Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaley Cuoco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaley Cuoco. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 kwietnia 2013

Big Bang Theory 6x21: The Closure Alternative


Och Sheldon, Sheldon. 

Pamiętam pierwszy sezon, kiedy jeszcze zachowywałeś się jak ten przysłowiowy nerd, a nie jak skrajny socjopata. Kiedy sam jeszcze potrafiłeś używać sarkazmu, rozmowa z Leonardem nie zawsze sprawiała ci przykrość, a teksty "jacy wy wszyscy jesteście tępi" potrafiłeś zachować dla siebie. Udawało ci się nawet powiedzieć jakiś śmieszny żart czy one-linera. 

Twoje przyzwyczajenia względem miejsca na kanapie, porannych rytuałów i pukania były odrobinę dziwne, ale jednak ujmujące. Każdy przecież ma jakieś dziwactwa - śpi z nogami zawiniętymi w kołdrę, jedzenie gryzie określoną ilość razy i nawet ma swoje ulubione miejsce siedzące w autobusie.

Teraz jesteś nie do zniesienia. Powoli to narastało, szczególnie gdy znalazłeś sobie Amy. Bo najwyraźniej nie potrafisz okazać cieplejszych uczuć nawet osobie, która wyłazi dla ciebie ze swojej dziwnej skorupy. Czemu znoszą cię jeszcze twoi jedyni przyjaciele? Nie jesteś dla nich miły, oczekujesz od nich przysług, ale nie obchodzą cię ich sprawy, a kiedy przychodzą do ciebie z problemami, otwarcie przyznajesz, że masz to gdzieś. Interakcji społecznych uczysz się z podręczników albo internetu i potrafisz zatruwać ludziom życie tak długo, aż kończysz z sądowym zakazem zbliżania się. Nie szanujesz niczyjej pracy (tutaj zarówno Amy, jak i twórcy serialu "Alphas" w scenie po napisach), bo wszyscy są zbyt mierni, by ci dorównać.

Padłeś ofiarą tego samego syndromu, który dotknął Joey'a Tribbiani z "Przyjaciół". Ktoś wziął twoją najbardziej charakterystyczną cechę, rozdmuchał ją do granic możliwości i chyba nie ma jeszcze zamiaru przestać. Joey pod koniec swojego serialu stał się kompletnym idiotą, chociaż na początku był uroczym i sprytnym kolesiem, który miał proste potrzeby, ale nie zachowywał się jak kilkuletnie dziecko. A ty, Sheldon, zostałeś egocentrycznym kutasem. 

I szkoda mi cię. I szkoda mi Amy, chociaż na początku jej nie lubiłam. I szkoda mi twojego serialu, chociaż sam z siebie przestał być już śmieszny jakiś czas temu. 

Szkoda tym bardziej że ten odcinek traktował o tym, co jest mi bardzo bliskie - pasjonowaniu się czymś i dzieleniu się tym z najbliższymi. A że akurat były to seriale, że wymieniałeś tytuły, które są mi znane, to chciałam się cieszyć bardziej. Ale jak, skoro znowu wszystko musiało skupić się na tobie i twoich irytujących dziwactwach? Penny miała coś na kształt objawienia względem swojego życia, z którego nie była do końca zadowolona. Raj w końcu odnajduje kogoś, przy kim czuje się dobrze. Te wątki jednak zupełnie straciły znaczenie, stały się tylko wypełniaczem, bo ty miałeś swoje domino i pajaca z pudełka.

sobota, 14 stycznia 2012

Big Bang Theory 5x12: The Shiny Trinket Maneuver


Zwykle po dłuższej przerwie czeka się z niecierpliwością na kolejny odcinek jednego z ulubionych seriali, więc tak właśnie powinnam czekać na kolejną odsłonę BBT. Od pierwszego sezonu polubiłam tę produkcję. Oglądam adaptacje komiksów, lubię sci-fi i fantasy, jestem wielką fanką "Gwiezdnych wojen" i Tolkiena, mam kilka figurek z filmów oraz postać w WoW. Jedyny problem, że nie jestem ścisłowcem. Ale i z tym, jak mógłby mi się ten serial nie spodobać? No i ciekawa jestem Sheldona, ale to chyba jak każdy, kto oglądnął Big Bang chociaż raz.

A jednak, najnowsza odsłona śmignął mi nadspodziewanie szybko i bez większych emocji. W sumie, działo się to, co zawsze. Pojawiał się Sheldon i za pomocą kilku wymyślnych słów opisał proces swojej porannej fizjologii, a potem skonfrontował swój brak obycia społecznego z Penny, która musiała prowadzić go za rączkę przez ciemny i groźny świat rozwijania związku z Amy Farrah Fowler. Gdzieś pomiędzy wplatają wątek Wolowitza i Bernadette, który powinien wydać się czymś poważniejszym, ale jakoś nie jest. W tle słychać matkę Howarda, więc przynajmniej tu jest śmiesznie. Chociaż mam wrażenie, że dopiero niedawno opowieści o jej tuszy zaczęły równać się tym o teściowej Ala Bundy'ego. Wcześniej chyba nie była tak spektakularna. Mogłaby wkroczyć gdzieś po drodze pani Cooper, która jest moja zdecydowanie ulubioną postacią. Liczę na jej obecność jakoś niedługo.

Z początku pomysł z wprowadzeniem panny Fowler wydał mi się świetny. Zawierał w sobie dwa niezłe elementy - Sheldon na portalu randkowym i fakt, że istnieje na świecie ktoś taki, jak on. Że jest to w ogóle możliwe! Ale im dalej to się ciągnęło i im bardziej robili z niej tę, która próbuje dopasować się do bardziej wyluzowanej części ekipy, tym bardziej wydawała mi się zbędna i naciągana. 

Poprzednie sezony opierały się na schemacie Penny-Leonard, co było o wiele ciekawsze, bo zderzało ze sobą dwa różne światy i pozostawiało wszystko i wszystkich w zupełnie innym stanie (umowę lokatorską na przykład). Czasami chciałoby się powiedzieć "w zgliszczach". A teraz mamy męską i damską wersję tego samego, dosyć trudnego w obejściu, charakteru i kompletny brak chemii. A może ta chemia jest, tylko chodzi o to, jak bardzo niepotrzebnym charakterem jest dla mnie Amy...

 Jak by nie było, zgadzam się z opinią, że Shamy to lepsza love story niż "Twilight".
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...