobiegnie za nim). Żałuję rozstania z pocałowaną przez ogień i Tormundem Zabójcą oraz pożegnania Orrella, ale im szybciej bękart wróci do Czarnego Zamku, tym lepiej.

Nim ktoś z serialowców podniesie raban, że nie oglądnie ani jednego odcinka więcej, niech przypomni sobie swoje krzyki po śmierci Neda i to, że jednak wrócił przy drugim sezonie i był chorobliwie wręcz ciekawy. Jestem przekonana, że teraz sytuacja się powtórzy. A czy w odcinku finałowym może zdarzyć się coś większego, bardziej szokującego i zmieniającego fabułę niż Krwawe Gody? Ha! Wiem, ale nie powiem.

wtorek, 7 maja 2013

Gra o tron 3x06: The Climb

 
Motywem przewodnim dziś miał zostać Mur. Ten, który dla jednych jest tylko legendą, dla innych był kiedyś celem i schronieniem, a dla niektórych przeszkodą, którą pokonywali - zawsze ryzykując życie. 

Czemu nie został? Bo w tej cholernej Królewskiej Przystani siedzą takie głowy, że aż chce ich się słuchać! Ale wracając jeszcze na moment tam, gdzie zimno...

Mogliśmy dostrzec kolejny szczegół konstrukcji Muru. Nie jest to przeszkoda nie do pokonania, ale trzeba uważać, gdy się na niego zamierza. Jeden nieostrożny ruch, źle umieszczony hak, a wielka bryła lodu porywa ciebie i twoich towarzyszy. Dla wspinaczy kończy się to tragicznie, ale na Murze nie widać nawet odprysku. Widok z góry jednak wart jest każdego ryzyka. Dla kogoś, kto całe życie kulił się z zimna i walczył o miejsce przy ogniu, marzeniem było zwykle zobaczyć zielone krainy. Tak jak Ygritte, dzięki której i my mogliśmy oglądać te zapierające w piersiach widoki.

Jak przebiegnie wyprawa Dzikich na drugą stronę? Kogo (prawie!) spotkają?

Może wydawać się, że wątek Brana jest traktowany po macoszemu i dostajemy tylko kilkuminutowe sceny podczas których Meera i Osha warczą na siebie. Jednak jeśli nikt nie ma w planach pokazać nam wilczych snów Brana, a na to właśnie wygląda, to mogą równie dobrze darować sobie zdobywanie pożywienia i kolejne etapy wędrówki. Bran na pewno jeszcze się pojawi i to oby w ciekawszych scenach, na które warto czekać.


Jeżeli ktoś do tej pory uważał Bractwo Bez Chorągwi za szlachetnych rycerzy, wojowników o prawdę i honor, wiernych do końca swoim zasadom, to po dzisiejszym odcinku musiał zrewidować swoje poglądy. Zaliczyć małą pobudkę a'la Sansa. Tydzień temu można było jeszcze mieć o nich inne zdanie, chociaż uratowanego z boskiej próby walki Clegane'a puścili bez złota, dając mu nic nie warte kwitki z królewską pieczęcią. Teraz, bez mrugnięcia okiem, sprzedali Gendry'ego Czerwonej Kapłance, której pojawienie się w środku targanego wojną kontynentu było tak samo zaskakujące dla widza, jak dla nich. Jak błyskawica Melisandre przemknęła między krążącymi po szlakach wilkami, lwami i całą masą innych herbowych stworzeń, zwinęła sobie kowalskiego ucznia na wózek i pojechała z powrotem do swojego króla. Nie nagabywana przez nikogo, tylko pyskatą jedenastoletnią dziewczynkę. 

I na co jej ta podróż, kiedy wróci do Stannisa, a on nie będzie chciał poświęcić Gendry'ego (w końcu to jego krewniak), bo jest człowiekiem honoru?

Robb za to sprawia wrażenie, jakby obudził się z długiego snu, w którym obłapiał śniadą mieszkankę Volantis, i zorientował, że ma wojnę do prowadzenia i właśnie ją przegrywa. I rzuca Freyom desperacką ofertę, by ich na ostatnią chwilę ułaskawić. Licząc jeszcze, że się uda.


To właśnie w tym odcinku można najbardziej zarzucić scenarzystom ukracanie obsady. Jeden mały Frey, giermek dla Robba na przykład, diametralnie zmienił by widzowi odbiór planów ślubnych. Bo nie wydawało by się nikomu, że lorda Frey'a pokazali raz, wspomnieli o jego rodzie i sojuszu z Robbem może kolejne dwa, a teraz nagle wszystko to wraca, po niemal dwóch sezonach ciszy. W wątku Stannisa też zabrakło jednej ważnej postaci, przez co trzeba było większość bękartów króla Roberta skumulować w Gendrym i porwać go z Dorzecza na Smoczą Skałę. Podobnie sytuacja ma się w Królewskiej Przystani. Tutaj, zupełnie inaczej niż w książkach, Tyrellowie mają jednego syna - Lorasa. Zniknął gdzieś pierworodny Willas, dzięki któremu intryga z ożenkiem Sansy wydawała się sprawniej uszyta. Tu sprawa byłaby jeszcze prostsza - wystarczyłoby wspomnieć o najstarszym Tyrellu w dwóch rozmowach. Wcześniej świetnie wychodziło im wplatanie w dialogi rzeczy, których mieliśmy nigdy nie zobaczyć, czemu teraz nagle przestali? Czy chodziło tylko o to, by lady Olenna mogła i Namiestnikowi, w wyrafinowany sposób, skoczyć do gardła?

Oczywiście, scena między tą ostatnią dwójką wypadła świetnie. Oto dwoje przedstawicieli starych i poważanych rodów dyskutuje ze sobą z pełną kurtuazją, ale wbijając nawzajem bolesne szpile i uważnie obserwując, kto się pierwszy złamie. I oboje doskonale znają zasady takiej rozgrywki, bo oboje grają w to od kilkudziesięciu lat. Świetna rozmowa, tak. Na intrygujące tematy, tak. Aktorsko wybitnie, tak. Domyślam się jednak, że mogło odbyć się jeszcze wiele takich konfrontacji, bez uszczerbku na spójności fabuły.

A potem ten pojedynek poprawili innym! Takie zakończenia mogę widzieć w tym serialu częściej. Chociaż myślałam, że scena rozmowy między Varysem a Littlefingerem skończy się jak zwykle - ktoś będzie komuś wypominał preferencje seksualne i pochodzenie, to zostałam wyjątkowo przyjemnie zaskoczona. Zafundowano nam zbiór świetnych scen, połączonych z narracją lorda Baelisha, który w końcu pokazał pełnię swojej dwulicowej i perfidnej natury. Chciałabym, żeby częściej go takim pokazywali.

A usunięcie jednej bardzo irytującej postaci było małym bonusem.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Gra o tron 3x05: Kissed by Fire


Po emocjonującym i pełnym akcji wstępie uraczyli nas całą masą momentów wzruszających, ale i niepokojących. Z jednymi bohaterami łączyliśmy się w nadziei lub cierpieniu, a na innych spoglądaliśmy z pogardą czy przestrachem. Byli też tacy, którym teraz możemy już tylko współczuć.

W końcu dostaliśmy kawał porządnej rycerskiej rąbanki, dodatkowo okraszony buchającymi płomieniami oraz odpowiednią dawką emocji, która zaprezentowała nam Arya, przemykająca między nogami wielkich mężczyzn. Poznaliśmy drugą twarz Thorosa, rozpijaczonego cwaniaka, który ma sporo bojaźni bożej. Zmienia się, gdy zaczyna mówić o swoim bogu albo towarzyszy lordowi Bericowi w jego sądach. 

Ale przy części tej recenzji powinnam odpalić caps lock i nerwowo walić w klawisze. (I przewijać znacznik przez pasek na maxvideo.)

O co chodziło z synami Stannista w słoikach? Dlaczego ktoś postanowił ukrywać Shireen, uroczą i inteligentną księżniczkę, którą Stannis bardzo kochał? Czy to on uważał ją za wstyd dla siebie czy ta nawiedzona wiedźma, Selyse? Czemu ta baba trzyma martwe płody w słoikach i jeszcze nadaje im imiona, ale dla żywej córki jest mniej przywiązana? Czemu przyklaskuje temu, by obca kobieta sypiała z jej mężem? (Obawiam się, że odpowiedź na te pytania brzmi "bo jest wariatką".) Czemu jest tyle złych rzeczy związanych z wątkiem Stannisa? Tyle źle zrobionych rzeczy, zmienionych lub kompletnie pominiętych postaci. Od jego pierwszych scen z drugim sezonie większość czasu coś było nie tak. Jeśli ostatni z braci Baratheon obejmie kiedyś Żelazny Tron, to widzowie powinni zachodzić w głowę, jak to się stało, że najgorzej prowadzony bohater - pomijając, oczywiście, Littlefingera - dostał główną wygraną.


Teraz już chyba wszyscy wiemy, że Robb Stark stracił grunt pod nogami. Po utracie Północy i złamaniu danej lordowi Freyowi obietnicy, stracił teraz połowę swojej armii. Chciał najwyraźniej odzyskać honor, który zgubił gdzieś między spódnicami Talisy (której za nic nie wdrażałabym w swoje plany wojenne) i postanowił ściąć zdrajcę na pokaz, zamiast zrobić z niego więźnia. Zabawne są w tej sytuacji dwie rzeczy. Raz: lord Frey pojawił się tylko w pierwszym sezonie, a jego tak liczna rodzina nie miała żadnego wkładu w fabułę, ani nawet w tło. Zostali najzwyczajniej w świecie zapomnieni. A teraz Król Północy wraca do nich z podkulonym ogonem, by przypomnieć im o zerwanej przez siebie obietnicy. Dwa: skoro Karstarkowie stanowili połowę armii Robba, to jaką siłę dają mu inni lordowie? Jego armia przez to nie wydaje się specjalnie liczebna ani potężna, tym bardziej, że część ludzi została z lordem Boltonem w Harrenhal. Czym on działa, że Tywin Lannister, i w ogóle ktokolwiek, jeszcze traktuje go jak zagrożenie? Dobrze prowadzoną propagandą?

Kiedy jednak "Kissed by Fire" zawodzi w tych dużych momentach, gdzie liczą się wojska, bitwy i strategia, to nie rozczarowuje w spokojnych i drobnych chwilach. Tak, jak wcześniej, w epizodzie trzecim, za najlepszy moment uważałam pełną smutku scenę między Catelyn i Blackfishem, tak tutaj wybór musi paść na Brienne i Jaime'a. To jedna z tych sekwencji, w których najważniejsze są małe rzeczy. Spojrzenia, jakie wymieniali między sobą, ton jakim Jaime opowiadał Brienne historię zabójstwa Szalonego Króla (prawdopodobnie jako jedynej), to że nie patrzył na nią. To, że Brienne milczała przez cały ten czas, to że nie wyszła po tym, jak obraził ją ostatnimi chyba słowami, które można by przypasować dawnemu Królobójcy. A także to, że w tej scenie wyłapałam najwięcej dialogów z książki - łącznie z "Jaime, mam na imię Jaime".

Od kiedy Gwendoline Christie i Nikolaj Coster-Waldau zaczęli pojawiać się we wspólnych scenach stali się moją ulubioną parą. A teraz dostali niesamowicie intymną scenę, gdzie okazuje się, że legendarny Królobójca ma słabą stronę, a nawet skrupuły. A spokojna postawa Brienne i jej spojrzenie, zmieniające się z pogardliwego we współczujące, pasowały tam idealnie. I ich nagość nie miała znaczenia.

Nagość należy zostawiać teraz Dzikim oraz (tradycyjnie) scenom łóżkowym z Lorasem. Ale, przy słoikach królowej Selyse, goły tyłek każdego nowego kochanka Rycerza Kwiatów nie robi już wrażenia.

piątek, 12 kwietnia 2013

Gra o tron 3x02: Dark Wings, Dark Words


Było sobie trzech brytyjskich chłopców, którzy jakieś dziesięć lat temu stali się popularnymi aktorami dziecięcymi dzięki swojemu urokowi i talentowi (i graniu w filmach z Hugh Grantem). Często zdarzało się, że jeden mylony był z drugim czy trzecim, jako ten "brytyjski dzieciak". Ale te dziesięć lat minęło wyjątkowo szybko. Nicholas Hoult dołączył do X-Men, a ostatnio próbuje przekonać nas do tego, że zombie też mogą się zakochać, grając główną rolę w filmie "Wiecznie żywy". Freddie Highmore zostawił towarzystwo Johnny'ego Deppa i Heleny Bonham-Carter i stał się ostatnio siedemnastoletnim Normanem Batesem w "Bates Motel". A Thomas Brodie-Sangster, chłopaczek z "To właśnie miłość", który dla dziewczyny nauczył się grać na perkusji, dołączył do obsady "Gry o tron". Zaliczył świetne "wejście" we śnie szokująco wyrośniętego Brana, by potem dołączyć do grupki uciekinierów z Winterfell. On i jego siostra dają nadzieje na interesujący przebieg starkowej wyprawy na mroźną północ.

Ale to nie jedyna nowa postać, która od pierwszej chwili wzbudza wielką ciekawość. Bo oto teraz serial wzbogacił się o kolejną grupę dezerterów i buntowników, a w ich szeregach bryluje Thoros z Myr. Podejrzewam, że Gary Oldman był za drogi, więc wzięli jego naśladowcę. W żadnym wypadku nie jest to przytyk, bo grający go Paul Kaye (który grał w naszym "39 i pół", WTF?!) zyskał moją sympatię niemal z miejsca - swoją nonszalancją, groźnym błyskiem oka, chowającym się za rubasznymi dowcipami, i "Deszczami Castamere". Maniera, kojarząca się z jednym z moich ulubionych aktorów ever, została policzona na plus. Przy okazji - będzie więcej Ogara.

Margaery cały czas plusuje. Co prawda już pojawiła się ta charakterystyczna mina Natalie Dormer, która mocno mnie irytuje, ale w tym odcinku nie dość, że przedstawiła swoją fenomenalną babcię (okazjonalnie żonę Agenta 007) to jeszcze pokazała nam, że Joff jej niestraszny i być może znajdzie na niego sposób. Nie będę odszczekiwać jeszcze tego, co mówiłam przy okazji jej debiutu w drugim sezonie, dam i jej i sobie trochę czasu. Czekam na pewno na więcej scen z dworkiem Margaery oraz Królową Cierni, szczególnie z perspektywy Sansy, która wypadła naprawdę wiarygodnie w scenie rozmowy przy ciastkach cytrynowych.

Służka młodej starkówny jednak jest dla mnie trudna do rozgryzienia. Shae sprawia wrażenie, jakby mocno przejmowała się losem Sansy, z każdym odcinkiem zbliżając się do niej coraz bardziej. Można by powiedzieć, że to twardo stąpająca po ziemi. Taką chyba trzeba być, kiedy się w obcym kraju sprzedaje swoje wdzięki. Jednak lekceważy ryzyko, przychodząc ot tak do kwatery Tyriona. Dobrze dobrali się, skoro on już w poprzednim sezonie umieścił ją w Wieży Namiestnika, zamiast chociaż próbować ukryć ją przed szeptaczami. Najwyraźniej obcy akcent tak wpływa na ludzi.

Rację miała w tym odcinku Talisa, mówiąc o ponurych, brodatych ludziach z Westeros. Robb zaczyna być młodym obrazem swojego ojca - wiecznie zafrapowanym, z czołem zmarszczonym i wzrokiem wlepionym gdzieś w okolice swoich stóp. Obóz Starków nie jest w ogóle źródłem dobrych wydarzeń, a twarzą wszystkich cierpień Westeros staje się Catelyn, która w tym odcinku powiedziała to otwarcie. I zrobiła to w sposób bardzo przekonujący (złego słowa nie można powiedzieć o Michelle Fairley w tej roli), chociaż sama scena i historia były może zbyt melodramatyczne.

I czy już teraz ma mi się zrobić szkoda Theona? Nie byłam na to przygotowana, ale widok posługacza o twarzy Simona z "Misfits" sprawił, że poczułam ciarki na plecach. Z tego nie będzie nic dobrego, na pewno nie dla młodego Greyjoy'a.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Gra o tron 3x01: Valar Dohaeris


To lubię. Razem z końcem trzeciego sezonu "Walking Dead" (o tym też już niedługo) dostałam nowy sezon produkcji, o której jeszcze kilka lat temu mogłam tylko pomarzyć. Nie smucę się zatem - przerzucam uwagę z jednego na drugie.

Wydawałoby się, że minęło strasznie dużo czasu od finałowego odcinka drugiego sezonu. Że przez ten czas mogliśmy żywić się tylko powtórkami i okazjonalnymi zdjęciami z planu. Potem dostaliśmy więcej, tygodnie przed premierą trzeciego sezonu upływały pod znakiem nowych filmików, plakatów, oficjalnych zdjęć i reklam. Nadal było nam mało, a wielkanocną premierę "Valar Dohaeris" powitaliśmy jak - nie przymierzając - stado wygłodniałych wilkorów.

I apetyty zostały nasycone. A przynajmniej zjedliśmy dobre śniadanie.

Można było przebierać w świetnie zagranych scenach. Rozmowa Tyriona zarówno z siostrą (w końcu widzimy więcej życia w Cersei!) jak i ojcem, nonszalancko bezczelny (lub bezczelnie nonszalancki) ser Bronn znad Czarnego Nurtu, historia Davosa - od męki na skalistej wysepce, po sztylet wznoszony na Czerwoną Kapłankę. Nawet Sansę i Shae, siedzące nad zatoką, oglądało się z ciekawością. Scena otwierająca miała klimat i trzymała w napięciu, odczuwało się panikę i osamotnienie razem z Samwellem. Pierwsze spotkanie z Królem Za Murem i jego "dworem"  także wypadło świetnie. Przynajmniej ze strony Ciarána Hindsa i nowej części obsady.

Kit Harrington wyrasta nam na godnego następcę Orlando Blooma. Oto aktor ładny, z jednostajnie odgrywaną manierą i niezmiennym spojrzeniem. Zapewne znany będzie z tej jednej roli w produkcji fantasy, dzięki której "wypłynął". Później zostanie mu grywać w mniej udanych filmach, które po premierze kinowej są ostro krytykowane (u Blooma np. "Trzej muszkieterowie", u Harringtona "Silent Hill 2") lub trafiają od razu na DVD. Absolutnie nie jest mi szkoda. W obsadzie "Gry o tron" można przebierać wśród aktorów - młodszych i bardziej utalentowanych, którzy zasługują na uwagę. Partnerująca mu w tych pierwszych scenach Rose Leslie (jako Ygritte) bez specjalnego wysiłku wykonuje lepszą robotę.

Może nie byłam wcześniej przekonana do pomysłu obsadzenia Natalie Dormer w roli młodziutkiej i słodkiej Margaery, a obnażenie jej przebiegłości już w pierwszym odcinku było tak niewłaściwie, że prawie oburzające. Natalie nie jest moją ulubioną aktorką we wszechświecie, nie plasuje się nawet w pierwszej setce, ale tu mnie przekonała (może tak, jak inna aktorka nie mogłaby). Musiała czekać na to kilka odcinków i niemalże półtora roku, ale udało się. Chociaż wiem już, że Margaery Tyrell jest przewrotna i sprytna, a jej ambicje są wielkie, to przez chwilę daję się nabrać na jej dworne gesty. Jej uśmiech jest równie słodki dla głodnych sierot z Zapchlonego Tyłka, jak dla królowej i jej odrażającego pierworodnego.

Względem odstępstw od literackiego pierwowzoru wystarczy powiedzieć tyle, że skoro już trzeci sezon twórcy podejmują to ryzyko, to pozostaje nam tylko się z tym pogodzić. Szybkie zdemaskowanie ser Barristana nie przeszkadzało mi specjalnie, chociaż okoliczności były do bólu wręcz schematyczne. Pozory przecież mylą, jak to zwykle bywa kiedy masz do czynienia z niewinnym milczącym dzieciątkiem, a z drugiej strony widzisz zakapturzonego nieznajomego. Teraz trzeba czekać na resztę egzotycznego orszaku Daenerys. Ze złotozębym najemnikiem na czele.

środa, 25 kwietnia 2012

Gra o tron 2x04: Garden of Bones



 W czwartym odcinku „Gry o tron” Weiss i Benioff pokazali nam, że wysoką pozycję na liście najbardziej znienawidzonych bohaterów serialowych Joffrey Baratheon ma jak w banku. Reszta fabuły musiała tylko dogonić jego mały teatrzyk okrucieństwa.

Ale czy nie wystarczyłaby jedna scena, w której znęca się nad bezbronną dziewczyną, w dodatkuza pośrednictwem osoby trzeciej? Było już wystarczająco dużo okazji by pokazać, że król Joff kipi od nadmiaru bezmyślnego okrucieństwa, skazując innych na cierpienie i hańbę. Teraz dodatkowo odreagowuje w ten sposób klęski wojenne, trudne decyzje oraz kolejną reprymendę od Tyriona. 

A jeśli już o wojnie mowa, to po raz kolejny omija nas bitwa, w której Król Północy pokonuje Lannisterów. To jeden z minusów serialu, bo wiemy, że gdzieś toczy się wojna, wiemy kto walczy z kim i że ludzie padają w tysiącach. Nigdzie jednak nie widać walk, nie mówiąc już o zrujnowanych domostwach i splądrowanej ziemi. Podobna sytuacja miała też miejsce w pierwszym sezonie. Tam wymówką był pozbawiający przytomności cios, jaki otrzymał Tyrion. 

Jedyne, co widzimy, to pole po bitwie, dożynanie rannych oraz najbardziej przebojową i niezależną pannę w całym Westeros, która zajmuje się wszystkimi rannymi, nie wiadomo po czyjej stronie stoi, a na dodatek dogaduje królowi, krytykując jego sprawy i strategie. Z obecności Talisy z Volantis w serialu można właściwie wyczytać dwie rzeczy: że od razu wpadła w oko młodemu Starkowi oraz że sprawy mogą się przez nią nieco skomplikować.

Wszystko odbywa się w obozach królewskich i twierdzach, w dużych namiotach i jeszcze większych komnatach. Raz na jakiś czas dostajemy coś w plenerze, tak jak pertraktacje Renly’ego i Stannisa - bardzo dobrą scenę w świetnej scenerii. Chociaż w porównaniu z pierwszym sezonem czuć pewniejszą rękę w kwestii wizualnej, to czasami brakuje w serialu przestrzeni. Nawet Harrenhal, mające być ogromnym zamczyskiem, wydaje się być trochę przyciasne.

Co nie zmienia faktu, że to właśnie tam rozgrywają się jedne z ciekawszych scen tego epizodu, a widok na sam zamek robi wielkie wrażenie. Niemal czuje się ciepło płomieni na twarzy, gdy Gendry pyta, jaki ogień potrafi stopić kamień. To tam trafiamy z nim i Aryą, gdzie dziewczynka układa swoją śmiertelną wyliczankę, tam odbywają się okrutne przesłuchania w wykonaniu ludzi Gregora Clegane’a (nonszalancja Łaskotka, który zadaje wszystkie pytania, jest wręcz porażająca). A „wisienką na torcie” jest wjazd lorda Tywina i jego oddziałów. Charles Dance może nie pojawiał się do tej pory często, ale za każdym razem robił świetne wrażenie. Tym razem jest tak samo, szczególnie, gdy jedno jego spojrzenie wystarczy, by cały zastęp bezwzględnych żołdaków podwinął pod siebie ogony, z pokorą przyjął miano idiotów i rzucił się do wykonywania jego rozkazów.

Niektórym jeden gest przywraca pokorę, innym trochę trudniej się do niej zmusić, nawet gdy od tego może zależeć ich życie. Dawno niewidziana Daenerys po wyczerpującej wędrówce przez Czerwone Pustkowie stanęła przed bramami Qarthu. Jej konfrontacja z kupcami z tego miasta wypadła o tyle ciekawie, że nikt jeszcze nie zaczął traktować jej poważnie, pomimo pogłosek o nowo narodzonych smokach. Widać było, że bardzo ją to rozczarowało i nawet ubodło we wrażliwą targaryeńską dumę. Ci, którym przeszkadza sposób grania Emilii Clarke (szczególnie liczne pauzy między słowami), na pewno uśmiechnęli się z satysfakcją, gdy rozmawiający z nią kupiec obcesowo przerywał jej. Jako jeden z gospodarzy miasta pośrodku pustyni, stojący naprzeciw zagłodzonego khalasaru oraz ich zdesperowanej i niezbyt doświadczonej królowej, był górą w tej rozmowie i bardzo dobrze o tym wiedział.

Tyrion także nieprzerwanie czerpie korzyści ze swojej nowo nabytej posady. Skupia się bardziej na dworskich intrygach, niż na ratowaniu sytuacji w mieście. Ale skoro na razie nie pokazują nam wojny, to widocznie obejdzie się też bez miasta wypełnionego uciekinierami, w którym powoli zaczyna brakować nie tylko pożywienia, ale i miejsca, a nastroje są dalekie od dobrych. Najsympatyczniejszy z Lannisterów poświęca swój czas albo na niezbyt udane ukrywanie kochanki, albo na temperowanie jednego ze swoich krewnych i szantażowanie drugiego.

Podczas kręcenia pierwszego sezonu Eugene Simon, grający Lancela Lannistera, najczęściej dopytywał się przebywającego na planie Martina o odgrywaną przez siebie postać, zasięgał porad i wskazówek. Chociaż wtedy nie pokazywano go zbyt wiele, teraz dostał większą rolę i, najwyraźniej robi użytek z zasięgniętej od autora wiedzy.  Dobrze mu idzie granie aroganckiego, świeżo pasowanego rycerza (których mieliśmy w serialu już kilku), który w jednej chwili zmienia się w przerażonego dzieciaka, kiedy tylko słyszy groźby Tyriona pod swoim adresem. 

Nie ma wątpliwości, że Emmy dla Petera Dinklage była zasłużona. Co więcej, podejrzewam, że sytuacja się powtórzy. I chociaż pojawiło się do tej pory wiele głosów, że nagrodę otrzymał niekoniecznie za swoją grę aktorską, ale przez poprawność polityczną, to każdy kolejny odcinek drugiego sezonu przeczy temu stwierdzeniu. Bo kogo ogląda się w „Grze o tron” najchętniej?

A do tej całej sympatii, jaką darzymy nowego Namiestnika, na pewno trzeba dorzucić ciekawość względem cienistego pomiotu, który wydała na świat Melisandre. Obiecała Stannisowi męskiego potomka i dotrzymała obietnicy. Powiedzmy. Cień, jako sługa Pana Światła na pewno przyczyni do sukcesu jedynej słusznej sprawy Stannisa. Ale w jaki sposób? Jak to będzie wyglądało? Ta bardzo klimatyczna, a nawet mroczna, scena była o wiele lepszym zakończeniem odcinka, niż Jon Snow w lesie.

Źródło: hatak.pl

piątek, 6 stycznia 2012

Cancelled, pt 2 - Sirens UK


Zakładając, że "Kitchen Confidential" było pierwszą odsłoną mojej małej serii o anulowanych, bądź wstrzymanych, serialach, to "Sirens" będzie numerem dwa. Będzie serialem, który zdążyłyśmy polubić i z którym musiałyśmy rozstać się zbyt wcześnie.

Standardowo, sezon liczył sobie sześć odcinków. Zaczęło się od "Up, Horny, Down", w którym główni bohaterowie zostają odesłanie na spotkanie z terapeutką po nieskutecznej akcji ratowniczej i wykonanym przez jednego z nich masażu na otwartym sercu. Panowie, co się potem okaże charakterystyczne dla nich, wolą swoje własne rozwiązania. Pouczają nowego sanitariusza na temat cyklu, który zdarza się po takim przypadku - poprawa humoru, wzmożone napięcie seksualne, depresja. I wszystko to ma miejsce, bo przytrafia się to nawet nowemu. Nie jest to jedyny motyw, z którym muszą, a raczej wolą, poradzić sobie sami. Jesteśmy świadkami, jak Rachid, nowy w grupie, znajduje swojego pierwszego trupa i jak musi dać sobie radę z tym przeżyciem. I, co ważniejsze, jak słabo mu to wychodzi.

Ale wiadomo, nie tylko o zawałach serca, samobójstwach i rozbitych kolanach tu mowa. Każdy z bohaterów ma swoje osobiste rozterki. Czy to w sprawach zarówno damsko jak i męsko-męskich, problemy z szefem i wyżej wymienioną terapeutką, czy też przez brak kontaktu z ojcem. I problemy ich wszystkich naprawdę chce się oglądać. Szczególnie, że przebywając tyle we trójkę, są w stanie i chcą sobie nawzajem pomagać, choćby nawet w lekko opryskliwy sposób.

Kiedy przypominam sobie inne seriale o służbach publicznych jako takich (straż pożarna także), to niewiele chyba jest takich, w których pokazują, jak ratownicy medyczni robią sobie jaja z przerażonego upalonego nastolatka, albo jak urządzają zawody w tym, kto dłużej utrzyma się na deskorolce w jadącej karetce. Zwykle chodzi w takich serialach o poważne sprawy i bohaterskie akcje, z trzęsieniem ziemi włącznie. A tu okazuje się nagle, że ekipa ratowników medycznych ma częściej do czynienia z pijanymi ludźmi, którzy porozbijali sobie łby, wychodząc z klubu albo z bezdomnymi, którzy stracili po pijaku przytomność pod budynkiem użyteczności publicznej. I niewiele pozostaje ze szlachetności ratowania życia.

Ten, kto oglądał, niech się nie boi - licencja na Stany Zjednoczone została wykupiona przed premierą oryginału. Albo niech się boi - jeśli oglądał ich wersję "Being Human".
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...