Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CBS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CBS. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 października 2013

Pora na reklamy: The Crazy Ones


David E. Kelley z przełomu XX i XXI wieku to był gość - to on stworzył hitowy serial "Ally McBeal" oraz niemniej popularny "Boston Public". Robin Williams też miewał się wtedy świetnie: nadal grywał w dobrych filmach, równocześnie odnosząc sukcesy jako komik standupowy. Także Sarah Michelle Gellar należała do najgorętszych ówczesnych nazwisk. Jej tytułową rolę w "Buffy" wszyscy nadal świetnie pamiętają, a niektórzy uważają za kultową.

Ta właśnie trójka, mając już swoje dobre chwile za sobą, spotkała się na planie "The Crazy Ones" - serialu o ojcu i córce, którzy prowadzą agencję reklamową, opierając się na jego "legendzie" i jej...  ogarnięciu? I chociaż wydaje się, że ich agencja reklamowa jest duża i ma świetną renomę, to wszystkimi projektami zajmuje się pięć osób. Nie znam się wybitnie na kulisach świata reklamy, ale to chyba nie tak ma wyglądać. Na pewno jednak daje wiele okazji do żartów i śmiesznych sytuacji, które wynikają z konfrontacji głównych bohaterów z klientami wszelkiej maści.

A to, czy wszystkie wychodzą zabawnie, to inna sprawa. Product placement za to jest bez zarzutu - nikt nie fatygował się stwarzać jakieś fikcyjne marki, tylko w pilocie wywalił nam jednego fastfoodowego giganta. W dzisiejszych czasach nie jest to żadna nowość - za zabiegami mniej lub bardziej subtelnego przedstawienia czyjegoś loga idą grube pieniądze.

Robin Williams ma tę rzadko spotykaną cechę: równocześnie potrafi być niezwykle zabawny i okropnie irytujący. Dodatkowo, reżyserzy mają tendencję do puszczania go "samopas", co może wypadło dobrze w disneyowskim "Aladdynie" czy komediach z lat 90., jednak nie zawsze się sprawdza. W "Crazy Ones" w rekordowo szybkim czasie zaczyna irytować, głównie ze względu na to, że jego bohater sprawia wrażenie wiecznie rozproszonego, żyjącego w kompletnym chaosie dziwaka. Wszystkie jego kawały i parodie gdzieś już słyszeliśmy. Williams, jeden z moich ulubionych komików ever, stara się wszędzie robić stand-up, zamiast włożyć coś w swoją postać. Facet zgarnął statuetkę Oscara, jego nazwisko ma ciągnąć ten serial w ramówce, więc chociaż raz na jakiś czas powinien się postarać! Dobrze, że chociaż Sarah Michelle Gellar się stara - równocześnie pokazując nam swoją bardziej komediową stronę.

Niemniej jednak, podobnie jak sytuacja ma się z "2 Broke Girls" i tym kiedy Max przekroczy wszelkie granice obrażania klientów, chyba zostanę jeszcze przy tym serialu i zobaczę, jak (i czy) rozwijają się bohaterowie, jak pojawiają się nowe twarze i nowe problemy do rozwiązania. I jak szybko Robin Williams zacznie udawać Johna Wayne'a lub Rodney'a Dangerfielda.

niedziela, 29 września 2013

HIMYM 9x01: The Locket


Jest! To, na co wszyscy czekaliśmy. "Jak poznałem waszą matkę" wkroczył właśnie w ostatnią fazę - Matkę już poznaliśmy, Matka zdążyła zaznajomić się z jedną z głównych bohaterek. Teraz trzeba tylko przetrwać Teda będącego klasycznym Tedem Mosbym i możemy kończyć całość.

Bo właśnie ten Ted Mosby to najsłabszy punkt całego serialu - co jest dużą wadą, biorąc pod uwagę, że tak właściwie to jest głównym jego bohaterem. Reszta, jak już pisałam wcześniej, może i przestała być śmieszna, ale nadal są postaciami z prawdziwym charakterem. Ted owego raczej nie posiada i nie wydaje mi się, żeby nagle, po ośmiu sezonach, miał mu wyrosnąć przez noc, jakby był zrobiony z bambusa.

Dodatkowo, czy ostatnie dziwne zachowanie w stosunku do ślubu Barney'a i Robin nie rzuca długiego cienia na jego przyszłe życie z Matką, na które tak wszyscy czekamy? Ted nie tyle znowu zaczął czuć coś do panny Schrebatsky, ile najpewniej nigdy nie przestał. Dziewiąty sezon zepsuto już pod koniec ósmego - kiedy to właśnie Ted przyszedł do parku  pomóc Robin w poszukiwaniach naszyjnika. Nie można traktować ledwo co rozpoczętego sezonu jako idealnego, romantycznego zakończenia całej historii (ślub, pojawienie się Matki i to, że Marshall w końcu powie Lilly o pracy sędziego, a ona będzie zachwycona), kiedy wisi nad nim widmo tego, że "każdy ma swoją Robin" (na pewno trafiliście gdzieś w necie na ten cytat) i może Matka jest tylko jakimś tam zastępstwem, bo Ted jest już nieco zdesperowany. Nagle zaczyna wydawać się, że Mosby opowiada swoim nastoletnim dzieciom historię swojego nieszczęśliwego, zastępczego małżeństwa.

Nie wiem, czy jest sens opisywania gościnnego występu świetnej Sherri Sheperd. Czy o pojawieniu się Wayne'a Brady'ego, który pojawia się tam zdecydowanie za rzadko. Ta sytuacja z Tedem i Robin jest zbyt frustrująca, by ja zostawić w spokoju. A skoro cały dziewiąty sezon będzie opierał się na wydarzeniach z poprzedzającego ślub weekendu, to na kilka słów o pani Sheperd będziemy mieli jeszcze kilka okazji.

Oczywiście, po cichu liczę na to, że kompletnie się mylę. Że wszystkie związki Teda (Robin included), przy rodzeniu się miłości do Matki, wypadną blado. Bo jeśli okaże się inaczej, to wszyscy zmarnowaliśmy niesamowicie dużo czasu.

wtorek, 21 maja 2013

2 Broke Girls and the Window of Opportunity


Dwie spłukane dziewczyny odrobinę mnie zaskoczyły.

Może nie od razu poprawą poziomu humoru, ale faktem, że po spotkaniu z Marthą Stewart w finale poprzedniego sezonu nie było dziewczynom wcale tak kolorowo, jak sobie wymarzyły.  Oczywiście - pomijając całkiem niezłe warunki mieszkaniowe, stałą pracę, masę pomagających im ludzi - znów zostały "spłukane" gdy ich sklepik z muffinkami stał się nierentowny.

Zastanawiam się czy to nie stanie się standardowym motywem - nowy sezon to początek nowego biznesu, stworzonego dzięki pomocy "dobrej wróżki" - wcześniej Sophie, a Han w nowych odcinkach, bo jest właścicielem zagraconego pokoju, na który dziewczyny ostrzą sobie teraz pazury. I kiedy słabo radzący sobie sklep upadnie, wrócą do stałej pracy, gdzie będą się obijać, obrażać klientów i śmiać ze swojego szefa i współpracowników. A potem powtórki z rozrywki, dopóki będzie producent z pieniędzmi, a stacja będzie chciała serial emitować.

A w międzyczasie nadal będą raczyć nas humorem spod znaku chorób wenerycznych, półnagiego ukraińskiego kucharza, nielegalnych używek i patologicznego dzieciństwa. Dorzucą do tego też niezręczne motywy z nowymi (lub starymi) love-interests. W końcu Candy Andy wykruszył się, wbrew moim oczekiwaniom, dość szybko. I to wszystko miksowane będzie z kilkoma gościnnymi występami oraz nie do końca przekonującymi popisami Kat i Beth (mam wrażenie jakby czasami nie starały się zbyt mocno).

To już oficjalne: Caroline trafiła na listę najbardziej irytujących bohaterek sit-comów. Jej dwuletnie już narzekanie na zaniżone warunki życia, obsesja na punkcie "biznesu życia", wsadzanie nosa w nieswoje sprawy (co, jak wiemy, zawsze wychodzi wszystkim na dobre), a nawet jej głos i sposób poruszania - wszystko to sprawia, że ma się ochotę zrobić jej krzywdę, szczególnie jeśli jeszcze raz wypowie "cupcake business". Zasługuje na to, by wsadzić ją wraz z Sheldonem Cooperem do jednej kapsuły ratunkowej i wystrzelić na Księżyc.

Napisałam w poprzedniej notce o 2BG, że dzięki sprawie z Marthą S. jest materiał na kolejne sezony, ale nie chciałabym żeby był to ten sam materiał na wszystkie sezony. Chyba jednak lubię ten serial, ale dlaczego? Nieważne, przestałam już się zastanawiać.

niedziela, 19 maja 2013

No more Twinkies: Zombieland, pilot


Natknęłam się dzisiaj na informację, że serialowa wersja dalszej historii bohaterów "Zombieland", została anulowana po słabym odbiorze pilota. Zaintrygowana musiałam - oczywiście! - sprawdzić, czy ktoś, tak jak w przypadku "Mockingbird Lane", się nie pomylił. Okazało się jednak, że widzowie mieli rację i stało się to jasne już po pierwszych kilku minutach.

Zamiast boczyć się teraz na negatywną reakcję fanów, Rhett Reese - scenarzysta i producent (zarówno filmu, jak i serialu), powinien dwa razy przemyśleć rozpisanie tej historii. Bo jeśli musisz zastąpić Woody'ego Harrelsona facetem, którego filmografia opiera się głównie na rolach anonimowych policjantów, żołnierzy i członków gangu, to w ogóle powinieneś zrezygnować z pomysłu umieszczenia Tallahassee w serialu. Podobnie sprawa ma się z pozostałą trójką bohaterów - Columbus, Wichita i Little Rock. Podejrzewam, że pilot miałby o wiele lepsze przyjęcie, gdyby postawiono na grupę zupełnie nowych i oryginalnych postaci, umieszczonych w tym samym uniwersum. Nie byłoby problemem nawiązanie w późniejszych odcinkach do kwartetu z filmu kinowego, a zamiast zaprezentowanego nam w pilocie lenistwa moglibyśmy dostać kolejne ciekawe persony. Z bonusową możliwością dodania ich do grupy ulubionych postaci serialowych lub do listy największych twardzieli dobijających zombie (gdzie pozycja numer 1. należy do Daryla Dixona, oczywiście).

Wciskanie w słaby scenariusz motywów z filmu nie pomogło najwyraźniej, ale rozumiem, że miało pomóc w rozpoznaniu historii, skoro reprezentowały ją zupełnie nieznane twarze. Recytowanie zasad przeżycia przez serialowego Columbusa (przy którym Jesse Eisenberg jest jak John Rambo) wydawało się wymuszone, sielanka w Ikei czy podczas pokazu fajerwerków nie robiły miłego wrażenia, jeśli miało je się zestawić w ramach kontrastu z kiepskimi scenami z kiepskimi zombie. Scena otwierająca ciągnęła się w nieskończoność, ale za to w błyskawicznym tempie straciła wartość komediową. Podobnie sprawa miała się z licznikiem słowa na "w", a wulgarny język używany był chyba tylko dlatego, żeby ktoś oburzył się, że nastoletnia dziewczynka mówi "fuck". Motyw przewodni z odnajdywaniem innych ocalałych od początku był idiotyczny i leniwie zrealizowany (skoro całą robotę odpowiadała babka w call-center), a powtarzanie trzy razy tego samego schematu nie pomagało. 

Jeśli dołożyć do tego jeszcze tanią charakteryzację, jeszcze tańsze efekty specjalne, niedociągnięcia (kto zapala teraz te wszystkie światła w Los Angeles?) i błędy logiczne, to przestaję się dziwić, że projekt okazał się porażką. Lepiej cierpliwie czekać na sequel filmu, zamiast rozmieniać się na drobne.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Big Bang Theory 6x21: The Closure Alternative


Och Sheldon, Sheldon. 

Pamiętam pierwszy sezon, kiedy jeszcze zachowywałeś się jak ten przysłowiowy nerd, a nie jak skrajny socjopata. Kiedy sam jeszcze potrafiłeś używać sarkazmu, rozmowa z Leonardem nie zawsze sprawiała ci przykrość, a teksty "jacy wy wszyscy jesteście tępi" potrafiłeś zachować dla siebie. Udawało ci się nawet powiedzieć jakiś śmieszny żart czy one-linera. 

Twoje przyzwyczajenia względem miejsca na kanapie, porannych rytuałów i pukania były odrobinę dziwne, ale jednak ujmujące. Każdy przecież ma jakieś dziwactwa - śpi z nogami zawiniętymi w kołdrę, jedzenie gryzie określoną ilość razy i nawet ma swoje ulubione miejsce siedzące w autobusie.

Teraz jesteś nie do zniesienia. Powoli to narastało, szczególnie gdy znalazłeś sobie Amy. Bo najwyraźniej nie potrafisz okazać cieplejszych uczuć nawet osobie, która wyłazi dla ciebie ze swojej dziwnej skorupy. Czemu znoszą cię jeszcze twoi jedyni przyjaciele? Nie jesteś dla nich miły, oczekujesz od nich przysług, ale nie obchodzą cię ich sprawy, a kiedy przychodzą do ciebie z problemami, otwarcie przyznajesz, że masz to gdzieś. Interakcji społecznych uczysz się z podręczników albo internetu i potrafisz zatruwać ludziom życie tak długo, aż kończysz z sądowym zakazem zbliżania się. Nie szanujesz niczyjej pracy (tutaj zarówno Amy, jak i twórcy serialu "Alphas" w scenie po napisach), bo wszyscy są zbyt mierni, by ci dorównać.

Padłeś ofiarą tego samego syndromu, który dotknął Joey'a Tribbiani z "Przyjaciół". Ktoś wziął twoją najbardziej charakterystyczną cechę, rozdmuchał ją do granic możliwości i chyba nie ma jeszcze zamiaru przestać. Joey pod koniec swojego serialu stał się kompletnym idiotą, chociaż na początku był uroczym i sprytnym kolesiem, który miał proste potrzeby, ale nie zachowywał się jak kilkuletnie dziecko. A ty, Sheldon, zostałeś egocentrycznym kutasem. 

I szkoda mi cię. I szkoda mi Amy, chociaż na początku jej nie lubiłam. I szkoda mi twojego serialu, chociaż sam z siebie przestał być już śmieszny jakiś czas temu. 

Szkoda tym bardziej że ten odcinek traktował o tym, co jest mi bardzo bliskie - pasjonowaniu się czymś i dzieleniu się tym z najbliższymi. A że akurat były to seriale, że wymieniałeś tytuły, które są mi znane, to chciałam się cieszyć bardziej. Ale jak, skoro znowu wszystko musiało skupić się na tobie i twoich irytujących dziwactwach? Penny miała coś na kształt objawienia względem swojego życia, z którego nie była do końca zadowolona. Raj w końcu odnajduje kogoś, przy kim czuje się dobrze. Te wątki jednak zupełnie straciły znaczenie, stały się tylko wypełniaczem, bo ty miałeś swoje domino i pajaca z pudełka.

poniedziałek, 26 listopada 2012

2 Broke Girls and Three Boys With Wood


No cóż.

Oglądając poprzedni odcinek myślałam, że Spłukane Dziewczyny jednak znalazły sposób by mnie rozbawić. Były to, co prawda, mało wybredne żarty o upijaniu się przed południem, wymiotach i niestosownym używaniu końcówki od prysznica, ale coś było. Kiedy czeka się na jakikolwiek przejaw humoru już drugi sezon, to wszystko podpasuje, a ty witasz to z wielką radością. Bo, naprawdę, chciałoby się w końcu powiedzieć, że któryś odcinek "2 Broke Girls" bawił przez całe dwadzieścia minut.

Ale oczywiście, do czasu. Bo ostatni odcinek niestety zatarł całe dobre wrażenie, jakie wywarł na mnie nowy bohater - Andy, właściciel sklepu ze słodyczami (nowy ulubiony kolega Max, czemu się absolutnie nie dziwię). Facet okazał się sympatyczny, wygadany i wyluzowany. Gotów był znieść publiczne upokorzenie, byle tylko umówić się z Caroline, która przed nim zdążyła popełnić już dwie gafy i mocno to przeżywała. Chociaż, spójrzmy prawdzie w oczy, przy Olegu i jego siatkowanych podkoszulkach, Andy nie był nawet odrobinę śmieszny.  I wcale nie wydawał się upokorzony.

I kiedy otrzymał szansę na pierwszą randkę, wszystko poszło w cholerę! Nie chodzi mi tylko o fakt, że spotkanie było katastrofą, bo panna Channing zrobiła z siebie kompletną kretynkę. Odcinek może miał potencjał i dobry pomysł, bo tym razem twórcy "zasadzili się" na Amiszów, ale z wykonaniem było już gorzej. Znowu we znaki dał się niedbały scenariusz, który musiał być ratowany tekstami Max, a który równocześnie kompletnie pogrążył dwóch gościnnie występujących aktorów. Panowie mogliby sobie poradzić i oddać całkiem sprawnie niewinność i zafascynowanie młodych Amiszów wielkim miastem, ale z tym, co dostali do zagrania, sobie nie poradzili.

Dodatkowo cała trójka miała jeszcze jednego, poza randką z koszmaru, ciężkiego przeciwnika - Sophie, która zachowywała się, jak żeński (i dwa razy bardziej napalony) odpowiednik swojego włochatego ukraińskiego adoratora. To zdecydowanie nie grało dobrze i nie robiło serialowi żadnej przysługi. I już nie chodzi nawet o to, że mowa tutaj o wielkiej i głośnej polskiej sprzątaczce po pięćdziesiątce, która leci na (być może) nieletnich (a na pewno) prawiczków, którzy do tej pory nie widzieli telewizora czy rozkładanego łóżka, a bąbelki w napojach chłodzących pewnie uważają za sprawkę szatana. To był motyw bardzo dziwny i za bardzo chyba podkręcony.

Równie przekombinowany, jak budowanie Kasztanowi stajni na podwórku. Serialowa intuicja mówi mi, że nikt nie będzie miał o to pretensji i nie zauważy, że przy jego budynku nagle wyrosła sporych rozmiarów drewniana konstrukcja. Ale rozumiem, że dziewczyny nie będą sobie zawracać głów żadną inspekcją budowlaną. Tak samo zresztą, jak płaceniem czynszu.

Może jednak minione dwa odcinki mogą dać jakąś nadzieję? Może okaże się, że coś ruszy i dobrych odcinków pojawi się więcej? Oby Candy Andy został na dłużej, bo to po części jego zasługa.

poniedziałek, 12 listopada 2012

HIMYM 8x05: The Autumn of Break Ups


Najwyraźniej mocno przeceniłam "How I Met Your Mother", spiesząc z zachwytami przy siódmym sezonie. Spiesząc w ogóle z pochwałą dla serialu, który od samego początku niespecjalnie mi się podobał. Czy mogę zatem odetchnąć z ulgą, że sezon ósmy poleciał poziomem na łeb na szyję?

Nic już nie jest śmieszne w tym serialu. W szczególności Barney, ale jemu udało się to trzy sezony temu (a zemsta za kanapkę była ukoronowaniem). Nic nie jest też ciekawe. Teraz już właściwie wszystko wiemy i nie możemy spodziewać się niczego nowego. Lawina powtórek już leci nam na głowy. Bo skoro Ted już wyznał jakiś czas temu miłość Robin, to teraz pora na Barney'a! Po rozstaniu z Quinn, znowu zaczyna wodzić za Robin rozmarzonym wzrokiem i wkrótce pewnie przejdziemy od nazywania jej "najlepszym kumplem i skrzydłowym" do "nie powinienem jej nigdy opuszczać". Dobrze zatem, że samą Robin wyposażyli w łatwo zbywalnego chłopaka, którego pozbędzie się na dniach. Wiemy przecież, że najlepszy team od laser-taga wróci do siebie.

Naprawdę, nawet przy serialu, do którego kompletnie straciłam zapał, wolałabym czasami być lekko zaciekawiona i poświęcić chwilę na domysły, niż wiedzieć dobrze, co się stanie, bo twórcy sami mi to pokazali. Nie wystarczy przecież im, że Ted męczy wszystkich, waląc nam głosem Boba Sageta "ha haaaa, to nie jest ich matka!", już ósmy sezon z rzędu.

Ach, wydaje się, że wieki minęły od momentu, kiedy wychwalałam Robin za jej wzruszający odcinek. Teraz jej przekolorowane kompleksy i postawa chłopczycy tylko rażą. Nawet Lily i Marshall nie bawią tak dobrze, jak kiedyś. Szczególnie udzielający damskich rad Eriksen.

Nie liczę już absolutnie na żadne zaskoczenia. Bo nawet jeśli ojciec Lily (po tym, jak okazało się, że potrafi być świetnym i godnym zaufania opiekunem) wyjedzie do Tijuany obstawiać psie wyścigi i zastawi w tym celu nerkę Marshalla, to ja nie będę zdziwiona. Jeśli po drodze Ted znajdzie sobie jakąś kolejną dziewczynę, a potem rzuci ją dla Robin, z którą po drodze prześpi się Barney, to też nie będę zaskoczona. Wzruszę ramionami, jeśli na przykład powróci Stella albo Zoe, bo któraś nie może zapomnieć o naszym kochanym, nudnym Tedzie. Ale jeśli ktoś jeszcze raz zwieje ze ślubu, to szlag mnie chyba trafi.

Przychodzi mi jeszcze do głowy teraz żarcik internetowy, w którym pada tekst Teda: "opowiem wam, jak poznałem waszą mamę, ale po tym, jak powiem kto i ile razy obracał ciocię Robin". Uważam, że wart jest przypomnienia.

niedziela, 21 października 2012

Śliczna ona, "brzydki" on: Beauty and the Beast


Trudno już liczyć wszelkie wersje i wariacje na temat historii Pięknej i Bestii. Kino, telewizja, literatura wałkuje ten motyw od czasu powstania oryginału - francuskiej baśni ludowej. Temat był już tak wyeksploatowany i tak często powtarzany (ostatnio w filmie "Beastly" z 2011 roku), że trudno byłoby wyobrazić sobie zupełnie nowe podejście do niego. Dlatego The CW postanowiło sięgnąć po jedną z bardziej współczesnych wersji: serial zrobiony przez CBS w 1987 roku. I zrobić go po swojemu, czyli jako serial o problemach pięknych ludzi.

Jeśli porównamy sobie te dwa seriale z perspektywy dzielących je 25 lat i pewnych modnych wzorców, pojawia się ciekawy motyw. Koniec lat 80. to był czas, gdy wiele z leading ladies było prawniczkami. Dzisiaj sprawa się trochę zmieniła i na topie są przedstawicielki służb porządkowych - najczęściej panie detektyw, komisarz, itp. Wzór niezależnej kobiety sukcesu musiał stać się mocniejszy. Teczka pełna akt i żakiet z poduszkami zostały zamienione na odznakę i kaburę z poręcznym pistoletem. Twardsza może być już tylko kobieta-komandos. I zapewne grana będzie przez Michelle Rodriguez (chociaż moją all time favourite będzie Vasquez z drugiej części "Obcego"). 

Catherine Chandler została policjantką, by wyjaśnić zagadkę morderstwa swojej matki i ataku na nią samą. Jednak policjantką jest nieudolną i nieodpowiedzialną. Kiedy zostaje zaatakowana w metrze (i kiedy znowu pomaga jej „bestia”) i nieprzytomni napastnicy padają na tory, ona zostawia ich tam! Biorąc pod uwagę, że chwilę później sama zostaje uratowana przed śmiercią pod kołami przejeżdżającego tamtędy metra, oni nie mieli tyle szczęścia. Zamiast odprowadzić ich do aresztu i postawić zarzuty (na komisariacie, w którym pracują tylko młodzi i piękni), woli pogonić za kimś, do kogo i tak by się wybrała. Przez cały odcinek popełnia proceduralne błędy i nie ponosi za to konsekwencji. Kristin Kreuk nie zostanie raczej wzorem twardej babki, jak było to w przypadku Lindy Hamilton. Jej rola w „Beauty and the Beast” to w pewien sposób powtórka Lany Lane z „Tajemnic Smallville”.

Nowa wersja historii najsławniejszego przykładu syndromu sztokholmskiego to teraz serial kryminalno-proceduralny, z odwiedzinami w kostnicy, raportami policyjnymi i agentami specjalnymi w garniturach, którzy wtykają nosy tam, gdzie nie powinni. Jest też, oczywiście, współpracownik ewidentnie zakochany w głównej bohaterce. Nie będący raczej konkurencją dla Bestii, ale o tym później. I wygląda na to, że na tym się skończy. Trudno będzie wcisnąć tutaj wątki poboczne. Wcześniejszy serial zawierał wątek społeczności żyjącej w (wizualnie powalających) tunelach pod Nowym Jorkiem, z którymi Catherine utrzymywała kontakt przez Vincenta. Nowy serial ograbił nas z baśniowości i tajemnicy innej niż ta, kto jest mordercą.

Linda Hamilton i Ron Perlman w serialu CBS (1987)
Bestię też dotknęły zmiany. I to właśnie jest największy problem tego serialu. Tym razem romantyczną historię o klątwie i nauczce zmieniono na eksperyment naukowy rodem z komiksów (pierwsze moje skojarzenie: Wolverine). Vincent Keller zdążył też zostać lekarzem z fizjonomią modela. W przeciwieństwie do swojego serialowego pierwowzoru (Ron Perlman, ulubieniec wszystkich hollywoodzkich charakteryzatorów, m.in. Ricka Bakera) nie zmagał się od urodzenia z uprzedzeniami i odrzuceniem związanymi ze swoim wyglądem i innością. Nawet teraz może być częścią społeczeństwa, bo chociaż upozorował własną śmierć, to gdzieś na pewno może pokazać się w świetle dnia. W przeciwieństwie do mężczyzny o twarzy zwierzęcia, który swoją dobrocią i szlachetnością (nawet jeśli czasami mocno przesadzoną) zdobył serce ukochanej. Przez to historia traci na mocy. Po co całe to gadanie o odnajdywaniu wewnętrznego piękna, o sile charakteru i tym, że pozory mylą, skoro "bestia" ma twarz amanta, poznaczoną dodatkowo kozacką blizną? Morał o wartościach ducha, a nie ciała, towarzyszył tej historii przez długie lata, od samych korzeni. Teraz jednak padł ofiarą mody na młodych i pięknych. Szkoda.

Wersja z lat 80. ma w sobie mnóstwo łatwo dezaktualizujących się cech, które tamtą epokę czynią dla nas lekko obciachowymi. Uważam jednak, że warto zapoznać się z nią, nie tylko po to, by ocenić to, na czym wzorowali się twórcy tegorocznej produkcji. To ciekawy serial, pozwalający docenić nie tylko inne spojrzenie na bajkę o Pięknej i Bestii, ale też obsadę (szczególnie tytułowy duet), pomysłowość - a co za tym idzie konfrontację nowoczesnego wielkiego miasta z życiem pod jego powierzchnią - ale też kostiumy, scenografię czy tradycyjne efekty specjalne. Szczególnie za tymi ostatnimi można zatęsknić ostatnimi czasy. Po kiepskich komputerowych stworach w "Grimm" charakteryzacja Rona Perlmana sprzed dwudziestu kilku lat robi wrażenie.

P.S. Czy w kimś ten serial też budzi dziwną podświadomą nostalgię? Bo ja na przykład pamiętam Vincenta z dawien dawna i zastanawiam się, czy leciał gdzieś w polskiej telewizji kiedy byłam dzieckiem...

sobota, 14 stycznia 2012

Big Bang Theory 5x12: The Shiny Trinket Maneuver


Zwykle po dłuższej przerwie czeka się z niecierpliwością na kolejny odcinek jednego z ulubionych seriali, więc tak właśnie powinnam czekać na kolejną odsłonę BBT. Od pierwszego sezonu polubiłam tę produkcję. Oglądam adaptacje komiksów, lubię sci-fi i fantasy, jestem wielką fanką "Gwiezdnych wojen" i Tolkiena, mam kilka figurek z filmów oraz postać w WoW. Jedyny problem, że nie jestem ścisłowcem. Ale i z tym, jak mógłby mi się ten serial nie spodobać? No i ciekawa jestem Sheldona, ale to chyba jak każdy, kto oglądnął Big Bang chociaż raz.

A jednak, najnowsza odsłona śmignął mi nadspodziewanie szybko i bez większych emocji. W sumie, działo się to, co zawsze. Pojawiał się Sheldon i za pomocą kilku wymyślnych słów opisał proces swojej porannej fizjologii, a potem skonfrontował swój brak obycia społecznego z Penny, która musiała prowadzić go za rączkę przez ciemny i groźny świat rozwijania związku z Amy Farrah Fowler. Gdzieś pomiędzy wplatają wątek Wolowitza i Bernadette, który powinien wydać się czymś poważniejszym, ale jakoś nie jest. W tle słychać matkę Howarda, więc przynajmniej tu jest śmiesznie. Chociaż mam wrażenie, że dopiero niedawno opowieści o jej tuszy zaczęły równać się tym o teściowej Ala Bundy'ego. Wcześniej chyba nie była tak spektakularna. Mogłaby wkroczyć gdzieś po drodze pani Cooper, która jest moja zdecydowanie ulubioną postacią. Liczę na jej obecność jakoś niedługo.

Z początku pomysł z wprowadzeniem panny Fowler wydał mi się świetny. Zawierał w sobie dwa niezłe elementy - Sheldon na portalu randkowym i fakt, że istnieje na świecie ktoś taki, jak on. Że jest to w ogóle możliwe! Ale im dalej to się ciągnęło i im bardziej robili z niej tę, która próbuje dopasować się do bardziej wyluzowanej części ekipy, tym bardziej wydawała mi się zbędna i naciągana. 

Poprzednie sezony opierały się na schemacie Penny-Leonard, co było o wiele ciekawsze, bo zderzało ze sobą dwa różne światy i pozostawiało wszystko i wszystkich w zupełnie innym stanie (umowę lokatorską na przykład). Czasami chciałoby się powiedzieć "w zgliszczach". A teraz mamy męską i damską wersję tego samego, dosyć trudnego w obejściu, charakteru i kompletny brak chemii. A może ta chemia jest, tylko chodzi o to, jak bardzo niepotrzebnym charakterem jest dla mnie Amy...

 Jak by nie było, zgadzam się z opinią, że Shamy to lepsza love story niż "Twilight".

środa, 4 stycznia 2012

How I Met Your Mother 7x13: Tailgate


Nowy Rok to nowe odcinki ulubionych produkcji, w tym mojego czarnego konia - "How I Met Your Mother". Chociaż mało co przebije odcinek z Robin jako narratorem (narratorką?) i tu żarty lekko oklapły, to nadal uważam, że warto było oglądnąć.

Sylwestrowa noc to dla Robin kolejna porcja stresu, dla Lily i Marshalla kolejna lekcja cierpliwości i zrozumienia siebie nawzajem, a dla Teda kolejne "chciałem dobrze i ambitnie, wyszło jak zawsze". W tym, oczywiście, towarzyszy mu Barney, który ma dodatkowo drugi priorytet - przelecieć kogo się da!

To jeden z takich seriali, który świetnie sobie radzi z retrospekcjami. Często nawet cały odcinek opiera się na minionych wydarzeniach i, tak jak tutaj, nie ma w tym najmniejszego zgrzytu. Wszystko do siebie pasuje i przeplata w odpowiednim tempie. Nawet przerywanie opowieści jest pokazane, kiedy Robin trzykrotnie łomocze do drzwi, bo jakiś facet zagaduje Marshalla o hamburgera. Tym razem wspominki odbywają się na cmentarzu, gdzie Marshall próbuje spędzić trochę czasu ze swoim zmarłym ojcem. Przy piwie, grillu i meczu footballu amerykańskiego, zakłócanego nie tylko przez żałobników z odbywającego się pogrzebu, ale też przez pozostałych braci Eriksen.

Muszę chyba przetasować listę ulubionych charakterów. Na pierwszym miejscu nadal remis, Marshmallow i Lilypad, na drugie miejsce po ostatnim odcinku wskoczyła Robin, którą wcześniej specjalnie się nie przejmowałam. Trzecie miejsce rezerwuję dla Teda, bo chociaż jest nudziarzem, to nie wkurza mnie tak, jak Barney Stinson. Najlepszy Garnitur w Nowym Jorku już pod koniec poprzedniego sezonu wydawał mi się za bardzo na siłę. Wtrącanie wszędzie "przelecę mnóstwo pijanych lasek", jakby zacięła mu się płyta, szarpie moje nerwy szybciej, niż Lily irytowało czytanie na głos "Tajemniczych historii" nienarodzonemu dziecku. Nawet całkiem zgrabnej piosenki o wymarzonym barze, Puzzles, nie ominął, dodając dodatkowo, że zdarzy się to w pokoju Teda. Jeśli można doświadczyć zmęczenia materiałem, to takim materiałem jest pan Stinson. Zaraz obok Hanka Moody'ego i doktora House'a.

Jak każdy odcinek, który ma w sobie coś specjalnego, traktuje o Świętach czy właśnie Sylwestrze i Nowym Roku, ten także ma jakiś morał na koniec. Mówi, że wszyscy możemy zacząć z nową kartą 1 stycznia. Dawno niewidziany ojciec, czy ambitna dziennikarka bez możliwości awansu. Mówi też, że po pijaku ludzie rozmawiają o życiu, filozofii i literaturze, na przykładzie "Ulisessa" Jamesa Joyce'a, kiedy na trzeźwo zdarza im się częściej rzucać głupie żarty i gadać o seksie.

wtorek, 6 grudnia 2011

O "How I Met Your Mother" (7x12)


 Często zastanawiałam się, na czym polega wielki fenomen "How I Met Your Mother". Czy cały serial "ciągnie" głównie na oczekiwaniu na rzeczoną matkę? Czy chodzi o one man show, tworzone przez Barney'a, tak jak "Dwóch i pół" było serialem Charliego Sheena?

Niekoniecznie ciekawe wątki romansowe czy często na siłę wypowiadane żarty nie powstrzymały mnie jednak od oglądnięcia wszystkich poprzednich sezonów i śledzenia obecnego, siódmego. Co prawda nie dałabym rady obejrzeć powtórek, tak jak zdarza mi się z innymi sit-comami, ale przy obecnie trwającym sezonie coś się zmieniło. I to zmieniło na lepsze.

Otóż od pierwszego odcinka jestem więcej niż zaciekawiona tym, co się wydarzy! Wrażenie robią nie tylko wiążące się i przeplatające historie, czy też jakiś lepszy poziom żartów. Sytuacja między Robin i Barney'em, którzy nie tyle nie mogą, ale też nie do końca chcą się ponownie zejść. Stopniowo zmniejszające się mieszkanie Lily i Marshalla stało się moim ulubionym symbolem, zaraz obok kanapek do palenia.
A teraz, nadszedł grudzień, sezon świąteczny we wszystkich serialach komediowych, a także zagęszczenie atmosfery po informacji o ciąży Robin.

Już jakiś czas temu czytałam o pomyśle scenarzystów na zmianę narratora z Teda na Robin, o blond dziecku, które będzie słuchało jej historii. Nie mogłam za to wykombinować, jak mogliby pociągnąć dalej ten wątek. Użyłabym nawet słowa "wybrnąć", bo nie brzmiało to na łatwy motyw.

I twórcy i aktorzy jednak zaskoczyli mnie bardziej, niż mogłam się spodziewać. Robin kompletnie opanowała odcinek, reszta wydawała się tylko zapychaczami. I tym razem wydała mi się o wiele bardziej dojrzała, niż przez poprzednie sezony, kiedy była współlokatorką albo kumpelą od laser tag i palenia cygar. Słodko-gorzki smak zdominował cały odcinek, a zakończenie nawet mnie przygnębiło. Nieważne, co powiedziałby na końcu Ted, i tak będę widzieć tam tylko Robin na ławce w parku. Z jakiegoś powodu nowy smutny motyw w serialowej historii.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...