Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William H. Macy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William H. Macy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 kwietnia 2012

Gorąco, jak u Gallagherów



Drugi sezon "Shameless" już za nami. Dużo działo się przez ostatnie miesiące u Gallagherów, ich krewnych i znajomych.

Dzieciaki z tej rodziny muszą znosić dużo. I świetnie sobie z tym radzą, chociaż dopiero teraz można odkryć, że to niekoniecznie Fiona jest tą najsilniejszą z nich wszystkich. Każde na swój sposób radzi sobie ze stresem, jaki fundują im dysfunkcyjni rodzice (i to w duecie). Podziwiać można Debbie, która powoli wyrasta na drugą wersję starszej siostry i pewnie też przejmie większą część jej obowiązków, gdy podrośnie. Już teraz zaczęła od opieki nad zgrają niekoniecznie grzecznych dzieciaków. Z drugiej strony cechuje ją jeszcze dziecięca naiwność, z którą nie zawsze stara się walczyć. Dała w końcu namówić się na szaleńcze zakupy, czy na włam do szpitala. Jak każde dziecko pragnęła czułości i jeśli mogła dostać ją od matki, która znajdowała się akurat na bipolarnym szczycie, to nie mogła z tego nie  skorzystać. Lip za to postępował wyjątkowo niezrozumiale w tym sezonie. Zaczynając od uganiania się za zamężna oraz kompletnie niewartą tego dziewczyną, przez rzucanie szkoły, aż po pretensje względem rodzeństwa w chwili, gdy powinni trzymać się razem.

 To był też bardzo ważny sezon dla Sheili Jackson. Co prawda zdawało się, że nie pozbędzie się już Franka i że to on będzie powodem nawrotu jej choroby. Tu jednak nastąpiło miłe zaskoczenie, bo oto Sheila przez ostatnie dwanaście odcinków robiła coraz więcej kroków w stronę normalnego życia. Kroków dosłownie i w przenośni, bo codziennie wychodziła dalej z domu. Z radością oglądało się jej wizyty w sklepie, czy u fryzjera. A kiedy pod koniec sezonu postawiła się nawet swojej ukochanej córce, można było tylko skakać z radości. Wybierając dziecko, któremu jest teraz naprawdę potrzebna, prawdopodobnie pozbyła się Karen już na zawsze. Jedynym plusem z jej obecności było to, że wyszła za Jody’ego. Co prawda jego postać może kompletnie zmienić niektórym odbiór „Kiss From a Rose” Seal’a, ale to na tyle sympatyczny i ciekawy gość, że można mu to wybaczyć. I kibicować postępom jego i Sheili.

Powrócił też Steve, niegdyś Jimmy. Syn bogatych rodziców i brat kompletnego kretyna, student medycyny, wiodący podwójne życie, niemal jak szpieg. Ostatnio nawet w Ameryce Południowej w towarzystwie bossów narkotykowych. I wszyscy dobrze widzieli od początku, jak bardzo Fiona walczyła ze sobą, by nie prosić go o powrót, a potem by nie dać mu się znowu kompletnie wprosić w swoje życie. To wymykanie się, by nagrać mu wiadomość na pocztę głosową, i zapraszanie go na nocowanie u Debbie mówiło wiele. Podziw należy się twórcom za oddanie związku między kobietą i mężczyzną, kiedy wiesz, że to nie jest dobra partia, ale nie możesz się oprzeć. Co zabawniejsze, nowa latynoska żona Steve’a miała ten sam problem z Markiem z pudełka. Od kiedy Steve pojawił się ponownie w zasięgu, było jasne, że w końcu wrócą so siebie. Po zakończeniu sezonu wydaje się jednak, że Fiona właściwie zasłużyła na odrobinę bliskości i kogoś, kto będzie przy niej w tym całym cyrku i, nawet świadom sytuacji, będzie chciał z nią zostać.
 
A co Frankiem? Przez cały sezon wyczyniał rzeczy, za które trudno byłoby go tolerować, a co dopiero lubić. To nie była nowość, ostatnio jego poczynania przekroczyły wszelkie pojęcie. Jednak wraz z pojawieniem się Moniki można było odkryć, że jednak jest ktoś, na kim mu w jakimś stopniu zależy. Co prawda okazywał to w dosyć specyficzny sposób, ale wydawało się, że jego uczucia względem żony były szczere. Że Monica była jedyną osobą, przy której czuł jakąś namiastkę szczęścia. I dlatego było mi go nawet szkoda w ostatnim odcinku, nawet po tym, co zrobił Dottie kilka epizodów wcześniej.
Trochę szkoda było go też, gdy w życiu jego i dzieci znowu pojawiła się Peg Gallagher, matka Franka. Może nie do końca miała wpływ na to, na jakiego człowieka wyrósł Frank, ale na pewno jej twarda ręka miała w tym swój udział. I tu ciekawostka: w jej rolę wcieliła się Louise Fletcher, czyli siostra Ratched z „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Skądś kojarzyło się to twarde spojrzenie i nieznoszący sprzeciwu ton. Krótko mówiąc, była to właściwa osoba we właściwej roli.

Jak to zwykle u Gallagherów bywa, przez całe lato mieli tam mnóstwo rozrywek: nielegalne przedszkole, aborcje i porody, plantację marihuany i fabrykę amfetaminy w piwnicy, sekty, próby porwania, eutanazję, narkotyki i używanie broni, zdradzające żony i mężów, próby samobójcze, ucieczki z psychiatryka, a nawet jednego zastrzelonego orła bielika. I chociaż nie zawsze wiadomo, co jeszcze pokażą, możemy być pewni, że z nimi nie można się nudzić. Oby kolejny sezon "Shameless" zapewnił nam to samo.

Źródło: hatak.pl

wtorek, 20 marca 2012

Wszystkie kobiety Franka Gallaghera.


Kilka ciekawych niewiast przewinęło się przez "Shameless" jak do tej pory. O dziwo, spora ich część miała z Frankiem Gallagherem więcej wspólnego, niż same chciałyby przyznać. A nawet, niż ja chciałabym przyznać.

Sheila Jackson stopniowo wracała do życia, rozpoczynając od wyjścia na własne podwórko, gdy musiała chwycić puszczonego samopas Liama. Kibicowałam i nadal kibicuję jej postępom, chociaż z drugiej strony podejrzewałam, że to Frank będzie główną przyczyną jej powrotu w hermetyczny świat swojego salonu z pokrytymi folią meblami. Koła samolotu nie spodziewałam się równie mocno, jak ona. Jednak odcinek za odcinkiem mija, a ona, nawet siedząc w domu, radzi sobie coraz lepiej. Brak Gallaghera wyszedł jej tylko na dobre, a swoje nowe powołanie (domowe hospicjum) odkryła w dosyć niekonwencjonalny sposób. Nadal ogląda mi się ją z niesamowitą przyjemnością. To moja ulubiona damska postać w całym serialu. Brawa, Joan! Nie zrażają mnie nawet jej niewyczerpane pokłady matczynej miłości do tej małej, niewdzięcznej, rozpuszczonej i egoistycznej pizdy, Karen.

Znowu pojawia się Monica, pani żona, pani matka. Chce "nadrobić stracone lata", zostawiwszy swoją czarnoskórą dziewczynę z pustym portfelem i wróciwszy do Franka, z którym chce mieć kolejne dziecko. Nagle zdajemy sobie sprawę, że tylko w tym są dobrzy, nieważne, jak bardzo nabieramy się na początku (zresztą, nie tylko my) na sielankę, którą fundują dzieciakom. Ach, Chloe Webb, chociaż jej filmografia zawiera głównie występy gościnne w serialach oraz bardzo średnie filmy, to na pewno może pochwalić się dwoma idealnymi rolami - "huraganu" Moniki (zupełnie nie dziwię się, gdy Fiona tak o niej mówi) oraz Nancy Spungen w filmie z Garym Oldmanem. Imponująco!

Możemy także dotrzeć do genezy - dlaczego Frank jest, jaki jest? Przez mamę. Peg Gallagher pojawia się ni z tego, ni z owego, przywieziona karetką prosto z więzienia i pozostawiona na progu wypełnionego dziećmi domu. Dowiadujemy się od razu, że miała za kratkami spędzić resztę życia po wybuchu fabryki metaamfetaminy, którą zorganizowała w piwnicy. I że chociaż nie widziała połowy swoich wnuków na oczy, to chce nagle nadrobić stracone lata, w których nie mogła być dla nich babcią. Wlicza w to nie tylko kupowanie prezentów, ale też naukę posługiwania się bronią, wykorzystywanie Carla do wyłudzania leków na receptę oraz organizację nowej domowej wytwórni. I może przez chwilę moglibyśmy pożałować Franka, który opowiadał historię o karach cielesnych za źle zrobioną Krwawą Mary, albo musiał organizować z nią porwanie dwójki dzieci w celu odzyskania pieniędzy od jej dłużnika.


Ale wtedy myślimy o Dottie, którą w Alibi Bar nazywają "Butterface" (to zdecydowanie nie brzmi jak komplement) i która czeka na przeszczep serca. I od razu stwierdzamy, że nawet od nas należy się Gallagherowi porządny wpierdol, a co dopiero od tak stanowczej mateczki. Gdy Frank dowiaduje się, jak wygląda sytuacja Dottie, rusza "z odsieczą", nagle uznając, że wikt i opierunek u Sheili mu nie wystarczają, kiedy tutaj za kilka dni lub tygodni będzie mógł położyć łapy pieniądzach (nie tylko z renty, ale i odszkodowania) i prawdopodobnie mieszkaniu Dottie, kiedy ta umrze. A ona, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jaki jest Frank i po co przychodzi, pozwala mu siedzieć u siebie. Najwyraźniej nawet jego towarzystwo jest lepsze niż samotność i czekanie na śmierć, która może przyjść wraz z przyspieszonym tętnem, albo na wybawienie, które pojawi się wtedy, gdy rozlegnie się dźwięk pagera. Może sama Dottie też nie była wzorem do naśladowania (tacy raczej nie pojawiają się w Alibi Bar), ale chyba nikt nie zasłużył, by to Frank Gallagher decydował o jego życiu i śmierci.

Na bonus:
Drugi sezon nagle wypełnia się ciążami, tymi już zaawansowanymi, a także tymi, które ktoś ma planach. Nikt tutaj nie mówi o "magicznych chwilach" i "błogosławieństwie", a słowo "aborcja" powtarza się równie często, jak "dziecko". Tak z tym chyba już bywa w świecie Gallagherów.

środa, 28 grudnia 2011

Shameless 2x01: Summertime

 
Chociaż drugi sezon ma wystartować dopiero 8 stycznia, to jest już okazja, żeby obejrzeć pierwszy odcinek, "Summertime".

Z zimowej zawieruchy trafiliśmy w letni upał, gdzie nadal poszukujemy Eddiego Jacksona, gdzie Kevin oddaje się ogrodniczej pasji, a Lip uruchamia starą furgonetkę z lodami. Frank nadal mieszka u (coraz odważniejszej i ładniejszej) Sheili i z lekkim niepokojem spogląda na jej postępy w zwalczaniu agorafobii. Znając pana Gallaghera, obawiam się, że zrobi coś, by Sheila powróciła do swojego "więzienia" i nie dotarła do jego ulubionego baru. Wolałabym, żeby tego nie robił, naprawdę ją polubiłam i kibicuję jej postępom. Chociaż Frank chyba nie może okazać się jeszcze większym dupkiem, ale Sheili pewnie bardzo zaszkodzi.  Gallagher niech pozostanie przy kombinowaniu na mieście - sprzedawaniu oregano jako marihuany, udawaniu bezdomnego inwalidy i zakładaniu się z przypadkowymi ludźmi. To mu wychodzi najlepiej, a na pewno  nam dostarcza zabawy, chociaż biedaczek ma coraz mniejsze pole działania. Moment, kiedy grupka dzieciaków pod kinem radzi mu, by się odpierdolił, bezcenny. W domu Gallagherów otworzył się za to punkt wychowawczy, gdzie zapracowani rodzice  (albo lenie, biorąc pod uwagę okolicę) zostawiają swoje pociechy pod opieką dziewczyn. W założeniu Fiony, w rzeczywistości Debbie, która radzi sobie ze wszystkim (poza wpływem Franka na nią) śpiewająco.

A ja wszędzie przeczuwam aferę i kłopoty, szczególnie jeśli w grę wchodzi kilkoro dzieci, basen i Carl, który najpierw wpycha sobie cheetosy do nosa, a potem je zjada. Podzielam też zdanie Veroniki względem nowej koleżanki Fiony, Jasmine. Od pierwszej chwili wiedziałam, że będzie mnie wkurzać i znowu, niestety, nie myliłam się. Może dlatego, że nie lubię Amy Smart, a może dlatego, że to po prostu płaska i słabo napisana postać? Mogę mieć jeszcze pretensje co do nowego faceta Fiony, który wydaje się jeszcze bardziej miałki, niż Steve. Ten ostatni przynajmniej kradł auta.

Nie wspomniałam o tym w poprzednich wpisach, ale strasznie podobają mi się retrospekcje, a raczej sposób, w jaki bohaterowie je zapowiadają. Lip na komisariacie, Frank podnoszący się z podłogi w barze, albo pstrykający papierosem w kamerę, a nawet Fiona na sedesie. Zawsze lubiłam bezpośrednie zwracanie się do widza, niszczenie "czwartej ściany". Ta mała wstawka działa świetnie, nawet jeśli reszta serialu utrzymana jest w klasycznej formie.

Pierwszy odcinek był niezłym prezentem, nawet jeśli niezaplanowanym przez twórców. Na pewno obejrzę go sobie jeszcze raz, nim drugi sezon wystartuje oficjalnie.

czwartek, 22 grudnia 2011

Shameless 1x12: Father Frank, Full of Grace



Och, by to...
Od początku sezonu wiedziałam, że to serial "wykolejony", zarówno pod względem postaci, jak i tematów. Ale to, co zafundowano nam w ostatnich trzech odcinkach, przeszło moje pocięcie, oczekiwania i sama nie wiem co jeszcze. Bez mrugnięcia okiem porównuję to do najpikantniejszego fragmentu "Boardwalk Empire".

Mam wrażenie, że jedynymi osobami, które w tym serialu nie mają absolutnie niczego za uszami są Liam  (i to tylko dlatego, że ma dwa latka) i Carl (o dziwo!), najmłodsi. Nawet Debbie kombinuje za plecami rodzeństwa. Rozumiem, dla ich dobra, ale czy to nie trochę za dużo, jak na dziesięciolatkę? Cała reszta zawsze coś, wszędzie coś. Wradzają się w ojca, bądź uczą od niego. Na całe szczęście nie idą w ślady matki. Brawo, Fiona. Goku nie jest tego wart, if you ask me. Nie mówię, że policjant jest, ale to już inna sprawa. Rozmowa na drugi sezon.

No i Karen, robiąca karierę internetową. Nie lubiłam jej od samego początku. Telewizja stworzyła kolejnego rozpieszczonego bachora, którego muszę oglądać, a którego nienawidzenie nie wzbudza odpowiedniej satysfakcji, by ją spokojnie znosić. Kaprysy szesnastolatki wpędzają w depresję, problemy, psychozy i furię wszystkich wkoło niej, a ona nie ponosi najmniejszej konsekwencji za swoje czyny. Nawet Lip jej na końcu wybacza! Przy wiosennych roztopach, kiedy w końcu znajdą jej ojca, pewnie tylko wzruszy ramionami. Dziwka, w rzeczy samej.

Uff, teraz jestem na bieżąco i spokojnie dopisuję do ulubionych. Dawno bowiem nie zdarzyło mi się wydzierać z emocji podczas oglądania finału.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Rodzina, ach rodzina! Shameless US


Czasami bezsenne noce owocują ciekawymi pomysłami. W moim przypadku było to obejrzenie pilotowego odcinka "Shameless" (US). Potem poszło, jak z górki.

Jeśli ktoś, tak jak ja, przepada za Ameryką z perspektywy płonących samochodów, zepsutych drzwi od pralki zamykanych za pomocą krzesła, jasnego pełnego wypijanego do śniadania i bezczelnego obrabiania wszystkich uczciwszych, to "Shameless" jest serialem dla niego. Amerykanie nie muszą mieszkać w przyczepie kempingowej na południu Stanów, by zalewać się w trupa i zasypiać na podłodze w salonie. Równie dobrze mogą to robić w wielkim mieście. Taki jest Frank Gallagher, a w jego roli genialny William H. Macy. Podczas gdy on siedzi w barze i zachlewa się, narzekając na rząd i brak pracy, cała gromadka jego pociech stara się zająć sobą i zdobyć jakieś pieniądze na utrzymanie. Strach pomyśleć, co by było gdyby musiały zmarnować jego pieniądze na wódę, kupując jedzenie albo płacąc rachunki.

Ale nie tylko Macy jest przekonujący w swojej roli. Całe rodzeństwo Gallagherów, zaczynając od Fiony, a kończąc na Carlu (najmłodszego nie liczę, bo nie ma zbyt dużo do grania jako dwulatek) wypadają świetnie. Każde z nich jest warte uznania za coś. Na placach jednej ręki mogę policzyć chwile, kiedy najstarsze z nich straciły kontrolę albo rozkleiły się i jak młodzi aktorzy wiarygodnie przy tym wypadli. Jak świetna jest Debbie, którą kojarzę z krótkiej roli w "Boardwalk Empire". Chociaż Supermana mogła sobie darować, to najpierw stawia dobro rodziny, niż własne. Dziękuję też twórcom za zatrudnienie Joan Cusack. Zawsze była świetna, jako postać lekko neurotyczna, ale jako cierpiąca na agorafobię mamuśka z "pudłem zabawek", wypada mistrzowsko.

Na plus oceniam także czołówkę. Na plus oceniam bezceremonialność. Jeśli pokazanie męskiej pały jest koniecznie, to ją pokażą. Kiedy umieszcza się już scenę jak pijany ojciec łamie synowi nos waląc mu z czachy, niespecjalnie trzeba się wstrzymywać. Widzowie i tak pewnie czują się juz wystarczająco nieswojo. Bo tak sobie na koniec myślę o tytule. Gallagherowie, z Frankiem na czele, nie mają wstydu. Kradną, kłamią, kantują, wykorzystują słabszych, piwa nie pija tam tylko dwulatek i chyba tylko on nie miał problemów z prawem. Frank prowadzi w zestawieniu, a reszta dotrzymuje mu kroku. Ale widzowie też są bezwstydni, śmiejąc się z alkoholizmu, biedy i zaniedbywania dzieci.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...