Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natalie Dormer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natalie Dormer. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 kwietnia 2014

Gra o tron 4x02: The Lion and the Rose


Nim dołączymy do całego internetu z pełnym satysfakcji okrzykiem "w końcu umarł!", zwróćmy nasze zadumane spojrzenia na aktora, który sportretował nam ten typ łajdaka, w którym nie ma nawet najmniejszej rzeczy do polubienia. Trzeba przyznać, że Jack Gleeson, prywatnie naprawdę uroczy i sympatyczny dzieciak, od pierwszego sezonu do samego końca był takim Joffem, jakiego można było sobie wyśnić w największych koszmarach. Arogancki, uparty, okrutny i bezczelny, ado tego tchórzliwy, i z tendencją do zachowywania się jak rozwydrzony i rozpuszczony sześcioletni bachor. Może postać Joffa była jednowymiarowa, w gromadzie postaci o różnych odcieniach szarości będąc czarną jak węgiel, ale taką postać też należy odpowiednio zagrać, nie przerysowując żadnej jego cechy i nie czyniąc króla karykaturą złego dzieciaka. Osobiście liczę na to, że zobaczymy go jeszcze w wielu rolach. I że nie będzie znany tylko jako "ten drań Joffrey". 

A teraz...
W końcu umarł!

Na własnym weselu, w otoczeniu setek ważnych gości. Po upokorzeniu wuja, jego młodej żony, świeżo nabytego szwagra i całego jego rodu. Śmierć odpowiednia dla tak nikczemnej postaci. I jedna z tych, na którą wszyscy widzowie przyklasną radośnie.

Teraz właściwie został nam tylko Ramsay Snow. Świetnie dobrany, świetnie zagrany Ramsay, dzięki któremu mieliśmy świetną scenę otwierającą. Ale nie tylko Ivan Rheon błysnął nam podczas strony w lesie. Alfie Allen okazał się o wiele bardziej dopasowany do roli Fetora, niż do roli Theona Greyjoy'a. Cokolwiek czuło się do jego postaci i tego mówił, lub gdy zdobywał Winterfell, widząc jego pokraczny bieg i nerwowe tiki w obecności bękarta, zaczyna się nagle czuć dla niego litość. Trochę wbrew własnej woli.

Dobrze znowu widzieć Brana i Reedów. Chociaż powoli, to nadal brną na północ, a teraz dodatkowo mają jasno określony cel. Wizja Starka została przedstawiona sprawnie i bardzo plastycznie, nawet jeżeli użyto sporo ujęć z pierwszego sezonu. I może narzekałam kiedyś, że jest w serialu zbyt mało Brana. Może to jednak dobry zabieg? Bran potrzebny nam jest właśnie w takich ważnych chwilach, przy drzewie sercu, które mówi do niego. Ucinanie mozolnej i jednostajnej wędrówki sprawia, że nie marudzimy na znikomą ilość wydarzeń. Chociaż teraz został wysłany za nimi Locke. Dużo rzeczy może jeszcze się zdarzyć.

Po zeszłotygodniowym odcinku nie byłam pewna, co nie pasuje mi w postaci Oberyna Martella. Nie mam nic do zarzucenia od strony aktorskiej. Pedro Pascal wygląda i zachowuje się, jak "gorąca głowa" z Dorne. Jedyne, co razi to potrzeba twórców na ukazanie jego, hm... nienasyconego apetytu. Czerwona Żmija był krewkim Dornijczykiem, fakt, ale w pierwszej mierze był księciem, przedstawicielem swojego rodu, i wiedział dobrze, że ostentacyjne oblizywanie palca kochanki, czy łapczywe spoglądanie na tancerkę i młodego rycerza, przy stole pełnym ludzi jest bardzo nie na miejscu. Pewne rzeczy, szczególnie wśród wysoko urodzonych, były tylko domysłami i takimi powinny pozostać, by nie ograbić nas z możliwości wyłapywania niuansów i drobnych gestów. Wcześniej zrobili to z Renlym, teraz najwyraźniej zabierają się za kolejną "kontrowersyjną" postać.

Czy komuś wesele wydało się pełne niezręczności, a radość niektórych gości wymuszona? Ktoś widział zniesmaczoną minę lady Olleny czy kamienną twarz siedzącego między gośćmi Varysa? Tak powinien wyglądać prawdziwy mariaż polityczny i wyprawiona z jego okazji uczta! Chociaż najmocniejsza scenę zostawiono na koniec, to cała sekwencja uczty wypadła mocno - szczególnie ze strony aktorskiej, czy mowa tu o Natalie Dormer (jej reakcje na wszystkie poczynania małżonka były bezbłędne), pojawiającej się na moment Gwendoline Christie, czy zawsze niezawodnych Charlcie Dance i Dianie Rigg. Nawet młodziutka Sophie, grająca Sansę, wypadła świetnie, a główna jej siła polegała na subtelności i oszczędnych gestach.

Co do subtelności, to najwyraźniej motywem przemyconym do odcinka, było jedzenie. Wspólny obiad spożywali bracia Lannisterowie, na Smoczej Skale królowa przy kolacji opowiadała o tym, że Stannis gotował jej zupę, a Bran wsuwał papkę z żołędzi. Wszystko jednak było tylko przystawką przed królewskim pasztetem na główne danie. Nie wiem tylko, czy ktoś jeszcze odważyłby się go skosztować.
Miło było zobaczyć znowu Jerome Flynn'a, jak zwykle zadowolonego z każdej sceny, w której jest obecny. Jako że Bronn stał się teraz trenerem Jaime'a (niestety w miejsce książkowego ser Ilyna), to nasz ulubiony najemnik zostanie z nami na długo.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Gra o tron 3x04: And Now His Watch Is Ended

 

Wolę nie zapeszać, ale ten sezon to jak na razie najlepszy z dotychczasowych. Nie chciałabym by, po tak zacnym epizodzie, coś zmieniło się na gorsze. Już nie raz przecież pisałam, że jest świetnie i coraz fajniej, ładniej i bardziej spektakularnie, żeby potem rozczarowywać się, gdy sezon dobiegał do końca.

I uwaga, uwaga! Joffrey zaczyna przejawiać jakieś pozytywne uczucia. Do tej pory okrutny, wyrachowany i pyskaty, teraz widzieliśmy u niego prawdziwą radość. Tak, przejawiał ją opowiadając o pożeraniu czy paleniu żywcem, ale widzieliśmy, że może być radosny. Margaery świetnie na niego wpływa. Nie ma wpływu, bo tego określenia używa się, gdy ktoś oddziałuje na drugą osobę nieświadomie. Mała Przyszła Królowa ładnie urabia Joffa w swych delikatnych dłoniach. Oczywiście, nie oznacza to, że można nagle go polubić. Do tego chyba nikt nigdy nie będzie zdolny. 

I jeszcze: mina Cersei, gdy w sepcie Baleora zorientowała się, że na rzecz Margaery traci nie tylko oddanie poddanych, ale też uwagę swojego pierworodnego, bezczenna!


Cieszę się, że do Królewskiej Przystani trafiła kolejna osoba, która potrafi prowadzić prawdziwe intrygi. Rozmowa Królowej Cierni z Varysem okazała się jedną z najciekawszych konfrontacji eunucha z innymi "graczami", w dużej mierze dlatego, że nie była przerzucaniem się złośliwościami i brudnymi sekrecikami, jak to bywało w przypadku Littlefingera. Varys w tym odcinku w ogóle pokazał dużo nowych kolorów. Wiadomo, że różne rzeczy ukrywa puder na jego policzkach i perfuma, którą obficie się skrapia, ale tak intensywnej i wytrwałej żądzy zemsty chyba nikt by tam nie znalazł.

Ciekawe czy widzieliśmy też ostatnie podrygi Theona. Domyślam się, że twórcy musieli zatrzymać Alfiego Allena w obsadzie na kolejny sezon, dlatego my mieliśmy okazję oglądać jego kiepsko zakończoną ucieczkę. Czy jednak oszczędzą nam widoku tego, co zapewni mu Ramsay Snow? Czy pozwolą nam się tylko domyślać? To drugie byłoby o wiele lepszym rozwiązaniem.

Resztki Nocnej Straży, które znajdują się za Murem, były traktowane mocno po macoszemu w tym sezonie. Podobnie było i w tym odcinku, gdzie poświęcono im raptem kilka minut w Twierdzy Crastera. Niemniej, były to minuty o wielkim znaczeniu, zmuszające kolejnych naszych ulubieńców (wiwat Edd Cierpiętnik!) do rozdzielenia się. Szkoda tylko, że już więcej nie zobaczymy w serialu Jamesa Cosmo - idealnie odnajdywał się w roli szorstkiego dowódcy. 

Kiedy w poprzednim sezonie Daenerys dotarła ze swoim obdartym i zagłodzonym khalasarem do Qarthu pewne było, że używanie egzotycznych języków (w tym wypadku językiem Dothraków czy Valyrii) wychodzi Emilii Clarke naturalniej niż posługiwanie się wspólną mową. Przyjmuje wtedy bardziej płynne tempo i rezygnuje z irytujących pauz.

I może przez to zakończenie tego odcinka było najlepszym, jakie udało im się zrobić? Daenerys zaczęła mówić po valyriańsku, a to dodało zarówno jej postaci, jak i całej scenie mocy. Wszystko było tu bez zarzutów. Dany stanowcza i do końca skryta przed swoimi doradcami, Nieskalani w większej liczbie robią wrażenie, podobnie jak Drogon (nawet jeśli jest) na łańcuchu. I potem to piękne ujęcie wśród dymu i popiołu. To jest Daenerys, na którą czekałam!

wtorek, 2 kwietnia 2013

Gra o tron 3x01: Valar Dohaeris


To lubię. Razem z końcem trzeciego sezonu "Walking Dead" (o tym też już niedługo) dostałam nowy sezon produkcji, o której jeszcze kilka lat temu mogłam tylko pomarzyć. Nie smucę się zatem - przerzucam uwagę z jednego na drugie.

Wydawałoby się, że minęło strasznie dużo czasu od finałowego odcinka drugiego sezonu. Że przez ten czas mogliśmy żywić się tylko powtórkami i okazjonalnymi zdjęciami z planu. Potem dostaliśmy więcej, tygodnie przed premierą trzeciego sezonu upływały pod znakiem nowych filmików, plakatów, oficjalnych zdjęć i reklam. Nadal było nam mało, a wielkanocną premierę "Valar Dohaeris" powitaliśmy jak - nie przymierzając - stado wygłodniałych wilkorów.

I apetyty zostały nasycone. A przynajmniej zjedliśmy dobre śniadanie.

Można było przebierać w świetnie zagranych scenach. Rozmowa Tyriona zarówno z siostrą (w końcu widzimy więcej życia w Cersei!) jak i ojcem, nonszalancko bezczelny (lub bezczelnie nonszalancki) ser Bronn znad Czarnego Nurtu, historia Davosa - od męki na skalistej wysepce, po sztylet wznoszony na Czerwoną Kapłankę. Nawet Sansę i Shae, siedzące nad zatoką, oglądało się z ciekawością. Scena otwierająca miała klimat i trzymała w napięciu, odczuwało się panikę i osamotnienie razem z Samwellem. Pierwsze spotkanie z Królem Za Murem i jego "dworem"  także wypadło świetnie. Przynajmniej ze strony Ciarána Hindsa i nowej części obsady.

Kit Harrington wyrasta nam na godnego następcę Orlando Blooma. Oto aktor ładny, z jednostajnie odgrywaną manierą i niezmiennym spojrzeniem. Zapewne znany będzie z tej jednej roli w produkcji fantasy, dzięki której "wypłynął". Później zostanie mu grywać w mniej udanych filmach, które po premierze kinowej są ostro krytykowane (u Blooma np. "Trzej muszkieterowie", u Harringtona "Silent Hill 2") lub trafiają od razu na DVD. Absolutnie nie jest mi szkoda. W obsadzie "Gry o tron" można przebierać wśród aktorów - młodszych i bardziej utalentowanych, którzy zasługują na uwagę. Partnerująca mu w tych pierwszych scenach Rose Leslie (jako Ygritte) bez specjalnego wysiłku wykonuje lepszą robotę.

Może nie byłam wcześniej przekonana do pomysłu obsadzenia Natalie Dormer w roli młodziutkiej i słodkiej Margaery, a obnażenie jej przebiegłości już w pierwszym odcinku było tak niewłaściwie, że prawie oburzające. Natalie nie jest moją ulubioną aktorką we wszechświecie, nie plasuje się nawet w pierwszej setce, ale tu mnie przekonała (może tak, jak inna aktorka nie mogłaby). Musiała czekać na to kilka odcinków i niemalże półtora roku, ale udało się. Chociaż wiem już, że Margaery Tyrell jest przewrotna i sprytna, a jej ambicje są wielkie, to przez chwilę daję się nabrać na jej dworne gesty. Jej uśmiech jest równie słodki dla głodnych sierot z Zapchlonego Tyłka, jak dla królowej i jej odrażającego pierworodnego.

Względem odstępstw od literackiego pierwowzoru wystarczy powiedzieć tyle, że skoro już trzeci sezon twórcy podejmują to ryzyko, to pozostaje nam tylko się z tym pogodzić. Szybkie zdemaskowanie ser Barristana nie przeszkadzało mi specjalnie, chociaż okoliczności były do bólu wręcz schematyczne. Pozory przecież mylą, jak to zwykle bywa kiedy masz do czynienia z niewinnym milczącym dzieciątkiem, a z drugiej strony widzisz zakapturzonego nieznajomego. Teraz trzeba czekać na resztę egzotycznego orszaku Daenerys. Ze złotozębym najemnikiem na czele.

czwartek, 21 lutego 2013

Game of Thrones Deleted Scenes

Coraz bliżej do sezonu trzeciego, w którym fani sagi pokładają wielkie nadzieje. Tymczasem przedstawiam Wam sceny usunięte z sezonu drugiego. Aż smutek bierze, że taki epizod między Ogarem a Sansą został usunięty na rzecz kolejnej seks sceny z udziałem Rose.

1. Loras i Margaery


2. Sandor i Sansa



3. Irri i Dorreah



4. Varys i Littlefinger




poniedziałek, 7 maja 2012

Gra o tron 2x05: The Ghost of Harrenhal


Nie miałam ostatnio szczęścia do oglądania i opisywania "Gry o tron" na bieżąco. Tym razem, przy odcinku piątym, było podobnie. W dzień premiery brak prądu przerwał mi oglądanie. Potem, z każdym dniem, brakowało już czasu albo sił. Długi weekend rządził się swoimi bardzo dziwnymi prawami. A kiedy w końcu czas się znalazł, znów muszę się streszczać, by nadrobić przez następnym odcinkiem.

Pisanie czegoś o serialu na podstawie przeczytanej książki to czasami ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony wiesz dobrze, co zmieniono, dodano lub pominięto. Wiesz, kiedy taka zabawa z treścią wychodzi na dobre. Czasami nawet zazdrościsz, bo oni nie musieli brnąć razem z Daenerys przez Czerwone Pustkowie i nudzić się okropnie. Oni także mogli pogodzić się ze śmiercią Rakharo o wiele łatwiej niż ci, którzy nadal czytają o nim w kolejnych tomach. Chyba nie robi serialowcom różnicy, że nie ma Riverrun i rodu Tullych, że na razie ani śladu Krwawych Komediantów. Że dziki ogień u alchemików zamawiała Cersei, chociaż w książce Tyrion sam wyszedł z tą inicjatywą i on zajmował się nie tylko utrzymaniem porządku i poziomu życia w mieście, ale także jego obroną. Staram się unikać określenia "jak w książce", bo wtedy pojawia się oskarżenie o subiektywność i czepialstwo. Ale czasami to jest takie trudne!

Cień przemknął z epizodu czwartego prosto do namiotu Renly'ego, zaszlachtował dzielnego króla i ulotnił się, a wina spadła na Brienne. Jednak jego narodziny pod skałą robiły o wiele większe wrażenie niż scena morderstwa - od sposobu zadania ciosu aż po wygląd Cienia. Gwendoline Christie w roli Brienne z Tarthu zdecydowanie ratowała tę scenę.
Zauważyłam, że Emilia Clarke o wiele lepiej wypada, gdy mówi w języku Dothraków. Długie zestawy szeleszczących głosek wychodzą jej o wiele płynniej i naturalniej, niż ojczysty angielski. Rzecz to tak fascynująca jak to, czy aktor grający kupca Xaro Xhoan Daxos jest tak wielki, czy Emilia taka malutka, czy może ktoś bawił się wymuszoną perspektywą? Dodatkowo, od kiedy Doreah dostała więcej kwestii, z których żadna nie dotyczyła seksu, ani nie była wypowiadana na Viserysie, okazało się, że to kolejna aktorka, której sposób mówienia może zirytować. Jej ton, fakt, pasuje do sceny, gdy uczyła swoją królową sztuki miłosnej, ale właściwie tylko tam.

Za Drogona, brawa - wygląda tak dobrze i naturalnie, że chętnie ukradłoby się takiego dla siebie i karmiło grillowanym kurczakiem. Za kolorowy i pełen oryginalnych typów (Pyatt Pree!) Qarth, brawa. Wizualnie jedna wizyta w tym mieście wypada lepiej, niż cały pierwszy sezon wędrówki z khalasarem.

Za Murem trwa mroźne preludium. Czarni Bracia dotarli na Pięść Pierwszych Ludzi, dołączył do nich Qhorin Półręki i nie czekając postanowił zabrać naszego ulubionego bękarta na akcję dywersyjną. W końcu przestali krążyć, zostawili Crastera za sobą. Teraz niech się dzieje!

No i na koniec! Wisienką na torcie, jak zwykle, jest Maisie Williams. Jej naturalność kupuje mnie w każdym odcinku, nawet jeśli pojawia się w nim tylko na kilka minut. Teraz tworzy dodatkowo dwa świetne duety. W jednym towarzyszy jej Gendry, w drugim tajemniczy Jaqen H'ghar. Kilka chwil z tą trójką wystarczy, bym oczekiwała z niecierpliwością kolejnych odwiedzin w zamku króla Harrena. Nawet jeśli wiem dobrze, jak to się skończy.

środa, 25 kwietnia 2012

Gra o tron 2x04: Garden of Bones



 W czwartym odcinku „Gry o tron” Weiss i Benioff pokazali nam, że wysoką pozycję na liście najbardziej znienawidzonych bohaterów serialowych Joffrey Baratheon ma jak w banku. Reszta fabuły musiała tylko dogonić jego mały teatrzyk okrucieństwa.

Ale czy nie wystarczyłaby jedna scena, w której znęca się nad bezbronną dziewczyną, w dodatkuza pośrednictwem osoby trzeciej? Było już wystarczająco dużo okazji by pokazać, że król Joff kipi od nadmiaru bezmyślnego okrucieństwa, skazując innych na cierpienie i hańbę. Teraz dodatkowo odreagowuje w ten sposób klęski wojenne, trudne decyzje oraz kolejną reprymendę od Tyriona. 

A jeśli już o wojnie mowa, to po raz kolejny omija nas bitwa, w której Król Północy pokonuje Lannisterów. To jeden z minusów serialu, bo wiemy, że gdzieś toczy się wojna, wiemy kto walczy z kim i że ludzie padają w tysiącach. Nigdzie jednak nie widać walk, nie mówiąc już o zrujnowanych domostwach i splądrowanej ziemi. Podobna sytuacja miała też miejsce w pierwszym sezonie. Tam wymówką był pozbawiający przytomności cios, jaki otrzymał Tyrion. 

Jedyne, co widzimy, to pole po bitwie, dożynanie rannych oraz najbardziej przebojową i niezależną pannę w całym Westeros, która zajmuje się wszystkimi rannymi, nie wiadomo po czyjej stronie stoi, a na dodatek dogaduje królowi, krytykując jego sprawy i strategie. Z obecności Talisy z Volantis w serialu można właściwie wyczytać dwie rzeczy: że od razu wpadła w oko młodemu Starkowi oraz że sprawy mogą się przez nią nieco skomplikować.

Wszystko odbywa się w obozach królewskich i twierdzach, w dużych namiotach i jeszcze większych komnatach. Raz na jakiś czas dostajemy coś w plenerze, tak jak pertraktacje Renly’ego i Stannisa - bardzo dobrą scenę w świetnej scenerii. Chociaż w porównaniu z pierwszym sezonem czuć pewniejszą rękę w kwestii wizualnej, to czasami brakuje w serialu przestrzeni. Nawet Harrenhal, mające być ogromnym zamczyskiem, wydaje się być trochę przyciasne.

Co nie zmienia faktu, że to właśnie tam rozgrywają się jedne z ciekawszych scen tego epizodu, a widok na sam zamek robi wielkie wrażenie. Niemal czuje się ciepło płomieni na twarzy, gdy Gendry pyta, jaki ogień potrafi stopić kamień. To tam trafiamy z nim i Aryą, gdzie dziewczynka układa swoją śmiertelną wyliczankę, tam odbywają się okrutne przesłuchania w wykonaniu ludzi Gregora Clegane’a (nonszalancja Łaskotka, który zadaje wszystkie pytania, jest wręcz porażająca). A „wisienką na torcie” jest wjazd lorda Tywina i jego oddziałów. Charles Dance może nie pojawiał się do tej pory często, ale za każdym razem robił świetne wrażenie. Tym razem jest tak samo, szczególnie, gdy jedno jego spojrzenie wystarczy, by cały zastęp bezwzględnych żołdaków podwinął pod siebie ogony, z pokorą przyjął miano idiotów i rzucił się do wykonywania jego rozkazów.

Niektórym jeden gest przywraca pokorę, innym trochę trudniej się do niej zmusić, nawet gdy od tego może zależeć ich życie. Dawno niewidziana Daenerys po wyczerpującej wędrówce przez Czerwone Pustkowie stanęła przed bramami Qarthu. Jej konfrontacja z kupcami z tego miasta wypadła o tyle ciekawie, że nikt jeszcze nie zaczął traktować jej poważnie, pomimo pogłosek o nowo narodzonych smokach. Widać było, że bardzo ją to rozczarowało i nawet ubodło we wrażliwą targaryeńską dumę. Ci, którym przeszkadza sposób grania Emilii Clarke (szczególnie liczne pauzy między słowami), na pewno uśmiechnęli się z satysfakcją, gdy rozmawiający z nią kupiec obcesowo przerywał jej. Jako jeden z gospodarzy miasta pośrodku pustyni, stojący naprzeciw zagłodzonego khalasaru oraz ich zdesperowanej i niezbyt doświadczonej królowej, był górą w tej rozmowie i bardzo dobrze o tym wiedział.

Tyrion także nieprzerwanie czerpie korzyści ze swojej nowo nabytej posady. Skupia się bardziej na dworskich intrygach, niż na ratowaniu sytuacji w mieście. Ale skoro na razie nie pokazują nam wojny, to widocznie obejdzie się też bez miasta wypełnionego uciekinierami, w którym powoli zaczyna brakować nie tylko pożywienia, ale i miejsca, a nastroje są dalekie od dobrych. Najsympatyczniejszy z Lannisterów poświęca swój czas albo na niezbyt udane ukrywanie kochanki, albo na temperowanie jednego ze swoich krewnych i szantażowanie drugiego.

Podczas kręcenia pierwszego sezonu Eugene Simon, grający Lancela Lannistera, najczęściej dopytywał się przebywającego na planie Martina o odgrywaną przez siebie postać, zasięgał porad i wskazówek. Chociaż wtedy nie pokazywano go zbyt wiele, teraz dostał większą rolę i, najwyraźniej robi użytek z zasięgniętej od autora wiedzy.  Dobrze mu idzie granie aroganckiego, świeżo pasowanego rycerza (których mieliśmy w serialu już kilku), który w jednej chwili zmienia się w przerażonego dzieciaka, kiedy tylko słyszy groźby Tyriona pod swoim adresem. 

Nie ma wątpliwości, że Emmy dla Petera Dinklage była zasłużona. Co więcej, podejrzewam, że sytuacja się powtórzy. I chociaż pojawiło się do tej pory wiele głosów, że nagrodę otrzymał niekoniecznie za swoją grę aktorską, ale przez poprawność polityczną, to każdy kolejny odcinek drugiego sezonu przeczy temu stwierdzeniu. Bo kogo ogląda się w „Grze o tron” najchętniej?

A do tej całej sympatii, jaką darzymy nowego Namiestnika, na pewno trzeba dorzucić ciekawość względem cienistego pomiotu, który wydała na świat Melisandre. Obiecała Stannisowi męskiego potomka i dotrzymała obietnicy. Powiedzmy. Cień, jako sługa Pana Światła na pewno przyczyni do sukcesu jedynej słusznej sprawy Stannisa. Ale w jaki sposób? Jak to będzie wyglądało? Ta bardzo klimatyczna, a nawet mroczna, scena była o wiele lepszym zakończeniem odcinka, niż Jon Snow w lesie.

Źródło: hatak.pl

sobota, 21 kwietnia 2012

Gra o tron 2x03: What Is Dead May Never Die


Coraz lepiej jest z "Grą o tron". Po pierwszych dwóch epizodach teraz mamy już porządnie zawiązującą się akcję. Dzielone na "teatry wydarzeń" odcinki pozwalają się skupić na konkretnych wydarzeniach oraz pokazać więcej. Odcinek trzeci doceni też każdy, kto miał już dość scen w burdelu Petyra.

Chociaż zafundowano nam cliffhangera (słabego, ale zawsze) w poprzednim epizodzie, to jednak był on potrzebny chyba tylko po to, by Jon Snow mógł naburmuszyć się na Starego Niedźwiedzia i resztę Straży za ich przymykanie oka na praktyki Crastera.

Komu zaangażowanie Natalie Dormer do roli nastoletniej Margaery Tyrell wydawało się kontrowersyjnym posunięciem, mógł w końcu skonfrontować swoje poglądy. Pomijając różnicę wieku, to jednak wyobrażenie o Margaery powinno opierać się o radosną dziewczynę ze śliczną, pocieszną buźką. Tutaj mamy natomiast dosyć wyrachowaną babę o przebiegłym spojrzeniu i takimż uśmieszku. Skojarzenie z Anną Boleyn nie wydaje się tutaj nie na miejscu, co więcej, nasuwa się samo od pierwszej chwili.

W obozie Renly'ego pojawia się też Brienne z Tarthu. Gwendoline Christe wypada wprost bezbłędnie, w zbroi i pelerynie, z krótko obciętymi włosami i ponurą miną. Trochę mimowolnie nasuwa się skojarzenie z Ogarem, nie tylko ze względu na wzrost, ale i charakter. Jej wypowiedziane do Catelyn "nie jestem damą" wydawało się mówić więcej niż to, że nosi zbroję i spodnie, bo chce.

Ale najlepszy motyw? 

Tyrion i jego gry w Małej Radzie! Mistrzowsko obmyślana intryga, dodatkowo okraszona bezbłędnie zrealizowaną sekwencją. Splecenie rozmów z Littlefingerem, arcymaestrem i Pająkiem wypadło prześwietnie. Po piętach w rankingu najlepszych motywów z odcinka depcze mu tylko Theon palący list nad świecą. Nie można odmówić tej scenie atmosfery i poczucia ciężaru podjętej przez młodego Greyjoy'a decyzji. 

Jego siostra za to nadal słaba i przygarbiona. Niestety.

Świetnie poprowadzono też zakończenie. Arya jest jedną z postaci, które prawdopodobnie pokażą nam w tym sezonie najwięcej. W ciągu ostatnich kilku minut zapętlono co najmniej trzy ważne motywy z książki, dorzucając do tego kilka pomniejszych. Nie ma co narzekać na takie odstępstwo od książki. To jeden z pierwszych tego typu zabiegów scenarzystów, który wypadł naprawdę w porządku. Co prawda sposób, w jaki pożegnano Yorena mógł wydać się głupi (podobnie, jak całej obrony przed oddziałem Lorcha), szczególnie przy tak fajnej postaci, jednak to on zaprezentował nam genezę wyliczanki Aryi - motyw, który w późniejszych odcinkach mocno ukształtuje naszą małą bohaterkę. 

Teraz wystarczy czekać na podróż do Harrenhall. I na Łaskotka.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...