środa, 11 kwietnia 2012

The Killing 2x03



Jak już dowiedzielismy się z pierwszego (podwójnego) odcinka, sprawa zabójstwa Rosie Larsen okazuje się prawie tak samo skomplikowana jak morderstwo Laury Palmer w Twin Peaks. Życie obu dziewczyn jest bardzo podobne. Na pierwszy rzut oka wzorowa uczennica i przykładna córka okazuje się wieść podwójne życie i dorabiać jako etatowa prostytutka. Scena z nagraniem z wycieczki rowerowej Rosie jest też uderzająco podobna do filmu z Laurą, gdzie w jej oku agent Cooper dostrzegł motocykl. 
Na szczęście mieszkańcy Seattle nie są tak dziwni jak mieszkańcy Twin Peaks, jednak tak samo utrudniają śledztwo. Śledztwo, nad którym Linden stara się sama zapanować. Nowy porucznik nie jest chętny do wpółpracy, a brak kontaktu z Holderem powoduje, że sprawa ciągle stoi w miejscu. 

Bezsilność była domeną trzeciego odcinka. Larsen, nie mogąc znieść ciągłych błędów policji zwraca się do Janka Kovarskiego. Powinien wiedzieć, że polskim gangsterom się nie ufa. Janek udziela Stanowi nieprawdziwych informacji i już pod koniec odcinka widzimy, że i on ma coś wspólnego ze śmiercią Rosie. 
Dowiadujemy się także, co się dzieje z Panią Larsen - niestety nie można o niej powiedzieć, że jest przykładną matką. Chyba nie ma zamiaru wrócić do domu w najbliższym czasie, a żal po stracie córki próbuje stłumić przypadkowym seksem. 

Na seks za to nie ma co liczyć Richmond. Jeszcze nie pogodził się z faktem, że nie może ruszać nogami, a w dosyć niezręczny sposób dowiaduje się, że nie czuje kompletnie nic od pasa w dół. Myślał, że pielęgniarka odwzajemnia jego zaloty, ta po prostu rozpraszała go rozmową podczas wymiany cewnika. Ciekawe, jak rozwinie się wątek Richmonda. Mężczyzna załamie się, czy będzie próbował wrócić do polityki? Cokolwiek się stanie, nie będzie już przy nim Gwen. Tatuś załatwił jej nową posadę, gdzie z pewnością rozwinie skrzydła swojej kariery. Oby sukcesy w pracy pomogły jej w stłumieniu wyrzutów sumienia.

Detektyw Holder również zaczyna się gubić, możemy prześledzić jego walkę ze sobą i upadek. Na szczęście w ostatniej chwili Sara wyciąga do niego rękę. Dowiedziała się o tym, że ukrył plecak Rosie i tak naprawdę są po tej samej stronie. Także w następnym odcinku możemy się spodziewać powrotu tego oryginalnego pod wieloma względami duetu. Muszą połączyć siły, bo wychodzi na to, że zostali ostatnimi "dobrymi glinami" w mieście. Jednocześnie ciężko jest mi uwierzyć, że nawet razem przebiją się przez ścianę milczenia i tajemnic.

źródło: Hatak.pl

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Gra o tron 2x02: Nightlands


Tak, drugi odcinek wyciekł do sieci i można było obejrzeć go tuż po pierwszym. I tak, zrobiłam to. No bo jak miałam inaczej? Teraz co prawda mam wrażenie, że już opisywałam na blogu moje wrażenia z "Nightlands" i musi minąć chwila, bym zorientowała się, że chodzi o forum Ognia i Lodu.

W poprzednim odcinku nie zapoznaliśmy się tylko z wydarzeniami w grupie Yorena, z którą Arya próbuje przedostać się na północ. Teraz nadrabiamy to już w pierwszej sekwencji. Poznajemy w końcu tajemniczego Jaqena H'ghara, o którego postać trochę się obawiałam, ale teraz zostałam bardzo mile zaskoczona. Oto kolejna postać, której przysłużyło lekkie stonowanie image'u. W płomieniach R'hllora widzę jego szybką drogę na wyżyny listy najatrakcyjniejszych aktorów w serii. Pojawia się ponownie także Gendry, który chyba wyrośnie na jednego z moich ulubionych bohaterów tego sezonu. Joe Dempsie sprawdza się świetnie w tej roli, nie będąc tak nadąsany non stop, jak książkowy pierwowzór. Yoren jak był bezbłędny, nadal jest. Spokojny, doświadczony i stanowczy. Na plus należy liczyć też jego obrazowe sugestie względem oręża.

Pierwszy odcinek był właściwie małą "rozbiegówką", by pokazać nam, co dzieje się tu i tam. Teraz jednak zaczynamy prawdziwą akcję. Theon, na przykład, wypływający na Żelazne Wyspy, skąd pochodzi.

To jeden z tych motywów, który dużo nam przyniesie. Nie tylko ze względu na wojnę, którą prowadzi Robb Stark. Pojawią się nowi bohaterowie i nowe miejsca, nowe wydarzenia będą miały miejsce, chociaż może nie wszystkie przypadną widzom do gustu. Może też nie wszystkie postacie. W moim przypadku jest to Yara (Asha, imię przecież zmieniono, żeby było łatwiej). I wszędzie będę powtarzać, że wolałabym zobaczyć jednak Ashę Greyjoy - wyprostowaną dumnie, ciemnowłosą córkę Balona z awanturniczą iskierką w oczach, na przykład taką, jaką miała na oficjalnym zdjęciu odtwarzająca ją Gemma Whelan. Tu garbi się i spogląda na wszystkich wzrokiem "dresiary". Takie określenie pasuje mi najbardziej, niestety. Częstuje Theona jadowitymi uśmieszkami, jak powinna, ale wrażenie mogło być o wiele lepsze.

Jest też pytanie, które nurtuje mnie od pierwszego sezonu: dlaczego robią z Littlefingera burdelmamę? Lata za dziwkami, instruuje je w sztuce zawodowej, doprowadza je do porządku i głaszcze po włosach, kiedy są smutne. Czy jako właściciel kilku ekskluzywnych przybytków tego typu nie mógłby po prostu przydzielić kogoś do tej roboty? Przedsiębiorczy, sprytny i finansowo kuty na cztery nogi, członek Małej Rady i królewski skarbnik, a robi rzeczy, które w innych produkcjach przypadają lekko otyłym paniom pod pięćdziesiątkę, które noszą gorsety i przesadzają z makijażem. Ma dużo innych rzeczy, na które powinien przeznaczać swój czas. Niech się już więcej przekomarza z Pająkiem. Rzeczami okołoburdelowymi może zajmować się Ros. I to najlepiej w offie.

Ani słowa o Rakharo, ani słowa proszę.

Na swój plus zasługuje za to scena rozmowy Davosa z Salladhorem Saanem, egzotycznym piratem. Dwóch doświadczonych szmuglerów, o całkowicie odmiennych charakterach i priorytetach, a na dodatek Mathos, idealista świeżo zaprzysiężony Stannisowi, jego Kapłance i nowemu bogu. Jeśli ktoś czytał "Starcie królów" może pamięta, co według Cersei jest największym skarbem kobiety. W tej kwestii królowa zgadza się z Sallą, chociaż on mówi nie o "skarbie", ale o "boskości". Czyżby mogli się w takim razie jednak dogadać w kwestii obiecanej mu zapłaty? ;)

Co do królowej. Mam ochotę trzasnąć ją po rękach, ilekroć unosi je na wysokość mostka i bawi się palcami, a robi to co chwila. W scenie wieczornej rozmowy z Tyrionem niemal nie przestaje. Niemniej scena zasługuje na wspomnienie. Peter Dinklage nie musi ruszać się z krzesła, by wypadać świetnie. Zarówno w chwili, gdy szydzi ze swojej siostry, gdy wypomina jej złe decyzje, które zagrażają koronie, oraz gdy ta żegna go słowami o ich matce.

No i na koniec: ponownie, jak w przypadku Renly'ego i Lorasa w pierwszym sezonie, twórcy nie pozostawiają nam żadnych domysłów względem więzi Stannisa z Melisandre (podobnie z dziećmi Crastera). Trochę szkoda, bo wyczytywanie między wierszami jest zawsze ciekawe. Szczególnie w przypadku tej opowieści.

Co nie zmienia faktu, że czekam już na wybujałe interpretacje spadających ze stołu pionków i ułożenia rąk (i nie tylko) Czerwonej Kapłanki na mapie Westeros.

Raising Hope, recap


Przed kolejnym odcinkiem "Gry o tron" pragnę na szybko zrobić podsumowanie kilku minionych odcinków "Raising Hope", o którym pisałam już wcześniej. 

Mieliśmy w ostatnich tygodniach i odcinkach przekrój przez: mini-wersję niedawnych wydarzeń ("Occupy Natesville"), a co za tym idzie gościnny występ Katy Perry, stratę Porkchestera, wieczór wspomnień w wykonaniu Maw Maw, udzielanie się rodziny Chance'ów dla dobra społeczności i tresowanie świni, czy pani burmistrz problemy z zawodem miłosnym. To jedne z kilku motywów. Resztę przemilczę, co za dużo spoilerów, to niezdrowo.

Moim ulubionym motywem była Maw Maw i jej wspomnienia związane z mężem. Fakt, opierało się to na wrażeniu, że zmarłego męża widzi w swoim prawnuku i że non-stop (od pierwszego odcinka właściwie) próbuje go pocałować. I tak, jest to trochę chore, tym bardziej, kiedy Jimmy zdaje sobie sprawę, że za buziaka raz na godzinę i kilka staromodnych powiedzonek dostanie drinka, pyszny obiad i masaż stóp. Ale czy to do końca dziwi w tym domu? Na całe szczęście, końcówka rewanżuje coś wszystkim, Maw Maw dostaje swoją rocznicę, a Jimmy rehabilituje się przed Sabriną za obściskiwanie prababci. Nadal brzmi dziwnie? Cóż, to ludzie, którzy dziurawią sobie kondomy, szantażują władze miasta, pozwalają dzieciom zjadać szkodliwą farbę z zabawek albo mówić sobie, żeby spieprzali. Ale mimo tego wszystkiego i tak ich lubimy.

Burt w roli Charliego Browna zajmuje drugie, mocne miejsce.

Właśnie zobaczyłam pierwszy fragment jutrzejszego odcinka i dostałam gęsiej skórki. Główny motyw odcinka, to program telewizyjny "Inside Probe" o seryjnej morderczyni, która jest równocześnie matką Hope. Czego można się domyślić, w "My Name Is Earl" również pojawił się ten program, i były to jedne z najsłabszych odcinków całego serialu. Więc czemu nie rzucić tego samego starego kotleta do drugiego sezonu świetnego serialu z oryginalnym pomysłem. 

Najgorsze jest jednak to, że minęło niewiele czasu od mojego wypominania Garcii jego lekko niepokojący sentyment do "My Name is Earl", a tu pojawił się motyw narracji. Nie chcę pocieszać się, że pojawia się głównie na końcu odcinka, bo jeszcze skończy się tak, że będzie pojawiał się we wszystkich. Nie trzeba było głosu Jimmy'ego z offu, by docenić scenę tego, jak z malutką córką na kolanach ogląda zza szyby Lucy na krześle elektrycznym. Sam fakt, że to egzekucja, jego mina i gesty spokojnie wystarczyły.

Może czepiam się niepotrzebnie, ale mam jedynie nadzieję, że nie pojawi się tyle motywów wyjętych z Earla, bym mogła zrezygnować z oglądania poczynań Chance'ów.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Mad Men: A Little Kiss




Don Draper powrócił. Na szczęście nie stracił w ogóle na uroku, to samo tyczy się wszystkich pracowników Sterling Cooper Draper Price. 

Donowi żyje się jak zawsze wpaniale. Z nową żoną która tańczy, śpiewa, mówi po francusku i organizuje swojemu ukochanem mężowi przyjęcia niespodzianki. Już pod koniec pierwszego (pierwszego podwójnego) odcinka nasuwa się pytanie - kiedy skończy się sielanka? Dona znamy już zbyt dobrze, nie wytrzyma do połowy sezonu ;)

Niestety, w przeciwieństwie do głównego bohatera, jego była żona popada w coraz głębszą depresję. Bardzo przytyła (!), nic jej nie cieszy, a na dodatek lekarz znalazł u niej niepokojący guzek. Przerażona Betty nie wie co robić, a uspokaja ją dopiero rozmowa z Donem. Bardzo ładnie pokazana jest więź między nimi. Po tym wszystkim, co razem przeszli wciąż bardzo im na sobie zależy. Szkoda, że tak mało czasu zostało poświęcone dzieciom, tym bardziej że wątek Sally z poprzedniego sezonu zapowiadał się ciekawie. 

Co się dzieje w firmie? Głównie narastające konflikty. Pete Campbell (jeny, jak ja nie znoszę gościa) i Roger ledwo mogą wysiedzieć ze sobą w jednym pomieszczeniu. Niestety, to nie jest najlepszy rok dla Rogera. Nieszczęśliwe małżeństwo, sytuacja z Joan (którą chyba najmniej się przejmuje) i Pete, który lada chwila wykurzy go z tej firmy. To wszystko powoduje, że w pierwszych trzech odcinkach widujemy Sterlinga pijanego jak bela.

Ale nie tylko on obawia się o swoje stanowisko. Wojująca Peggy nie ma ani chwili wytchnienia. Ciągle musi walczyć o poważne traktowanie, a Don nie kwapi się już do pomocy, kiedy ona tego potrzebuje. Jakby tego jeszcze było mało, musiała zatrudnić nowego chłopaka który szybko wyrośnie na jej konkurencję.

I dobra wiadomość dla panów! Joan wraca z macierzyńskiego. Biedna kobiecina nie może już wytrzymać w swoim mieszkaniu z krzyczącym dzieckiem. Ona jest stworzona tylko do jednego. I wszyscy wiemy, że nie jest to bycie kurą domową.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Gra o tron 2x01: The North Remembers


Zaczęło się. Po miesiącach oczekiwania i różnego charakteru informacjach, dotyczących obsady i zmian w fabule, mamy w końcu drugi sezon martinowskiej sagi. Oczekiwania były wysokie, podobnie, jak obawy, ale w końcu możemy je skonfrontować.

Początek może nie buduje napięcia tak, jak w przypadku pilota poprzedniego sezonu, ale świetnie robi za podkład pod wejście Tyriona. Ten zgarnia całą uwagę widza już od pierwszej sekundy, konfrontując się z Joffem oraz robiąc niezbyt przyjemną, ale przynoszącą wielką satysfakcję (zarówno jemu, jak i nam), niespodziankę swojej słodkiej siostrze. Także dzięki temu możemy obserwować, jak Cersei w końcu nabiera więcej życia, czego zdecydowanie brakowało jej w pierwszym sezonie. Z niecierpliwością czekam na ich rozmowę po otrzymaniu listu od Stannisa.

A właśnie.

Najmniej przyjemny z braci Baratheonów w serialu miał stać się dla wielu fanów książki ciężkim orzechem do zgryzienia. Nie wyglądał zupełnie, jak książkowy odpowiednik. Po pierwszych ujęciach oraz scenie pisania sławetnego listu o pochodzeniu Joffrey'a, jednak stwierdziłam, że Stephen Dillane to dobry wybór. Może nie jest łysy i nie ma zapadniętych niebieskich oczu, ale świetnie oddaje tego średniego brata, który zawsze stał w cieniu tego bardziej lubianego i o swoje musiał walczyć, przez co mocno zgorzkniał. Kogoś, kto ma bardzo konkretne poczucie sprawiedliwości (patrz, Davos) oraz honoru, skoro każe w liście nazwać Jaime'a Królobójcą, nie zapomina jednak, że jest on też rycerzem (bardzo podobał mi się ten szczegół). 
Wiele oczekuję po częściach związanych z jego dworem, nie tylko ze względu na jego koronowaną głowę, ale też ze względu na Melisandre (i jej czerwonego boga) i Davosa (i jego zdrowy rozsądek). Oboje zostali dobrani wyśmienicie, przez co na ich scenę w łódce czekam dwa razy bardziej.

Na wspomnienie zasługuje też scena rozmowy Robba Starka i rzeczonego Królobójcy. Oczywiście, nie miała ona miejsca w książce, ale jestem wdzięczna scenarzystom za nią. Robb, ledwo utrzymujący nerwy na wodzy, oraz Jaime, zadufany i pewny siebie, ale tylko do momentu, w którym zdaje sobie sprawę, że stoi naprzeciw niego ktoś, kto ma pełne prawo, oraz niesamowitą ochotę, go zabić. I kto ma na swoje rozkazy szczerzącego kły wilkora.

Na krótko uraczono nas też tym, co za Murem oraz Czerwonym Pustkowiem.

Niestety, Emilia Clarke dalej gra z nienaturalną i lekko irytującą manierą, przez co sceny z jej khalassarem ogląda się z mieszanymi uczuciami. Bądź co bądź, ma ze sobą świeżo wyklute smoki oraz ser Joraha, którego nie spodziewałam się polubić po jego szorstkiej osobowości z książki. Iain Glen ociepla trochę jego wizerunek, sprawia, że chętnie ogląda się go jako doradcę młodocianej khaleesi. 
Za Murem odwiedzamy Twierdzę Crastera, towarzysząc wyprawie pod wodzą Starego Niedźwiedzia. Chcąc nie chcąc zapoznajemy się ze zwyczajami dzikiego, z jego rodziną i dosyć szorstkim pojęciem gościnności i wyświadczania przysług. I czy to tylko moje wrażenie, że właśnie w jego domostwie twórcy po raz pierwszy wyśmiali to, jak ślicznego aktora wybrali do roli Jona Snow?

Czuć pewniejszą rękę już na początku. Efekty są lepsze, scenografie wydają się większe, wszystko jakby zyskało na rozmachu. Po sukcesie pierwszego sezonu Weiss i Benioff nabrali wiatru w żagle, sądzę też, że szefostwo HBO trochę w nie dmuchnęło. Zapowiada się jeszcze więcej wrażeń, oby jak najwięcej z nich było pozytywnych.

Co prawda w sezonie pierwszym musieliśmy pożegnać się z mnóstwem ciekawych postaci (ach, ten Syrio Forel!), niemniej jednak teraz czeka nas wysyp następnych ludzkich wspaniałości (tylko ta nieszczęsna Ros nadal pałęta się w tle), z Jaqenem H'gharem i Qohrinem Półrękim na czele. Nic, tylko szykować się na następny poniedziałek.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...