Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Worek kości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Worek kości. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 stycznia 2012

Bag of Bones, pt. 2


To będzie krótki ciąg dalszy, bo stało się tak, jak przewidywałam. Druga część adaptacji powieści Kinga nie przyniosła nic, co mogłoby mnie zaskoczyć, przestraszyć albo wzruszyć. Nie dlatego, że czytałam wcześniej książkę. Wszystko po prostu było mocno przewidywalne i jako takie przedstawione.
Czy duchy w domku letniskowym będą walczyć ze sobą, a Jo będzie chciała w każdy możliwy sposób obronić swojego męża? Tak. Czy ludzie w miasteczku, skrywają mroczne i złowrogie sekrety? Oczywiście, to w końcu King. Czy za klątwę odpowiedzialna jest jedyna czarnoskóra kobieta w całej mini-serii? Nie inaczej. Czy po bardzo rozczarowującym finale i rozprawieniu się z duchem Sary, Mike będzie musiał wrócić do domu, gdzie zostawił Kyrę samą, i zmierzyć się z zasuszoną wariatką, chowającą się za drzwiami? Bingo!

Brakowało mi cały czas bliskości między Noonanem, a Kyrą. Brakowało chemii między nim, a Mattie. W jednej chwili spotyka je na ulicy, w następnej już jest prawie członkiem rodziny, czyta małej bajki na dobranoc, a Mattie bez problemu pokazuje mu fartuszek "kiss the cook". Tylko gdzie jest to, co powinno ich połączyć? Gdzie ten kontakt, jakieś więzi, choćby pięć minut zabawy z dziewczynką? Odbija się to także na scenach w finale - od wieczornej wizyty Mike'a w domu Mattie, aż po ostatni akt bohaterstwa w łazience domku letniskowego. No i na samym końcu, kiedy Mike i Kyra zostają razem. On, wolny od klątwy, może zaopiekować się dzieckiem, którego tak bardzo z Jo pragnęli, ona ma znowu rodzinę i kogoś kto się nią zajmie. Tylko dlaczego nie czuć ich niby głębokiej więzi, a raczej coś jakby niezręczność sytuacji?
Chciałabym napisać coś o innych bohaterach, ale nie było ich zbyt wielu, a jeśli już, to mieli umiarkowaną rolę, zwykle ekspozycyjną. Nawet Max Devore nie wydawał się tak straszny, jak powinien być. O jego młodocianej wersji (jak i o innych postaciach z tego okresu) wolę nie wspominać. Kojarzył mi się z młodym Malfoy'em i czekałam tylko na hasło "mój ojciec o tym usłyszy".

Znalazłam jeden plus - Pierce Brosnan. Nie mówię, że zagrał świetnie, czy nawet bardzo dobrze. Wrażenia swoją grą aktorską na mnie nie zrobił. Ale teraz to właśnie jego będę sobie wyobrażać czytając następną powieść Kinga z typowym dla niego bohaterem - pisarzem w średnim wieku z problemem emocjonalnym/alkoholowym/twórczym. Do tej pory byli to dla mnie mężczyźni bez twarzy.

Jeśli mam podsumować - Kinga można czytać, nad oglądaniem (szczególnie jakiejś mini-serii) trzeba się dwa razy zastanowić.

środa, 28 grudnia 2011

Bag of Bones, pt. 1


"Worek kości" Stephena Kinga przeczytałam dobre kilka lat temu. Nie chcę kłamać, że nie wywarła na mnie żadnego wrażenia, bo pewnie było inaczej. Po prostu nie pamiętam już. Z reguły książki z duchami w tle wzbudzają we mnie wrażenie na tyle, że zdarza mi się zasypiać przy włączonej lampce. Pamiętam trzy sceny z książki: kiedy główny bohater, Mike Noonan, spotyka na drodze kilkuletnią Kyrę i jej matkę, kiedy jedzą ostatni wspólny obiad jakiś czas później i scenę z dziadkiem dziewczynki na pomoście. Reszta jest standardem, jak to w książkach Kinga bywa.

I tak, mamy tu pisarza przechodzącego kryzys twórczy, który wyjeżdża do małego miasteczka w stanie Maine, gdzie niemal wszyscy mieszkańcy są albo zacofanymi dupkami, albo bogatymi dupkami. Pisarz napotyka przeszkody nie tylko ze strony ludzi, ale też nadprzyrodzonych  sił, z którymi musi się borykać. Jak na razie objawiają się one dzwonieniem dzwoneczka na łosiu, przesuwaniem magnesów po lodówce i snami, które nawiedzają Noonana praktycznie co noc. Jest też samowłączający się adapter i płyty z lat 40, które brzmią zdecydowanie zbyt współcześnie. Straszne momenty? Teoretycznie cztery, w praktyce to ten sam motyw powtarzany raz za razem, przez co traci na swojej, i tak już mocno wyświechtanej, formule.

Problem z ekranizacjami kinowymi horrorów Kinga jest taki, że nie wszystkie się udają. Problem z ekranizacjami w formie mini-serii i filmów telewizyjnych jest taki, że nie udają się nigdy. Po raczej śmiesznym "It", po zrypanej wersji "Lśnienia" dla telewizji i kilku innych, ktoś postanowił zająć się i "Workiem kości". Z dwóch części na razie obejrzałam pierwszą, gdzie skupiamy się głównie na próbach ukojenia żalu po stracie pani Noonan i konfrontacji z mieszkańcami Dark Score Lake. Ale czy udaje się wprowadzić tyle klimatu, by widz zaczął współczuć głównemu bohaterowi straty małżonki? By odczuwać z nim strach i zaciekawienie dziwnymi wydarzeniami w jego domu? Nie sądzę, nie odczułam tego przez całe 80 minut pierwszego odcinka. 

Liczę cały czas na to, że drugi nadrobi, zarówno atmosferą, tempem (ale bez przesady, żeby nie wyszedł z tego Graham Masterton), jak i rozwinięciem wątków i postaci. Nie spodziewam się, żebym się zachwycała, ale nie chcę się też krzywić i oglądać tylko dlatego, że się zdeklarowałam. Robię to już z "Grimm".
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...