Z najpopularniejszą (chociaż, według niektórych, wcale nie najlepszą) powieścią Neila Gaimana jestem na świeżo - zrobiłam sobie powtórkę między dwoma pierwszymi odcinkami serialu. Ale domyślam się, że jest pewna różnica między dokładniejszym zapoznaniem się z adaptowanym dziełem na potrzeby oglądania adaptacji, a znajomością z Amerykańskimi bogami liczącą lata (w końcu książka ukazała się szesnaście lat temu). Niemniej uważam, że ci, którzy najpierw byli czytelnikami, będą w najgorszym przypadku usatysfakcjonowani, że ta historia - albo chociaż jej części - dały się dobrze przenieść na mały ekran.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bryan Fuller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bryan Fuller. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 30 maja 2017
czwartek, 14 stycznia 2016
Cancelled, pt. 5: Pushing Daisies
Fannibals nadal nie mogą przeżyć skasowania Hannibala (fannibals to nazwa, jaką obrał dla siebie fandom serialu). My na blogu nie jesteśmy zszokowane tą decyzją. A Bryan Fuller tylko wzruszył ramionami i zabrał się za kolejną produkcję - w końcu anulowanie mu seriali weszło w krew szefom niektórych stacji. O najbardziej znanym przykładzie mowa właśnie tutaj.
piątek, 1 stycznia 2016
Doktor Lecter czy doktor Thackery - serialowe podsumowanie 2015
Kiedy już wystrzelaliśmy wszystkie fajerwerki i wypiliśmy całego szampana, możemy spojrzeć w to, co oglądaliśmy do tej pory. A było tego sporo - niektóre produkcje wciągnęły od razu, inne musiały trochę popracować na swoje miejsce w stałej ramówce internautów. Były też takie, które z miejsca skazane były na porażkę i takie, którym może nie należała się ona od razu. Teraz o nich słów kilka. Więc przysiądźcie na moment, z kubkiem mocnej herbaty i niezdrową przekąską na zabicie posylwestrowego kaca, i... miłej lektury. :)
Etykiety:
2 Broke Girls,
Big Bang Theory,
Black Sails,
Bryan Fuller,
Clive Owen,
Detektyw,
Hannibal,
Orange Is The New Black,
Supernatural,
Walking Dead
wtorek, 30 kwietnia 2013
Bon appétit: Hannibal
![]() |
| Lecter przy obiedzie - to zdjęcie tendencyjne. |
Ktoś
w NBC musi bardzo lubić Bryana Fullera. To chyba nie jest specjalnie
dziwne, bo to jeden z najbardziej kreatywnych scenarzystów ostatnich lat. Chociaż "Pushing Daisies" zakończyło się raptem po dwóch sezonach, a "Mockingbird Lane" nie przyjęło się w ogóle, to na
"Hannibala" dostał zielone światło od razu na dwa sezony.
Dawno nie widziałam tak pięknego serialu. Obrazy w połączeniu z muzyką tworzą przebogatą ucztę dla zmysłów. Dawno też żaden serial nie jeżył mi włosków na karku i trzymał w kleszczach niepokoju przez 40 minut każdego odcinka. Jak duża w tym zasługa samej strony audio-wizualnej, a jak aktorów i scenariusza?
Hugh Dancy i Mads Mikkelsen spotkali się dziesięć lat temu na planie
"Króla Artura". Grali tam przyjaciół i towarzyszy broni. Teraz jako Will Graham i Hannibal Lecter zmierzają ku nieuchronnej i brutalnej
konfrontacji. Obaj mieli trudne zadania - jeden mierzył się z legendarną już kreacją Anthony'ego Hopkinsa. Drugi musiał wiarygodnie oddać genialnego agenta w stanie prawie kompletnej rozsypki, który zmaga się nie tylko z rzeczywistymi mordercami i niebezpieczeństwami, ale walczy też z demonami w swojej głowie. Obaj, można powiedzieć po tych kilku wyemitowanych epizodach, wyszli z tego obronną ręką. Nie mam prawie nic do zarzucenia ich postaciom. Prawie, bo czasami było mi trudno zrozumieć dialogi, które Mikkelsen wygłasza w nieco za szybkim tempie i z mocnym akcentem. Ale może chodzi tu o wyłamanie się ze stereotypu, w którym elegancki seryjny morderca mówi zwykle z brytyjskim akcentem, jak nam pokazano w słabym "The Following"?
Odnoszę wrażenie, że jako dodatek do obsady i ekipy realizatorskiej został zaangażowany specjalny sztab ludzi tylko po to, by pilnować dopięcia na ostatni guzik nawet takich rzeczy, jak ułożenie fig na talerzu podczas kolacji. Symetria w kadrach, ta niemalże chorobliwa dbałość o szczegóły i symbolikę, robi naprawdę wielkie wrażenie, a wnętrza zaczynają kojarzyć się z takimi filmami, jak "Lśnienie". Druga ekipa dba pewnie o estetykę serwowanych przez Lectera dań. Aby ślinka ciekła nam w tej samej chwili, w której zastanawiamy się, czy to na pewno potrawa z wieprzowiny.
Odnoszę wrażenie, że jako dodatek do obsady i ekipy realizatorskiej został zaangażowany specjalny sztab ludzi tylko po to, by pilnować dopięcia na ostatni guzik nawet takich rzeczy, jak ułożenie fig na talerzu podczas kolacji. Symetria w kadrach, ta niemalże chorobliwa dbałość o szczegóły i symbolikę, robi naprawdę wielkie wrażenie, a wnętrza zaczynają kojarzyć się z takimi filmami, jak "Lśnienie". Druga ekipa dba pewnie o estetykę serwowanych przez Lectera dań. Aby ślinka ciekła nam w tej samej chwili, w której zastanawiamy się, czy to na pewno potrawa z wieprzowiny.
W
dobie, kiedy nawet serie o postapokaliptycznej koegzystencji z
kosmitami używają coverów Nirvany, w Hannibalu tego nie uświadczymy.
Tutaj towarzyszy nam muzyka klasyczna, bądź też oryginalny soundtrack,
który niektórym może wydawać się nierówny, niespójny i nie do
zniesienia, ale który przez to wpasowuje się w klimat. Muzyka "kanciasta
i rozstrojona" (jeśli ktoś znajduje na nią lepsze słowa, to proszę o
oświecenie mnie) pasuje do odwiedzin krwawego miejsca zbrodni czy wizji
agenta Grahama o wiele bardziej, niż akustyczna wersja "Sympathy For The
Devil".
Ktoś mógłby uznać formę kryminału proceduralnego za niestosowną do serialu o doktorze Lecterze. Że rozwiązywanie jednej sprawy na odcinek jest już oklepane i nudne. Komuś bardziej spodobałoby się, gdyby Graham i cała Sekcja Behawioralna od razu rzucili się w pościg za psychiatrą-kanibalem, zamiast uganiać się za innymi psychopatami. Jednak to gdybanie, czy te okrutne zbrodnie są już dziełem Lectera czy nie, nadają napięcia całemu serialowi. Bo wszystko, co widzieliśmy do tej pory mogło teoretycznie jego dziełem, ale na końcu okazuje się, że jednak tak nie jest. A z jego kamiennej twarzy nie da się nawet wyczytać, czy faktycznie próbuje pomóc Grahamowi, czy szuka sposobu by się oczyścić, czy właśnie czerpie inspirację.
wtorek, 6 listopada 2012
Losy niepewne: Mockingbird Lane
W atmosferze Halloween, duchów i strachów, krwi, makabry i upiornych makijaży natrafiłam na pilotowy odcinek "Mockingbird Lane", nowego projektu Bryana Fullera - twórcy takich tytułów, jak "Tam gdzie pachną stokrotki' i niecierpliwie (przeze mnie) oczekiwanego "Hannibala" z Maddsem Mikkelsenem w roli doktora Lectera. Pan Fuller postanowił na nowo przedstawić nam perypetie rodziny Munsterów - upiornej rodzinki wampirów, wilkołaków i podobnych charakterów.
Pierwsza wersja powstała w latach 60. i, z całą charakterystyczną dla tamtego okresu przesadą i slap-stickiem, bawiła widzów przez dwa lata. Przez następne lata pojawiło się kilka filmów pełnometrażowych, a w latach 80. nowa wersja serialu.
Musiało minąć jeszcze trochę czasu nim ktoś zdecydował się na nowe spojrzenie na rodzinę Munsterów, zostawiając gdzieś wszystkie upiornie kiczowate peruki i stroje, które teraz kojarzą się tylko z przebieranymi imprezami. Tutaj Dracula nie chadza we fraku i podszytej czerwonym aksamitem pelerynie, ale w dobrze skrojonym trzyczęściowym garniturze. Głowa rodziny nie wygląda jak kwadratogłowe monstrum Frankensteina, chociaż dziwne szwy na jego przegubach i szyi mogą wzbudzić lekki niepokój wśród sąsiadów. Wszyscy wyglądają bardziej jak rodzina z sąsiedztwa (która koniecznie musiała wprowadzić się do domu po seryjnym mordercy), a przez to ich perypetie wydają się być bardziej oczekiwane i interesujące.
Bryan Fuller "ugryzł" temat od sobie dobrze znanej strony, dając nam zarówno ciekawą atmosferę, dawkę inteligentnego humoru, jak i makabry. Całość okraszona została świetnymi efektami, zarówno w dziedzinie komputerowej, jak i charakteryzacji, wizualnym przepychem i sprawnie dobraną obsadą. Portia de Rossi zawsze wydawała mi się nie z tego świata, Jerry O'Connell sprawdza się nadzwyczaj dobrze (przyznać trzeba, że przeszedł długą drogę od bycia tym grubym dzieciakiem ze "Stand by Me"), ale i tak całe show kradnie Eddie Izzard w roli Dziadka.To zupełnie inny rodzaj wampira od tych, z którymi mieliśmy czasami do czynienia - wredny, cyniczny, okrutny, przebiegły i bezwzględny. Nie jest przerysowany - nie dźwiga nadmiaru patosu i powagi (Lugosi, Lee i ich naśladowcy), nie jest też zabawnym staruszkiem w pelerynce (oryginalny Dziadek Munster) A do tego dobrze gotuje!
A jak ktoś nie lubi Eddiego Izzarda, niech natychmiast idzie przemyśleć swoje życie, przy okazji oglądając też "Wszystkie wcielenia Tary".
Tylko co z tego, skoro stacja NBC krzywo spojrzała na wyniki oglądalności premiery (trzeci wynik w swoim czasie antenowym) i wolała odcinek pilotowy puścić w jako Halloween Special, przed kolejnym odcinkiem "Grimm" (na litość!), zamiast podjąć się realizacji całego sezonu. Na razie oficjalna wersja jest taka, że "Mockingbrid Lane" nie ruszy, a Fuller jest zajęty "Hannibalem". Jednak liczę, że ktoś pójdzie po rozum do głowy i będziemy mogli zobaczyć, co jeszcze wydarzy się na Mockingbrid Lane 1313.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




