Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FOX. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FOX. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 września 2014

This town deserves a better class of criminal: Gotham, pilot


Nawet jeżeli ktoś nie przepada za komiksami i Batmanem, znajdzie tu dobrą historię sensacyjną, nawet jeżeli okraszoną nieco schematami - szczególnie w przypadku skorumpowanego policjanta i jego przepełnionego ideałami nowego partnera, który musi jeszcze dużo się nauczyć. Postać Carmine'a Falcone oraz jego podwładnych pozwala skupić się widzom na gangsterskiej stronie Gotham, zamiast na superbohaterach i superzłoczyńcach. Pokazuje, że nawet po sześćdziesięciu latach historia tego miasta może być pokazana z innej perspektywy.

wtorek, 24 września 2013

Keep calm and don't lose your head!


Ciężka historia z tym "Sleepy Hollow". Niby krótkie opowiadanie, a odcisnęło się mocno na amerykańskim społeczeństwie, będąc tylko historią o duchach. Ale chociaż sama legenda o Jeźdzcu Bez Głowy jest niesamowitym materiałem na kinowe i telewizyjne adaptacje, tak (żywy i niezdekapitowany) główny bohater - Ichabod Crane, już chyba nie robi takiego wrażenia.

O ile Tim Burton, Disney, czy większość adaptacji opowiadania na przestrzeni ostatnich dziewięćdziesięciu latm, trzymały się strachliwej natury Crane'a i jego niezdarności, o tyle Len Wiseman (odpowiedzialny za "Underworld" - kojarzenie wampirów i wilkołaków z gorsetami i butami na koturnach) i Roberto Orci (scenrzysta zarówno reboota "Star Treka", jak i planowanych rebootów "Mumii" i "Van Helsinga") uznali, że skończyły się czasy nauczyciela, który boi się Jeźdźca tak samo, jak wszyscy. Ichabod Crane A.D. 2013 jest szpiegiem na usługach Jerzego Waszyngtona. Chociaż żył sto lat przed Abrahamem Lincolnem, to był za zniesieniem niewolnictwa i na pewno nie posiadał żadnej czarnej służby. A jeśli miałoby się okazać, że jego supergorąca żona był czarownicą, to oczywiście tą dobrą. Najmniejszej skazy na obrazie naszego pozytywnego bohatera nie będzie pewnie przez całą serię. Chyba wszystko po to, by Jeździec wypadł jeszcze gorzej, niż do tej pory. Bo czemu ma być tylko upiorem na koniu, potępioną duszą okrutnego najemnika, skoro może być zwiastunem nadciągającej Apokalipsy?

Jakkolwiek Christopher Walken był upiornie wręcz śmieszny i sztampowy jako Jeździec, tak ten robi na mnie o wiele większe i bardziej pozytywne wrażenie. Wygląda naprawdę groźnie! Podobnie jak inne nadprzyrodzone i makabryczne elementy, które chyba staną się dla mnie prawdziwym powodem do pozostania przy tym serialu. Na pewno nie będzie to obsada, więc trzeba znaleźć sobie zamiennik.

Główny duet może nie poraża brakiem talentu, ale też niespecjalnie zachwyca. Ostatnimi czasy zresztą, młode przedstawicielki służb porządkowych o niesamowitym samozaparciu i talencie do pakowania się w kłopoty, to popularny schemat w serialach. Dodatkowo, przykład zarówno "Sleepy Hollow", jak i "Under the Dome", wskazuje, że małomiasteczkowi szeryfowie w średnim wieku to grupa największego ryzyka zawodowego. Szczególnie jeśli łączy ich ojcowska więź z wyżej wymienioną protegowaną. Clancy Brown może nie nagrał się specjalnie w odcinku pilotowym, ale wydaje mi się, że zza grobu będzie odgrywał rolę a'la John Winchester z "Supernatural".

Może warto? Może należy przymknąć oko na bezsensowny sposób, w jaki ukryto czaszkę i ciało Jeźdźca, na brak epokowego szoku, jaki powinien przeżyć Crane po przespaniu 250 lat, czy też nagrobek spalonej na stosie czarownicy na katolickim cmentarzu. A nuż będzie lepiej? Jak w "Diablo III" - czekajmy odpowiednio długo, aż w końcu pojawi się szatan. W rytm "Sympathy for the Devil" oczywiście.

niedziela, 19 maja 2013

No more Twinkies: Zombieland, pilot


Natknęłam się dzisiaj na informację, że serialowa wersja dalszej historii bohaterów "Zombieland", została anulowana po słabym odbiorze pilota. Zaintrygowana musiałam - oczywiście! - sprawdzić, czy ktoś, tak jak w przypadku "Mockingbird Lane", się nie pomylił. Okazało się jednak, że widzowie mieli rację i stało się to jasne już po pierwszych kilku minutach.

Zamiast boczyć się teraz na negatywną reakcję fanów, Rhett Reese - scenarzysta i producent (zarówno filmu, jak i serialu), powinien dwa razy przemyśleć rozpisanie tej historii. Bo jeśli musisz zastąpić Woody'ego Harrelsona facetem, którego filmografia opiera się głównie na rolach anonimowych policjantów, żołnierzy i członków gangu, to w ogóle powinieneś zrezygnować z pomysłu umieszczenia Tallahassee w serialu. Podobnie sprawa ma się z pozostałą trójką bohaterów - Columbus, Wichita i Little Rock. Podejrzewam, że pilot miałby o wiele lepsze przyjęcie, gdyby postawiono na grupę zupełnie nowych i oryginalnych postaci, umieszczonych w tym samym uniwersum. Nie byłoby problemem nawiązanie w późniejszych odcinkach do kwartetu z filmu kinowego, a zamiast zaprezentowanego nam w pilocie lenistwa moglibyśmy dostać kolejne ciekawe persony. Z bonusową możliwością dodania ich do grupy ulubionych postaci serialowych lub do listy największych twardzieli dobijających zombie (gdzie pozycja numer 1. należy do Daryla Dixona, oczywiście).

Wciskanie w słaby scenariusz motywów z filmu nie pomogło najwyraźniej, ale rozumiem, że miało pomóc w rozpoznaniu historii, skoro reprezentowały ją zupełnie nieznane twarze. Recytowanie zasad przeżycia przez serialowego Columbusa (przy którym Jesse Eisenberg jest jak John Rambo) wydawało się wymuszone, sielanka w Ikei czy podczas pokazu fajerwerków nie robiły miłego wrażenia, jeśli miało je się zestawić w ramach kontrastu z kiepskimi scenami z kiepskimi zombie. Scena otwierająca ciągnęła się w nieskończoność, ale za to w błyskawicznym tempie straciła wartość komediową. Podobnie sprawa miała się z licznikiem słowa na "w", a wulgarny język używany był chyba tylko dlatego, żeby ktoś oburzył się, że nastoletnia dziewczynka mówi "fuck". Motyw przewodni z odnajdywaniem innych ocalałych od początku był idiotyczny i leniwie zrealizowany (skoro całą robotę odpowiadała babka w call-center), a powtarzanie trzy razy tego samego schematu nie pomagało. 

Jeśli dołożyć do tego jeszcze tanią charakteryzację, jeszcze tańsze efekty specjalne, niedociągnięcia (kto zapala teraz te wszystkie światła w Los Angeles?) i błędy logiczne, to przestaję się dziwić, że projekt okazał się porażką. Lepiej cierpliwie czekać na sequel filmu, zamiast rozmieniać się na drobne.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Demony da Vinci: renesansowy niewypał


Leonardo da Vinci jest zajebisty. Ale tak niesamowity i fantastyczny, że brakuje słów. Ludzie zaczynają go kochać momentalnie po tym, jak mają ochotę zrobić mu krzywdę za bycie bezczelnym do bólu. Ale taki już najwyraźniej przywilej serialowego geniusza - może być wygadanym kutasem, ale jeden uśmiech obraca wszystko na jego korzyść. Dodatkowo jest niesamowicie przystojny, ma piękne zęby, włosy i jest atletycznie zbudowany. Wszyscy oczarowani są Leonardem, niezależnie od płci i wieku. Wszyscy, poza jego ojcem - odrysowanym od kalki "zły rodzic, niewierzący w swoje dziecko". Jest pewnie pierwszym, który używa terminu "wegetarianin" i podchodzi do tego ideologicznie, potrafi naszkicować ptaki w locie, a nawet buduje roboty i śmiercionośne skrzynie na bibeloty. Czy to nie za dużo nawet, jak na pana da Vinci? Wydaje się być przesadzony, nawet jeśli użyjemy profilu "człowiek renesansu".

Dodatkowo, taką rolę przydałoby się dobrze zagrać. Tom Riley może przystojny jest, ale wrażenie robi na mnie takie samo, jak główny bohater "Grimm" - do dobrego pomysłu dobrano aktora bez charyzmy i jakiegoś wewnętrznego ognia, a tego, zarówno David Giuntoli jak i Riley, nie posiadają.

W serialach kostiumowych zawsze mam problem z nieco lekceważącym podejściem twórców do pewnych standardów i dodanie do tego pewnych "współczesnych" aspektów. Tak było w "Tudorach", gdzie fryzury aktorów zachowywały swój współczesny charakter, a ówczesna moda była zmieniana tak, by spod rozchełstanej koszuli mogła wyzierać pięknie wyrzeźbiona męska klata. Tutaj jakby nikt w ogóle nie zwracał na takie rzeczy uwagi. Przez to Zoroaster - kolejny wyluzowany Włoch z mocnym brytyjskim akcentem - świeci nam szeroką i owłosioną piersią w każdej scenie, zwykle nonszalancko opierając się o coś, zupełnie jakby pozował. Nie na miejscu są klapy w kurtkach i prawie wszystkie stylizacje Lucrezii. Ale nie tylko stroje są tutaj problemem. Wprawne oko wypatrzy także elementy scenografii, a nawet budynki (!), które nie pasują zupełnie do czasów, w których żył twórca Mony Lisy.

Ale skoro ujęcia rzymskich miast wyglądają, jak pierwsze komputerowe szkice z "Assassin's Creed 2", to może nie oczekujmy, że "fachowi fachowcy" zwracali uwagę na to, czy dany budynek jest z wieku XIII czy XVII? Nie ma i nie będzie chyba ujęcia z planu ogólnego w tym serialu, w którym green screen nie będzie raził w oczy.

Jeśli brzmi to wszystko jak czepianie się szczegółów, to nic na to nie poradzę. W serialach kostiumowych liczę na klimat epoki, który został w tym przypadku zagubiony gdzieś pomiędzy slow-motion i fryzurami na żel.

Chciałabym zobaczyć więcej prawdziwej pracy Leonarda nad wynalazkami. Nad działem, które zostało u niego zamówione przez Lorenzo Medici, podobno to przecież poważne zadanie. Skoro, nie szczędząc nam szczegółów, potrafią pokazać nam proces śledzenia drogi ściganego Żyda, łącznie z animacją komputerową i szkicem biblioteki, to mogliby zwrócić uwagę na to jak Leonardo projektował i budował prototyp armaty. I co zrobił źle, że pierwsza prezentacja skończyła się niekontrolowanym wybuchem. Tak samo my czasami próbujemy naprawić coś samodzielnie i po poruszeniu kilku części stwierdzamy, że już jest wszystko ok. Tylko co poruszyliśmy, że znowu zaczęło działać?

Ale zostało mi to odebrane, by pokazać knucie i spiskowanie tak wtórne, że nawet nie nudzi, tylko wkurza. Żeby zaprezentować mi kolejnego bogatego dupka, który musiał zostać ubrany i zafarbowany na czarno, by tylko pokazać, że jest złym krewnym złego papieża i będzie przez cały serial robił złe rzeczy. Żeby wprowadzić kobietę szpiega i uznać, że będzie to dla wszystkich niesamowite zaskoczenie. No i żeby tym razem pokazywać całą masę gołych męskich pośladków.

Luźna interpretacja luźną interpretacją, ale come on. Nie da się oglądać serialu, w którego produkcję i reklamę wpakowano całkiem niezły budżet (poza efektami, j.w.), przy którym człowiek krzywi się właściwie od pierwszej minuty.

poniedziałek, 18 marca 2013

Cancelled, pt 4: Firefly



Joss Whedon ma talent i niespożyte pokłady kreatywności. Każdy, kto kiedyś oglądał "Buffy - postrach wampirów" może o tym poświadczyć. Każdy, kto z wypiekami na twarzy czekał na premierę "The Avengers", przyklaśnie temu stwierdzeniu.

Jednak między jednym, a drugim, zdarzyło mu się kilka potknięć, a za największy z nich niektórzy uznają anulowanie "Firefly". Intencje były dobre, pomysł też. Niestety, jednosezonowa opowieść o załodze statku przemytniczego padła ofiarą syndromu, który spokojnie można nazwać "oż ty, dzwonek i po ptakach". Bo tak, serial uzyskał miano kultowego, ale problem leży w tym, że część swoich zagorzałych fanów zyskał długo po zdjęciu z anteny i decyzji stacji o zaprzestaniu produkcji. Swoją popularność sci-fi z kowbojami w tle zawdzięcza w dużej mierze przekazywanym z ust fanów w uszy ciekawskich słowom polecenia.

Czy warto zatem im wierzyć?

Nasi bohaterowie, dzielna załoga statku przemytniczego "Serenity", walczyli w wojnie domowej, która trawiła Stany Zjedoczone w XXVI wieku. I - tu nowość - była po tej przegranej stronie. Gdy działania wojenne dobiegły końca, byli żołnierze, najemnicy i poszukiwani przez prawo (jeden doktor i jego utalentowana siostrzyczka), musieli znaleźć sobie nową drogę w nowym świecie. Balansując na granicy dostępnego ludziom przyszłości kosmosu i ryzykując spotkania z innymi wyjętymi spod prawa i siłami porządkowymi Nowej Władzy.

Whedon umieścił w serialu cudowne dziecko, które przemienia się stopniowo z dzikiej bohaterki "Nell" w tego łysego chłopca z "Matrixa", który wyginał łyżeczki. Młoda River (znana z "Kronik Sary Connor" Summer Glau) czyta w myślach, ma prorocze sny i słyszy głosy. A Whedon dzięki niej mógł pójść na łatwiznę z ekspozycją. Poczęstował nas też jednym z największych standardów romansowych w historii. Bo jeśli umieszczasz w serialu dziwkę z sercem ze złota, to na pewno opryskliwy kapitan (sławny pisarz Richard Castle - tfu!, znaczy Nathan Fillon) zakocha się w niej, ale słowa nie powie, tylko będzie markotniał przy każdym kliencie, aż w końcu wyzwie jednego na pojedynek. Ona za to zakocha się z wzajemnością, ale także nie piśnie, prędzej ucieknie, by uniknąć konfrontacji. I tak będą na zmianę złośliwi i rozmaśleni względem siebie, a widza szlag jasny będzie trafiał na myśl, że nie jest to problem, który da się rozwiązać w jeden czy dwa epizody. Nigdy nie jest.

Ale bez obaw, na pokładzie Serenity spotkamy innych, o wiele ciekawszych i milszych do oglądania bohaterów. Nawet, jeśli komuś nie odpowiada zamiłowanie Kaylee do sukienek w falbanki, a Jayne (Adam Baldwin, ale nie z tych Baldwinów) wydaje się zbyt porywczy. Wszyscy dali jeszcze popis w pełnometrażowym "Serenity", który zafundowano fanom na otarcie łez trzy lata później.

Z perspektywy dzisiejszych wysokobudżetowych produkcji, także serialowych, i dopracowanych efektów specjalnych (dzisiaj nie wystarczy w serialu sci-fi owinąć domu folia aluminiową) "Firefly" może nie wydaje się czymś spektakularnym, w końcu minęło już od premiery trochę czasu, ale wart jest zobaczenia. Ot, dla ciekawości.

A teraz, na fali popularności portalu kickstarter.com (i akcji z "Veronicą Mars"), niespełniony serial Whedona może dostać swoją drugą szansę. Determinacja fandomów jest w końcu wielka i niewykorzystana.

Ach, jeszcze pytanie na bonus: w ilu produkcjach w kosmosie naprawdę nie ma dźwięku? :)

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Raising Hope, recap


Przed kolejnym odcinkiem "Gry o tron" pragnę na szybko zrobić podsumowanie kilku minionych odcinków "Raising Hope", o którym pisałam już wcześniej. 

Mieliśmy w ostatnich tygodniach i odcinkach przekrój przez: mini-wersję niedawnych wydarzeń ("Occupy Natesville"), a co za tym idzie gościnny występ Katy Perry, stratę Porkchestera, wieczór wspomnień w wykonaniu Maw Maw, udzielanie się rodziny Chance'ów dla dobra społeczności i tresowanie świni, czy pani burmistrz problemy z zawodem miłosnym. To jedne z kilku motywów. Resztę przemilczę, co za dużo spoilerów, to niezdrowo.

Moim ulubionym motywem była Maw Maw i jej wspomnienia związane z mężem. Fakt, opierało się to na wrażeniu, że zmarłego męża widzi w swoim prawnuku i że non-stop (od pierwszego odcinka właściwie) próbuje go pocałować. I tak, jest to trochę chore, tym bardziej, kiedy Jimmy zdaje sobie sprawę, że za buziaka raz na godzinę i kilka staromodnych powiedzonek dostanie drinka, pyszny obiad i masaż stóp. Ale czy to do końca dziwi w tym domu? Na całe szczęście, końcówka rewanżuje coś wszystkim, Maw Maw dostaje swoją rocznicę, a Jimmy rehabilituje się przed Sabriną za obściskiwanie prababci. Nadal brzmi dziwnie? Cóż, to ludzie, którzy dziurawią sobie kondomy, szantażują władze miasta, pozwalają dzieciom zjadać szkodliwą farbę z zabawek albo mówić sobie, żeby spieprzali. Ale mimo tego wszystkiego i tak ich lubimy.

Burt w roli Charliego Browna zajmuje drugie, mocne miejsce.

Właśnie zobaczyłam pierwszy fragment jutrzejszego odcinka i dostałam gęsiej skórki. Główny motyw odcinka, to program telewizyjny "Inside Probe" o seryjnej morderczyni, która jest równocześnie matką Hope. Czego można się domyślić, w "My Name Is Earl" również pojawił się ten program, i były to jedne z najsłabszych odcinków całego serialu. Więc czemu nie rzucić tego samego starego kotleta do drugiego sezonu świetnego serialu z oryginalnym pomysłem. 

Najgorsze jest jednak to, że minęło niewiele czasu od mojego wypominania Garcii jego lekko niepokojący sentyment do "My Name is Earl", a tu pojawił się motyw narracji. Nie chcę pocieszać się, że pojawia się głównie na końcu odcinka, bo jeszcze skończy się tak, że będzie pojawiał się we wszystkich. Nie trzeba było głosu Jimmy'ego z offu, by docenić scenę tego, jak z malutką córką na kolanach ogląda zza szyby Lucy na krześle elektrycznym. Sam fakt, że to egzekucja, jego mina i gesty spokojnie wystarczyły.

Może czepiam się niepotrzebnie, ale mam jedynie nadzieję, że nie pojawi się tyle motywów wyjętych z Earla, bym mogła zrezygnować z oglądania poczynań Chance'ów.

czwartek, 23 lutego 2012

Raising Hope


Wyjeżdżasz wieczorem po lody do sklepu, by kilkanaście miesięcy później skończyć z dzieckiem seryjnej morderczyni, które musisz wychowywać w domu zgarniętym przez twoich dosyć młodych rodziców od chorej na demencję prababci. Twój kuzyn śpi w namiocie w pralni, a potem opuszcza was bez słowa, żeby wstąpić do sekty i dzielić jedną żonę z trzema innymi facetami. Brzmi ciekawie?

Oto kolejny serial o tej biednej, średnio-inteligentnej części amerykańskiego społeczeństwa, którzy sprawiają mi wielką radość. Bo najbardziej lubię tych, co mieszkają w małych miasteczkach, a nie w Nowym Jorku, co obiad odgrzewają sobie na styropianie w mikrofalówce, zamiast jeść go w eleganckiej restauracji, i gromadzą wszystko to, co inni wyrzucili, bo przecież jeszcze może się przydać.

Że w roli Maw Maw (Amerykanie mają naprawdę dziwne określenia zamiast tradycyjnej "babci") sprawdza się idealnie Cloris Leachman, można było przeczuwać. Ale że w roli Burta - ojca, dziadka i "biznesmena" - sprawdzi się Garret Dillahunt, to niekoniecznie bym podejrzewała. Etatowy skurwysyn, gwałciciel, morderca i rabuś nagle ma problemy ze znajdowaniem rachunków i segregowaniem ich na miesiące, a jego ulubione śniadanie to kółeczka zbożowe wyjadane wspólnie z wnuczką z tej samej miseczki. Wiedziałam, że obdarzę go niekończącą się sympatią już od pierwszego odcinka. Trudno mi opisać dlaczego, ale pierwsze dwie sceny z jego udziałem trzeba po prostu zobaczyć, żeby zrozumieć o co mi chodzi. Jedyne, czego mogę się doczepić, to love interest, Sabrina. Z drugiej jednak strony, przy tak mocno obsadzonej rodzinie Chance'ów (Martha Plimpton jest niesamowita, dziękuję za uwagę), biedna Shannon Woodward wypada troszkę blado. Albo po prostu jej nie lubię?

Widać, że Greg Garcia nadal nie może pogodzić się z anulowaniem "My Name is Earl". Nie dziwię mu się, szczerze mówiąc. "Raising Hope" pełna jest odniesień do poprzedniego hitu Garcii. Bo trudno mi uwierzyć, że po prostu postanowił używać tej samej niemal formuły. Zaczynając od gościnnych występów Jasona Lee, Jaime Pressly czy Ethana Suplee (ci ostatni grają małżeństwo, kto by przypuszczał?), aż po używanie loga firmy Chubby'ego czy pojawienie się Patty Dziennej Prostytutki. I chociaż sprawia mi radość odnajdowanie earlowych smaczków, tak kalkowanie odcinków już nie. Problemy z hazadrem i grupy terapeutyczne, rzucanie palenia, przepuszczanie ciężko uzbieranych pieniędzy, dziwny talent-show z przebrzmiałą gwiazdą, wszystko to już gdzieś widziałam. Ale kiedy rodzina Chance'ów boryka się z oryginalnymi problemami, to zawsze ekstremalnie. Kiedy nabawiają się fobii na punkcie zarazków i eksmitują Maw Maw do szklarni, bo w ultrafiolecie wygląda, jak Nicki Minaj w klipie do "Super Bass". Lub retrospekcje, w których Jimmy zafascynowany był mroczną stroną życia ("Nie jestem Jimmy! Jestem Drakkar Noir!"). 

Moje obiekcje co do powyższego akapitu można usprawiedliwić chyba jedynie tym, że "My Name is Earl" przerobiłam kilkakrotnie. I po prostu widzę i wiem. To trochę tak, jak porównywanie "Przyjaciół" i "How I Met Your Mother"  po odkryciu, że męskie wzorce bohaterów pokrywają się prawie w 100%. Można spokojnie oglądać całe sezony nawet z tą świadomością i bawić się równie dobrze.

No i Hope jest najsłodszą dziewczynką na świecie. 
Całe szczęście, że Jimmy zmienił jej imię.

PS.
Piotrek, dzięki za polecenie. ;)

środa, 14 grudnia 2011

"Przed" pana Coopera. Kitchen Confidential


Każdy aktor ma w dorobku coś, co uczyniło go troszkę bardziej rozpoznawalnym, nim przydarzyło mu się coś, co zrobiło z niego gwiazdę. "Przed" Bradley'a Coopera nosi tytuł "Kitchen Confidential" i, niestety, liczy sobie tylko jeden sezon. Pomysł oparty jest na książce Anthony'ego Bourdaina, jednego z najlepszych szefów kuchni na świecie, który jest także pierwowzorem głównego bohatera - Jacka.

To opowieść o utalentowanym szefie kuchni, który łącznie z talentem pielęgnuje zamiłowanie do wódy, kobiet, awantur i nielegalnych używek. Przez kompilację tych czterech składników jego akcje mocno spadają, musi zatem chwycić się ryzykownej roboty w nowo otwieranej restauracji, żeby wyjść na prostą i na nowo zyskać sobie przychylność nowojorskiego świata kucharzy i restauratorów. A pomaga mu w tym niesamowity entourage: między innymi Cromartie z ostatniego "Terminatora", Xander z "Buffy", pan Sulu z nowego "Star Treka" i dr Sweets z "Kości". Każdy z nich jest indywidualistą, każdy z nich pracował wcześniej z Jackiem i nie boi się powiedzieć mu, co myśli, a to skutkuje konfliktami napędzającymi fabułę.

Serial ma jeden z lepszych pilotów, jakie kiedykolwiek oglądałam. Wszystko jest odpowiednio przedstawione, nie dłuży się, ale też nie rzuca nas od razu w "tu i teraz", tylko tłumaczy, że to z własnej winy bohater znalazł się w takim, a nie innym położeniu. Świetny montaż, narracja Coopera w tle, bezkompromisowe podejście do tematu. No i pokazanie restauracji od tej drugiej strony. Ale trochę inaczej, niż w głupich komediach spod znaku Dane'a Cooka i jemu podobnych.

A jaki był powód mojego zainteresowania tym serialem?
ŻARCIE! To serial o przygotowywaniu, podawaniu i konsumowaniu ŻARCIA.
Oczywiście, jest też o ludziach, którzy się tym zajmują i o ich życiu, problemach, o dosyć ciężkiej, muszę to powiedzieć, pracy w restauracji. Ale głównym powodem, dla którego zaczęłam go oglądać było jedzenie. Dzięki temu jednak odkryłam niezły serial. Do polecenia nie tylko fanom Bradley'a, czy dobrej kuchni.

PS.
Polski tytuł brzmi "Kill Grill". Yay, polska szkoła tłumaczeń!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...