czwartek, 19 lipca 2012
sobota, 16 czerwca 2012
Widmo Przyjaciół: Episodes
Miałam nie pisać o tym serialu. Jednak ostatni odcinek (2x06) przekonał mnie do tego. Ponieważ udowodnił bardzo smutną rzecz- po ośmiu latach od zakończenia Przyjaciół, aktorzy dalej nie mogą uwolnić się od widma tego sitcomu.
W wielu wywiadach Matt LeBlanc podkreślał, że to on najbardziej potrzebował roli we Friends. Zdarzało się, że nie miał pieniędzy na obiad. Po zakończeniu serii raczej żadne z aktorów nie mogło narzekać na brak środków do życia, jednak to przygody Joeya zdecydowano się kontynuować w bardzo, ale to bardzo nieśmiesznym serialu (który anulowano po dwóch sezonach). Mam wrażenie że przygody każdego z Friends byłyby śmieszniejsze, w końcu ile można się śmiać z głupoty Joeya?
Każdy z Przyjaciół jakoś ciągnie swoją karierę, jednak o LeBlancu przez długi czas nie było nic słychać. Ponad rok temu pojawiły się pierwsze informacje dotyczące nowego serialu, w którym ma zagrać samego siebie. Sama fabuła też zachęcała: amerykańska stacja kupuje licencję od Brytyjczyków i jak to na Hollywood przystało, zmieniają wszystko - aktorzy muszą być ładniejsi, ma być więcej seksu no i musi być gwiazda. Więc zatrudnimy Joeya. Tak zaczynają się perypetie bohaterów Episodes.
Już po pierwszym sezonie serial został doceniony zarówno w Stanach jak i na starym kontynencie. LeBlanc dostał Złotego Globa, czego nie doczekał się przez dziesięć sezonów Przyjaciół. Nagroda jak najbardziej zasłużona, bo mam wrażenie że nie każdy aktor potrafi mieć aż taki dystans do siebie. W Episodes nie raz obiektem żartów jest sama osoba Matta, jego życie prywatne które nie należy do udanych i oczywiście ciągnące się za nim How You Doin'? Nie najłatwiej jest się przyznać przed światem że może kariera nam nie do końca wyszła tak, jakbyśmy tego chcieli. Jednak LeBlanc postawił wszystko na jedną kartę i ze swoich słabości zrobił zalety.
Wracając do serialu w serialu (serialocepcja?) - okazuje się, że sama osoba Matta nie gwarantuje wysokiej oglądalności. Szef stacji sugeruje, aby aktor poprosił któregoś z Przyjaciół o gościnny występ. I tu zaczynają się schody, okazuje się, że nie utrzymuje on kontaktu z nikim z obsady, a raczej nikt z obsady nie chce utrzymywać kontaktu z nim. Przyczyna jest prosta, Matt jest kompletnym dupkiem, myślącym tylko o sobie... i o dupach. Jednak ma więcej wspólnego z Joeyem, niż mogłoby się wydawać! Ale fama już poszła, dzieciaki są wniebowzięte, że "będą grać z kimś z Przyjaciół", a stacja naciska coraz bardziej. Na szczęście jest Gunther...
Po tylu latach to właśnie Matt LeBlanc wyszedł obronną ręką w starciu z duchem Friendsów, ponieważ jako jedyny nie starał się od niego uciec, tylko z godnością rozprawić. A połączenie brytyjskiego i amerykańskiego humoru idealnie wyśmiewa nadęty świat zakłamanych producentów i aktorów.
poniedziałek, 7 maja 2012
Gra o tron 2x05: The Ghost of Harrenhal
Nie miałam ostatnio szczęścia do oglądania i opisywania "Gry o tron" na bieżąco. Tym razem, przy odcinku piątym, było podobnie. W dzień premiery brak prądu przerwał mi oglądanie. Potem, z każdym dniem, brakowało już czasu albo sił. Długi weekend rządził się swoimi bardzo dziwnymi prawami. A kiedy w końcu czas się znalazł, znów muszę się streszczać, by nadrobić przez następnym odcinkiem.
Pisanie czegoś o serialu na podstawie przeczytanej książki to czasami ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony wiesz dobrze, co zmieniono, dodano lub pominięto. Wiesz, kiedy taka zabawa z treścią wychodzi na dobre. Czasami nawet zazdrościsz, bo oni nie musieli brnąć razem z Daenerys przez Czerwone Pustkowie i nudzić się okropnie. Oni także mogli pogodzić się ze śmiercią Rakharo o wiele łatwiej niż ci, którzy nadal czytają o nim w kolejnych tomach. Chyba nie robi serialowcom różnicy, że nie ma Riverrun i rodu Tullych, że na razie ani śladu Krwawych Komediantów. Że dziki ogień u alchemików zamawiała Cersei, chociaż w książce Tyrion sam wyszedł z tą inicjatywą i on zajmował się nie tylko utrzymaniem porządku i poziomu życia w mieście, ale także jego obroną. Staram się unikać określenia "jak w książce", bo wtedy pojawia się oskarżenie o subiektywność i czepialstwo. Ale czasami to jest takie trudne!
Cień przemknął z epizodu czwartego prosto do namiotu Renly'ego, zaszlachtował dzielnego króla i ulotnił się, a wina spadła na Brienne. Jednak jego narodziny pod skałą robiły o wiele większe wrażenie niż scena morderstwa - od sposobu zadania ciosu aż po wygląd Cienia. Gwendoline Christie w roli Brienne z Tarthu zdecydowanie ratowała tę scenę.
Cień przemknął z epizodu czwartego prosto do namiotu Renly'ego, zaszlachtował dzielnego króla i ulotnił się, a wina spadła na Brienne. Jednak jego narodziny pod skałą robiły o wiele większe wrażenie niż scena morderstwa - od sposobu zadania ciosu aż po wygląd Cienia. Gwendoline Christie w roli Brienne z Tarthu zdecydowanie ratowała tę scenę.
Zauważyłam, że Emilia Clarke o wiele lepiej wypada, gdy mówi w języku Dothraków. Długie zestawy szeleszczących głosek wychodzą jej o wiele płynniej i naturalniej, niż ojczysty angielski. Rzecz to tak fascynująca jak to, czy aktor grający kupca Xaro Xhoan Daxos jest tak wielki, czy Emilia taka malutka, czy może ktoś bawił się wymuszoną perspektywą? Dodatkowo, od kiedy Doreah dostała więcej kwestii, z których żadna nie dotyczyła seksu, ani nie była wypowiadana na Viserysie, okazało się, że to kolejna aktorka, której sposób mówienia może zirytować. Jej ton, fakt, pasuje do sceny, gdy uczyła swoją królową sztuki miłosnej, ale właściwie tylko tam.
Za Drogona, brawa - wygląda tak dobrze i naturalnie, że chętnie ukradłoby się takiego dla siebie i karmiło grillowanym kurczakiem. Za kolorowy i pełen oryginalnych typów (Pyatt Pree!) Qarth, brawa. Wizualnie jedna wizyta w tym mieście wypada lepiej, niż cały pierwszy sezon wędrówki z khalasarem.
Za Murem trwa mroźne preludium. Czarni Bracia dotarli na Pięść Pierwszych Ludzi, dołączył do nich Qhorin Półręki i nie czekając postanowił zabrać naszego ulubionego bękarta na akcję dywersyjną. W końcu przestali krążyć, zostawili Crastera za sobą. Teraz niech się dzieje!
No i na koniec! Wisienką na torcie, jak zwykle, jest Maisie Williams. Jej naturalność kupuje mnie w każdym odcinku, nawet jeśli pojawia się w nim tylko na kilka minut. Teraz tworzy dodatkowo dwa świetne duety. W jednym towarzyszy jej Gendry, w drugim tajemniczy Jaqen H'ghar. Kilka chwil z tą trójką wystarczy, bym oczekiwała z niecierpliwością kolejnych odwiedzin w zamku króla Harrena. Nawet jeśli wiem dobrze, jak to się skończy.
Dziewczyny w NY: Girls
Nigdy nie rozumiałam fenomenu „Seksu w wielkim mieście”.
I to nie tylko dlatego, że może niekoniecznie byłam targetem wiekowym. Zawsze
wydawał mi się za bardzo przekombinowany. Bohaterki, jakkolwiek odnoszące
sukcesy i niezależne, wydawały się zbyt nierealne w swojej perfekcji i z góry
ustalonych wzorcach. Profil Carrie Bradshaw nadal kładzie się cieniem w
świadomości, chociaż serial zakończył się osiem lat temu, a kolejne filmy
przyprawiają tylko o ból głowy. Teraz w przygotowaniu jest projekt o przygodach
młodziutkiej Carrie, a akcja ma dziać się w latach 80. Czego innego w końcu
brakuje w Nowym Jorku, jak nie kolejnej przebojowej młodej dziewczyny w butach
kosztujących połowę wypłaty?
Gdzieś pomiędzy tymi odnoszącymi sukcesy, eleganckimi
kobietami z „Seksu w wielkim mieście”, a problematycznymi i świetnie ubranymi
dziećmi z „Gossip Girl”, znajdują się dziewczyny z nowego serialu HBO – „Girls”.
Te, które także żyją w Nowym Jorku, muszą borykać się z problemami finansowymi,
męczącym i nudnym związkiem, kompleksami i niezdecydowaniem, a w wolnych
chwilach słuchają Kelly Clarkson, wmawiając sobie, że są niezależne i odważne.
Niektóre z nich mają plakat „Seksu” na ścianie i zastanawiają się, która z
bohaterek odzwierciedla ich charakter. Dlatego między innymi skojarzenie z
wielkim hitem HBO nasuwa się samo.
Serial jest dziełem Leny Dunham, która gra w nim także
jedną z głównych ról. Jej bohaterka, Hannah, właśnie straciła wsparcie finansowe
rodziców, równocześnie starając się rozpocząć karierę pisarską. Próbując
zachować niezależność jednocześnie zdaje się być zbyt mocno zależna od swojej
odrobinę zbyt sztywnej współlokatorki Marnie, pretensjonalnej i pojawiającej
się „od święta” Jessy oraz Adama, z którym Hannah sypia bez zobowiązań. Żadne z
nich nie jest oczywiście złą postacią, tutaj nie ma takich podziałów, nic nie
jest czarne i białe. Mają po prostu indywidualny sposób patrzenia na świat i,
tak jak wszyscy czasami, próbują przeforsować go jako ten najlepszy. Co więcej,
według każdego z nich, pozostała dwójka zwykle wtedy myli się całkowicie.
Normalność tego serialu zdaje się być zarówno jego
zaletą, ale też i wadą. Problemy, z którymi zmagają się bohaterki są typowe dla
ich pokolenia. Łatwo można się z nimi utożsamiać. Brak pracy po studiach,
nieumiejętność powiedzenia otwarcie, czego się chce – to wszystko tu jest. Jednak
każdy odcinek powinien mieć ograniczony czas na skargi i marudzenie, a także oschłe
podejście Marnie do swojego chłopaka oraz krępujące, zarówno bohaterów jak i
widza, sceny seksu. Ma się ochotę krzyknąć „get
on with it!” za grupą Monty Pythona. Niech Marnie w końcu powie o co jej chodzi, bo jej druga połówka jeszcze nie bardzo to łapie. Pomiędzy kilkoma niezłymi dialogami i dobrymi
motywami (scena w poczekalni kliniki aborcyjnej, Hannah kradnąca napiwek
obsługi hotelowej) wieje jednak nudą.
Ten serial ma być odskocznią o pięknego świata pięknych
ludzi. Nadal jednak nie potrafię stwierdzić, czy chcę oglądać codzienność i
codziennych bohaterów tam, gdzie zwykle można się od tego odciąć.
Zdzira z drugiego piętra czyli Don't trust the bitch in apartment 23
June to spełniona dziewczyna. Ma chłopaka, z którym jest od zawsze, właśnie dostała pracę i super mieszkanie służbowe w Nowym Jorku. Jednak w jeden dzień jej amerykański sen legł w gruzach - firmę zamknięto, a June wylądowała na ulicy. Tak poznaje Chloe (Krysten Ritter). Chloe ma wielkie mieszkanie i szuka współlokatorki. Jednak jak pewnie dużo osób doświadczyło na własnej skórze, kiedy ze sobą zamieszkały, June zdała sobie sprawę że dzieli mieszkanie z potworem.
Tak więc dziewczyna z dobrego domu, przyjazna dla wszystkich i żyjąca w monogamicznym związku będzie musiała znaleźć nić porozumienia ze złodziejką, oszustką i żyjącą bardzo rozwiąźle imprezowiczką. Największym plusem serialu nie są główne bohaterki, a postacie poboczne. Najlepszym przyjacielem brunetki jest James Van Der Beek, ten James Van Der Beek. Aktorowi należy się ogromny kredyt za dystans do samego siebie. Jego perypetie to głównie walka z duchem Jeziora Marzeń. Tak jak w Episodes na widok Joeya, przepraszam, Matthew LeBlanca ludzie krzyczeli How You Doin?!, tak na widok Van Der Beeka dziewczyny zaczynają śpiewać motyw z Dawsons Creek. James ma duże ambicje, zatrudnia się w szkole aktorskiej, gdzie prowadzi zajęcia o Szekspirze. Jednak kiedy prosi o pytania, jedyne o co pytają studenci to czy to prawda, że Katie Holmes źle całuje.
Uwaga należy się także sąsiadom dziewczyn. Z okna z naprzeciwka zawsze zagląda Eli, który chętnie onanizuje się podczas porannych pogawędek. Natomiast piętro niżej mieszka Robin, była współlokatorka Chloe, nieszczęśliwie w niej zakochana i rozpaczliwie błagająca o drugą szansę.
W każdym odcinku każda z dziewczyn uczy się czegoś od siebie, June nabiera pewności siebie i asertywności, a Chloe okazuje się być dobrą przyjaciółką, kiedy tego trzeba. Serial lekki, przyjemny i iście amerykański - z morałem na koncu każdego odcinka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




